Od zawsze interesowało mnie wiele rzeczy naraz. W świecie wąskich specjalizacji i nisz wymuszanych przez algorytmy widoczności łączenie wielu dziedzin nauki bywa wyzwaniem. Niektórym z nas mózg działa jednak właśnie tak, w 5D: przetwarza jednocześnie obraz, funkcje, połączenia z innymi zjawiskami, ewolucję w czasie i wyobrażenie efektu końcowego, przy maksymalnej liczbie zmiennych. W gruncie rzeczy próbujemy ogarnąć, jak działa wszechświat: jako sieć procesów, przepływów energii i powiązań w czasie.

Wszechświat dąży do równowagi termodynamicznej. Za tą bezemocjonalną informacją kryje się maksymalna entropia. Cała materia i energia są równomiernie rozproszone – w tym stanie wszystkie gradienty energii się wyrównują, w tych warunkach już nic się nie wydarzy. Dlatego życie istnieje wyłącznie jako trwała nierównowaga: stały przepływ energii. Organizm pobiera ją na przykład jako żywność, przekształca i oddaje, byle się „nie zatrzymać”. Według teorii Wielkiego Chłodu wszechświatowi do tego stanu, zwanego śmiercią cieplną, zostało jeszcze około stu do potęgi dziesiątej ziemskich lat – zawrotnie dużo czasu.

Nasz globalny system gospodarczy i żywnościowy działa według znacznie krótszego kalendarza. Ekonomiście ekologicznemu Nate’owi Hagensowi przypomina zachłanny, scentralizowany i bezrozumny „superorganizm”, który z własnych tkanek i otoczenia czerpie paliwo do nieprzerwanego wzrostu. Działa w pętli wzmocnienia podobnej do nałogu: każdy zysk wymaga coraz większej porcji zasobów, a wzrost pożera podstawy własnego bytu. Materia i energia zużywane przez superorganizm, jak na przykład ropa – nie znikają; przechodzą z postaci skoncentrowanej i uporządkowanej (niskiej entropii) w postać rozproszoną (wysokiej entropii), jak zanieczyszczenia, ciepło odpadowe. Tego procesu nie da się odwrócić bez doprowadzenia ogromnej ilości dodatkowej energii, dlatego często się słyszy, że recykling, mimo że absolutnie konieczny, jest energetycznie nieopłacalny. To, co pod względem ekonomicznym wygląda na rozwój, w fizyce nazywa się przyrostem entropii, a w biofizyce jest definicją powolnej śmierci.

Żebyśmy mogli dalej ewoluować w czasie zaoferowanym nam przez wszechświat, musimy zacząć myśleć o naszej cywilizacji jak o holobioncie. Termin pochodzi z biologii i dotyczy organizmu gospodarza wraz z całym jego mikrobiomem, czyli mikroorganizmami. Wszyscy żyją w symbiozie, jak człowiek z bakteriami jelitowymi albo rafa koralowa z glonami i bakteriami w swoich tkankach. Zapożyczony do opisu cywilizacji, oznacza symbiotyczną i dynamiczną sieć współpracy w ramach biosfery, z nami włącznie. Stan zdrowia tego zbioru elementów zależy od każdego z nich i opiera się na homeostazie: zdolności systemu do samoregulacji oraz utrzymywania stabilnych warunków pomimo zmian w otoczeniu. Wzrost, jeśli występuje, to skalibrowany do rzeczywistych możliwości otoczenia.

Jak jest teraz? W dzisiejszym świecie niemal cały kapitał na innowacje trafia do puli z rozwiązaniami dla AI. My, często bez naszej zgody i świadomości, zostaliśmy zaangażowani w wypaczony przez kapitalizm, napędzany paliwami kopalnymi pościg za monetyzacją każdego działania oraz tokenizacją każdego zasobu. Przerobieni na produkt, najlepiej wypełniony mikroplastikiem i ubrany w plastik, śnimy petrochemiczne sny o „zrównoważonej przyszłości”. Za symulakry społeczności oddajemy nasz cenny czas i kosztowną neuronalną uwagę Mecie (Instagram i Facebook) i ByteDance (TikTok). Dlatego zajmuję się żywnością i piszę o niej dla was, bo była i zawsze będzie podstawą, która nas buduje. Dzięki niej istniejemy. Piękne polskie słowo „żywność” wywodzi się z prasłowiańskiego životъ (życie, byt) i živьnъ (pożywny, posilny, ale też prawdziwy i szczery). Jeśli nagle zabraknie AI lub internetu, przeżyjemy. Niedobory paliw kopalnych spowodują ogromny kryzys (jego początki już się rysują w związku z atakiem Stanów Zjednoczonych i Izraela na Iran). Może cofniemy się gospodarczo o sto, sto pięćdziesiąt lat i jakoś wymyślimy, co dalej. Bez żywności przetrwamy trzydzieści, czterdzieści dni. Ona przesądza o naszym być albo nie być, a przy tym jest systemem tak złożonym, że zawiera w sobie całą historię naszego gatunku.

W słynnym Traktacie o łuskaniu fasoli ta prosta czynność dała Wiesławowi Myśliwskiemu pretekst do podsumowania całego życia. Pójdźmy tropem wielkiego pisarza, by podsumować ludzkie życie z perspektywy tego, co nas zbudowało i wciąż buduje – żywności. Cofniemy się do początków jedzenia i przyjrzymy, jak zbudowało naszą cywilizację, aż po dzisiejszy, chwiejny moment. Bogatsi o tę wiedzę spróbujemy zobaczyć różne scenariusze przyszłości jak miecz obosieczny: co nam dają i czym każą sobie płacić. Będą nam towarzyszyć trzy pojęcia: superorganizm – czyli dzisiejszy globalny system, w który wplątany jest także system żywnościowy; holobiont – jako kierunek, ku któremu moglibyśmy kiedyś wyewoluować; świadome sprzężenie zwrotne – jako sposób, by projektować zmiany świadomie, a nie po omacku.

Superorganizm grzeje się, paląc własny dom: wciąga zasoby biosfery do jednego rdzenia, rośnie w linii prostej i pożera podstawę, na której stoi, a na wyjściu zostają odpady i ciepło. Holobiont domyka pętlę – jego elementy regulują się nawzajem. Entropia rośnie w obu, ale w holobioncie wolniej, bo kalibruje wzrost do możliwości otoczenia
Rys. Paulina Grabowska

Czym jest żywność? Krótka historia długiego skoku

Nasz mózg jest narządem niezwykle kosztownym energetycznie: przy objętości 1350–1400 centymetrów sześciennych, czyli zaledwie około 2 procent masy ciała, pochłania aż 20–25 procent energii spoczynkowej – zużywanej wyłącznie na podtrzymanie podstawowych funkcji życiowych. Jego ewolucja do obecnej złożoności nie dokonałaby się bez radykalnych zmian w diecie pierwszych ludzi. Duży, powolny układ pokarmowy naczelnych w pełni roślinożernych trawi liście niskiej kaloryczności, ale zostawia mniej energii na rozwój kory mózgowej. Człowiek poszedł w przeciwnym kierunku. Jakieś 2,5–3 miliony lat temu wzbogacił swoją dietę o mięso. Skoncentrowane w nim białka i tłuszcze pozwoliły zmniejszyć kosztowny energetycznie układ pokarmowy. Potem nasi przodkowie nauczyli się korzystać z ognia. Obróbka termiczna uwalnia glukozę z gotowanej skrobi, czyli dostarcza paliwa układowi nerwowemu. Ryby i owoce morza dorzuciły DHA (kwas dokozaheksaenowy), konieczny do wzrostu mózgu. To, co jedliśmy, ukształtowało nasz gatunek.

Modelowanie filogenetyczne (dział biologii badający drogi rozwoju gatunków) pokazuje, że gdybyśmy nie poszerzyli diety ani nie nauczyli się obróbki termicznej, ewolucja do obecnego stanu wymagałaby od nas żucia surowej, niskokalorycznej żywności przez blisko 48 procent czasu czuwania – około dziewięciu–jedenastu godzin na dobę. Przetwarzaniem (krojeniem, gotowaniem, fermentacją) skróciliśmy ten czas do 5 procent, mniej więcej do godziny. Co ludzkość zrobiła z pozyskanym czasem? Zainwestowała go w naukę i sztukę, ale też w tworzenie hierarchii i prowadzenie wojen. I zaczęła mocno wpływać na klimat.

Klimat zawsze się zmieniał. Dziś ludzkości doskwiera ocieplenie, kiedyś zmagała się z oziębieniem. Najnowsze badania przesuwają początki rolnictwa o prawie tysiąc lat wstecz w stosunku do wcześniejszych ustaleń, do okresu nagłego ochłodzenia zwanego młodszym dryasem (około 12,9 tysiąca lat temu). Łowcy-zbieracze z Abu Hurejra nad Eufratem żywili się wtedy głównie dzikim żytem; w reakcji na gwałtowny spadek jego ilości w otoczeniu nauczyli się tę roślinę uprawiać. Zalążki rolnictwa zwiększyły bezpieczeństwo żywnościowe i sprzyjały osiadłemu trybowi życia. Gdy we wczesnym holocenie (około 11,7 tysiąca lat temu) klimat się ustabilizował, dało to podwaliny pod klasyczny neolityczny model rolnictwa: uprawę zbóż i hodowlę zwierząt.

Stabilne plony oznaczały coś, co już raz dostaliśmy razem z ogniem: nadwyżkę kaloryczną i odzyskany czas. Godziny i energia, które wcześniej szły na zdobywanie pożywienia, zwolniły miejsce na wyspecjalizowane zawody, nowe hierarchie i pierwsze państwa.

Kolejny skokowy surplus energetyczny nastąpił w XIX wieku. Ludzie wymyślili wtedy silniki, które zamieniały węgiel w pracę mechaniczną, do tamtej pory wykonywaną siłą mięśni ludzi i zwierząt zasilanych żywnością. Wydajność rosła szybko, wraz z nią gospodarki pęczniały do tego stopnia, że epoka zasłużyła na miano rewolucji przemysłowej. W latach 20. XX wieku zwierzęta i ludzi w rolnictwie zastąpiły silniki spalinowe na ropę, a żywność na trwałe związała się z paliwami kopalnymi.

Po I wojnie światowej kopaliny energetyczne weszły jeszcze głębiej w żywność, przez chemię. W procesie Habera-Boscha wodór z gazu ziemnego łączy się z azotem z powietrza i powstaje amoniak – baza nawozów syntetycznych. Twórca tej produkcji, niemiecki chemik Fritz Haber (opatentował ją w 1908 roku, a w 1918 roku dostał za nią Nobla), był też nazywany ojcem chemii wojskowej: wynalazł cyklon B, podczas I wojny światowej nadzorował niemieckie ataki gazowe, w jego instytucie opracowano płynny środek owadobójczy cyklon A. Haber nie dożył bezprawnego użycia cyklonu B w komorach gazowych, mniej szczęścia mieli uduszeni nim członkowie rodziny wynalazcy. Po II wojnie światowej ta sama infrastruktura, która produkowała materiały wybuchowe została przekierowana na produkcję nawozów. Cywilizacja na stałe podpięła żywność do gazu ziemnego: większość zboża, które dziś jemy, wyrosła na chemii napędzanej węglem i ropą.

W 1900 roku, w świecie zaledwie na progu ery nawozów sztucznych, Ziemię zamieszkiwało około 1,6 miliarda ludzi, a rolnictwo żywiło zdecydowaną większość z nich. W 2000 roku już 40 procent globalnej populacji zawdzięczało przetrwanie wyłącznie rolnictwu napędzanemu syntetycznym azotem; w 2019 roku było to blisko 50 procent. Proces Habera-Boscha dostarcza dziś ponad 40 procent białka w naszej diecie mięsnej, a prawie połowa azotu w naszych ciałach pochodzi pośrednio z tej technologii. Dla siebie zatrzymujemy go jednak zaledwie 0,3 procent, w postaci białek (antropomasy), resztę codziennie wydalamy, większość do kanałów ściekowych. Rozerwaliśmy naturalny łańcuch obiegu azotu: gaz ziemny zamieniamy w nawóz, ten trafia na pole, z pola na nasz talerz, a potem wraz ze ściekami spływa do rzek i mórz – zamiast wracać do gleby.

Co by było, gdybyśmy nagle z tych nawozów zrezygnowali? Szacunki z 2000 roku pokazały, że utrzymanie ówczesnej populacji (6 miliardów ludzi) wymagałoby niemal czterokrotnego zwiększenia powierzchni upraw – ponad połowę kontynentów niepokrytych lodem musielibyśmy przeznaczyć na pola uprawne[1]. Przy obecnej populacji – 8,3 miliarda – zbliżalibyśmy się do zaorania blisko 70 procent lądów. A gdybyśmy nigdy nie stosowali nawozów masowo? Na świecie żyłoby teraz około 3 miliardów przedstawicieli homo sapiens,  i to pod warunkiem, że w absolutnej większości przeszlibyśmy na dietę wegetariańską. Przy dzisiejszym udziale mięsa w diecie wyżywiłoby się nas zaledwie około 2,4 miliarda. Mięso jest skrajnie nieefektywne azotowo – potrzeba siedem kilogramów azotu w paszy, by wyhodować kilogram białka zwierzęcego. Przy tej samej puli zasobów dieta oparta głównie na roślinach pozwala utrzymać przy życiu znacznie więcej ludzi niż dieta mięsna. Nie powinniśmy jednak popadać w żaden żywieniowy ekstremizm. Na drugim biegunie diety mięsnej jest bowiem surowa dieta witariańska, skrajnie roślinna, w naszym klimacie jest możliwa tylko dzięki globalnym łańcuchom dostaw awokado, bananów, nasion, orzechów i olejów z ciepłych stref. Bez nich zimą w Polsce menu złożone wyłącznie z surowych roślin szybko doprowadziłoby ich amatorów do utraty masy mięśniowej; u kobiet ponadto zatrzymałby się cykl miesiączkowy. W praktyce więc im dalej od lokalnej, sezonowej i zbilansowanej diety roślinnej – ku przemysłowemu mięsu i tropikalnemu rolnictwu zasilanemu sztucznymi nawozami – tym mocniej opieramy nasze przetrwanie na kruchych globalnych łańcuchach dostaw, paliwach kopalnych i przede wszystkim na syntetycznym azocie. Z każdego z tych scenariuszy płynie wniosek: bez procesu Habera-Boscha prawdopodobnie ani ty, ani ja nie przyszlibyśmy na świat.

Liczby są bezlitosne: na jedną kalorię żywności z pola zużywamy około dwóch kalorii z paliw kopalnych, a kolejne osiem–dwanaście kalorii przepalamy na obróbkę, pakowanie, transport i przechowywanie. W naturze organizm, który zużywa więcej energii na zdobycie pożywienia, niż z niego pozyskuje, długo nie pożyje. Nasz gatunek jeszcze nie wyginął dlatego, że sięgamy po wyczerpywalne paliwa kopalne jak po dochód, choć są malejącym kapitałem. Na każdy ze skoków: mięso, ogień, rolnictwo, kopaliny, metodę Habera-Boscha, ludzkość zdecydowała się świadomie. Nie uświadamiała sobie natomiast ich lawinowych skutków, nie miała na to szans. Obecnie jednak dostępne dane i narzędzia pozwalają patrzeć na każdą decyzję żywieniową w pięciu wymiarach naraz: czym dana rzecz jest dziś, jak działa, z czym jest globalnie powiązana (zdrowiem ludzi, glebą, klimatem), jak ewoluowała oraz jakie przyszłe scenariusze uruchamia.

Naczelny na surowej diecie przeżuwa pokarm przez blisko pół aktywnego dnia, czyli około pięciu godzin. Ogień, nóż i fermentacja skróciły to do mniej niż godziny i dały nam około 4 godziny dziennie. Ten czas ludzkość wkładała w naukę i sztukę, ale też w hierarchie i wojny
Rys. Paulina Grabowska

Środek spożywczy jako nowy, błędny sygnał dla naszej ewolucji

Półki sklepowe oferują duży, ale pozorny wybór. W przeciętnym sklepie znajdziemy od jednej do trzech odmian jabłek, dwa rodzaje ogórków, ale za to siedem wariantów czekolady Milka, kilkanaście zup instant i kilkadziesiąt napojów energetycznych. Pod tą pozorną obfitością kryje się era żywności nieodżywczej, ultraprzetworzonej (UPF, Ultra-Processed Food). Sztucznie napędzana kapitalistyczna dywersyfikacja rynkowa zerodowała prawdziwą bioróżnorodność spożywczą.

Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności, a za nim polskie prawo definiuje żywność chyba najbardziej egalitarnie ze wszystkich jego podmiotów i przedmiotów: uznaje za nią „jakiekolwiek substancje lub produkty, przetworzone, częściowo przetworzone lub nieprzetworzone, przeznaczone do spożycia przez ludzi”[2]. Pojęcie jest szokująco pojemne; obejmuje gumę do żucia (polimer syntetyczny), alkohol oraz wszelkie dodatki technologiczne. Wyłączeniu podlegają wyłącznie leki, używki, kosmetyki oraz pasze dla zwierząt. Na półkach dominują więc substancje o długiej trwałości, formalnie „jedzenie”, w praktyce bliższe chemii przemysłowej. Osobne sekcje z etykietą „Zdrowa żywność” każą się zastanowić, czym wypełniona jest reszta sklepu. Obecne prawo wymaga „bezpieczeństwa produktu” (wykluczenia ryzyka natychmiastowego zatrucia), ale ignoruje „bezpieczeństwo metaboliczne”, czyli długofalowe skutki zdrowotne naszej codziennej diety.

Obecny stan rzeczy nie spadł z nieba, jest wynikiem konkretnej historii. Po II wojnie światowej ten sam azot, którym karmiono materiały wybuchowe na froncie, zaprzęgnięto do wykarmienia pól. W latach 40. i 50. amerykańska Fundacja Rockefellera wraz z rządem Meksyku uruchomiła Mexican Agricultural Program. W jego ramach Norman Borlaug (Nobel 1970) wyhodował „półkarłowatą” pszenicę o wysokiej wydajności i odporności na choroby. Już w 1956 roku Meksyk osiągnął pszeniczną samowystarczalność, technologia trafiła do Azji i zrodziła tak zwaną Zieloną Rewolucję, jak na przewrót nietypową, bo uspokoiła nastroje społeczne i pomogła w walce z głodem. Policzyła sobie jednak za swoje zasługi podwójną cenę. Miliony lokalnych odmian musiały dosłownie ustąpić pola kilku globalnym monokulturom, a nowe rośliny nie uchowałyby się bez obligatoryjnego pakietu: nawozu syntetycznego, pestycydów, irygacji. Hodowlę nastawiono na biomasę zamiast na wartości odżywcze. Rosnący poziom dwutlenku węgla w atmosferze wymiótł z pszenicy jeszcze więcej odżywczego białka i minerałów, ale za to zwiększył ilość kalorycznej skrobi. Intensywne nawożenie delikatnie odwraca ten proces – zwiększa się ilość białka, niestety alergizującego, jak gluten i gliadyna. Dlatego coraz więcej osób czuje się gorzej po spożyciu produktów zawierających pszenicę.

Era UPF zaczęła się w latach 70., gdy kryzys naftowy i amerykańska nadprodukcja kukurydzy zalały rynek tanim syropem glukozowo-fruktozowym. W latach 90. ofensywa GMO pierwszej generacji pozwoliła monokulturom przetrwać agresywne dawki herbicydów ropopochodnych; na skutek tego zwycięstwa do dziś jest nimi nasączony nasz łańcuch pokarmowy. Do 2026 roku system domknął się w triadę: te same korporacje kontrolują energię, nasiona, chemię spożywczą i leki, stosownymi metodami utrzymują ludzki metabolizm w stanie opłacalnej dysfunkcji, w którym leczy się nie przyczyny, lecz skutki. W 2018 roku koncern Bayer AG połączył leki, nasiona i pestycydy – przejął Monsanto, twórcę glifosatu.

Żywność – paliwo dla metabolizmu – jest nośnikiem informacji molekularnej. Każdy produkt ma indywidualną sygnaturę biochemiczną. Wykracza ona poza bilans kalorii i moduluje ekspresję genów, czyli decyduje, które fragmenty naszego DNA są aktywnie odczytywane, a które milczą. Przy niskiej jakości „danych wejściowych” pojawiają się błędy w „oprogramowaniu” organizmu. Nie każda UPF jest zła. Jodowanie soli (zapobiega niedoczynności tarczycy), pasteryzacja i fortyfikacja witaminami uratowały miliony istnień ludzkich. Problem zaczyna się, gdy ultraprzetwarzanie jest projektowane nie pod homeostazę (zdolność organizmu do utrzymania równowagi), lecz pod sprzedażową smakowitość. Inżynierowie współczesnej żywności celują w bliss point (punkt rozkoszy), czyli idealną proporcję cukru, soli i tłuszczu. Złota mieszanka zalewa mózg dopaminą, podobnie jak kokaina, dlatego nie potrafimy odstawić batonika ani chipsów.

Manipulacja sięga znacznie głębiej niż do sfery smaku. Przez większą część naszej ewolucji fruktoza była rzadka; pochodziła z owoców i sygnalizowała koniec sezonu obfitości. Organizm włączał sobie wtedy przypominajkę: „magazynuj tłuszcz, oszczędzaj energię, nadchodzi zima”. Dziś batoniki z syropem glukozowo-fruktozowym uruchamiają ten sam tryb przetrwania. Twoje ciało myśli, że nadciągają dni chłodne i głodne, więc spowalnia metabolizm i odkłada tkankę tłuszczową w wątrobie. Ty sięgasz po kolejną porcję słodkości. Nie zawsze masz na sumieniu brak silnej woli, technologia oszukała twoją biologię. Dlatego insulinooporność i otyłość, przez nas zwane chorobami cywilizacyjnymi, w paradygmacie biologii ewolucyjnej są raczej adaptacją do błędu. Komórki, codziennie zalewane sygnałem nadmiaru, „zamykają drzwi” (oporują insulinę), żeby nie spłonąć od ilości wolnych rodników. Zespół metaboliczny nie ma nic wspólnego z awarią, wręcz przeciwnie – organizm dowiódł, że radzi sobie w środowisku toksycznego systemu żywnościowego. Za ten ewolucyjny sukces płacimy przewlekłym stanem zapalnym, mgłą mózgową i zmęczeniem. Zamiast zmienić środowisko na bezpieczne, dopasowaliśmy się biologicznie do niebezpiecznego. Nie wyleczy nas kolejna generacja leków, bo cierpimy nie z powodu patologii organizmu, lecz na skutek sprzężenia zwrotnego między biologią a systemem, który ją otacza. Trzeba by przeprojektować cały system, od ziemi rolnej, przez prawo, aż po bliss point.

Każdy z pięciu skoków uwalniał nadwyżkę energii i czasu. Pierwsze trzy napędzała energia odnawialna: słońce, biomasa, mięśnie. Dwa ostatnie, maszyny i Haber-Bosch, przestawiły nas na skończone paliwa kopalne, które przejadamy jak nieskończony dochód. Jeśli pomkniemy
dalej na kurczącym się zasobie, nie zmieniając źródła energii, kolejnego skoku może nie być
Rys. Paulina Grabowska

Nowa ekonomia żywności. Trzy wektory holobiontu

Mądrzejsi o doświadczenia naszych przodków, wiemy już, że każdy pomysł na nowy system żywnościowy trzeba dogłębnie rozpatrzyć, bo wspomagając jedno rozwiązanie, możemy długofalowo pogłębić problem gdzie indziej. Musimy myśleć o skali systemu, a na jego elementy patrzeć jak na naczynia połączone. Projektowanie nowego świata należy jednak zacząć od uwagi technicznej, która działa jak filtr pomysłów: pełna cyrkularność, czyli stuprocentowa gospodarka obiegu zamkniętego, jest sprzeczna z drugą zasadą termodynamiki: nasz wszechświat nie dopuszcza istnienia perpetuum mobile.W systemie zamkniętym entropia zawsze rośnie – za każdym razem, gdy próbujemy coś odzyskać, część materiału się rozprasza, a my musimy dopompować energię z zewnątrz, żeby operacja w ogóle była możliwa. Dlatego każdy system zamknięty prędzej czy później upomni się o uproszczenie: krótsze łańcuchy dostaw, dietę lokalną i sezonową, ograniczenie liczby wysoko przetworzonych komponentów, mniej rodzajów opakowań albo całkowitą z nich rezygnację. Bez tego filtra cyrkularność, zrównoważony rozwój i regeneratywność skończą jako kolejny rozrzutny styl życia, a nie jako długodystansowe rozwiązanie. Ideałem byłby holobiont, czyli żywa sieć, w której biologia, technologia i instytucje symbiotycznie współpracują i regulują siebie nawzajem.

Shouguang jest największym na świecie zespołem szklarń, produkującym warzywa dla 60 milionów ludzi
Fot. Kadir van Lohuizen / NOOR, Food for thought 2021–2023

Pomysł 1: Powrót do tradycyjnego rolnictwa

Wektor bezpieczeństwa. Skoro całkowita rezygnacja z nawozów syntetycznych nie wchodzi jeszcze w grę bez równie wydajnych zamienników, skupmy się na utrzymaniu równoległej, niezależnej linii produkcji (tradycyjnych odmianach, regeneracji gleby, suwerenności nasiennej). Uchroni nas przed monopolizacją tego, co rośnie w glebie, i zabezpieczy biologiczną różnorodność naszej żywności. Równolegle będziemy rozwijać alternatywy dla nawozów syntetycznych oraz energii z paliw kopalnych.

Suwerenność nasienna i powrót do starych, niemodyfikowanych odmian pozwolą nam utrzymać dystans od korporacyjnego monopolu nasienniczego, sztucznych nawozów i GMO (Polska jest obecnie krajem wolnym od upraw GMO). Tradycyjnych nasion nie da się opatentować ani zamknąć w subskrypcji chemicznej. Stare odmiany lokalnych roślin z reguły lepiej sobie radzą z lokalnymi anomaliami pogodowymi i nie wymagają ciągłego ratowania syntetykami. By jednak taki system nie wymusił powrotu sporej części społeczeństwa do pracy rolniczej i nie wiązał się z ryzykiem masowego wylesiania pod nowe grunty orne, nie pozbawił nas też taniej masowej żywności, trzeba zrekompensować niższą wydajność z hektara. Musimy uznać tradycyjne odmiany za strategiczną dywersyfikację, nie zaś całkowite zastępstwo. Sięgając po nie, stworzylibyśmy dwutorowy system: wysokowydajne rolnictwo utrzymuje tanią bazę kaloryczną, chroni lasy przed wycinką, a uprawy tradycyjne pełnią funkcję prozdrowotnego bufora, demokratyzują dostęp do suwerennej żywności. Jeśli dołożymy inżynierię mikrobiologiczną (mikoryzę, bakterie azotowe i nawozy z kompostowni przemysłowych), tradycyjne odmiany mogą znacząco podnieść swoją wydajność i zabezpieczyć nas w okresie nieuchronnej dekarbonizacji rolnictwa, wymuszonej wyczerpywaniem się bogatych złóż paliw oraz konfliktami o nie.

Czy ktoś już zmierza w tym kierunku? Międzynarodowy ruch chłopski La Via Campesina łączy organizacje rolnicze z osiemdziesięciu jeden krajów, by bronić suwerenności nasiennej wobec patentów korporacyjnych. Indyjska filozofka i ekofeministka Vandana Shiva przez fundację Navdanya prowadzi w Indiach bank ponad czterech tysięcy odmian tradycyjnych zbóż oraz sieć gospodarstw niezależnych od koncernów nasienniczych. Rolnicy regeneratywni: Amerykanin Gabe Brown i Australijczyk Charles Massy, prowadzili gospodarstwa oparte na chemii i metodach przemysłowych, ale susze i kryzysy finansowe zmusiły ich do zaufania naturalnym procesom biologicznym. Na własnym gospodarstwie w Dakocie Północnej Brown udokumentował wzrost materii organicznej w glebie z 2 do 7 procent w ciągu dwudziestu lat; jego pięć zasad zdrowia gleby weszło do praktyki tysięcy farm w Stanach Zjednoczonych. Massy udowadnia, że odbudowana gleba oraz przywrócenie naturalnych cykli hydrologicznych wspierają walkę ze zmianami klimatu.

Stany Zjednoczone produkują i eksportują najwięcej mięsa na świecie
Fot. Kadir van Lohuizen / NOOR, Food for thought 2021–2023

Pomysł 2: Zintegrowana agroarchitektura

Wektor bliskości. Zamiast globalizować przepływy żywności, zintegrujmy produkcję z miejscem konsumpcji. Skróci się łańcuch dostaw, zniknie część infrastruktury chłodniczej i magazynowej, zmniejszy się marnotrawstwo, a uwolnione tereny rolnicze dostaną szansę na powrót do bioróżnorodności. Rolnictwo precyzyjne pozwala kalibrować podaż do popytu na bazie planów urbanistycznych i wizji rozwoju miast.

Koncepcja zakłada przekształcenie budynków i przestrzeni miejskich w sieć upraw. Zamiast izolować miasto od rolnictwa, integrujemy produkcję żywności z architekturą: farmy wertykalne na elewacjach, zielone dachy, ogrody społeczne w parkach. Będą potrzebne nowe wytyczne budowlane. System, zasilany energią odnawialną, działa w obiegu zamkniętym: woda i nawozy są pozyskiwane z bezpiecznie przefiltrowanych ścieków oraz miejskich kompostowników, przy udziale naturalnych bakterii i grzybów. Dochodzą innowacyjne materiały – szyby z powłoką, która pod wpływem słońca rozkłada smog na azotany, czyli nawóz dla upraw. Budynek nie stoi biernie, zmienia się w aktywny filtr środowiskowy i źródło pożywienia.

Domyka się obieg materii w mieście. Z niegdysiejszego problemu (ścieków, smogu), pozyskujemy surowiec (wodę, nawóz). Jedzenie rośnie tam, gdzie jest zjadane, więc odpada transport chłodniczy na setki kilometrów. Rośliny na elewacjach i dachach działają jak naturalna izolacja, odciążają sieć energetyczną. Wady? Tłoczenie wody na wysokie piętra i utrzymanie mokrej, ciężkiej ziemi wymagają wzmocnień konstrukcyjnych oraz stałego zużycia energii przez pompy. Cały system jest uzależniony od ciągłości dostaw prądu i bezbłędnej pracy filtrów; awaria zasilania lub błąd w filtracji ścieków może w kilka godzin zniszczyć uprawę albo skazić żywność. By uniknąć katastrofy, trzeba stosować stały monitoring i szereg zabezpieczeń.

Agroarchitektura przekształca miasto z pasożyta wysysającego zasoby w samowystarczalny organizm. Sprawdzi się dwojako: do adaptacji istniejących obiektów (postindustrialnych hal, pustostanów handlowych, dachów infrastrukturalnych) i w procesie stopniowej ewolucji prawa przestrzennego – jeśli w planach zagospodarowania wymusimy prefabrykowane „zielone moduły” w nowych inwestycjach. Miasto wyewoluuje w rozproszoną spółdzielnię rolniczą, w której każdy nowy budynek musi wyprodukować określoną pulę kalorii, by uzyskać pozwolenie na budowę i użytkowanie.

Czy ktoś zmierza w tym kierunku? Holenderskie biuro van Bergen Kolpa Architects projektuje budynki publiczne produkujące żywność: prototypowe Agrotopia w Roeselare i Vertical Farm Hengshui łączą architekturę z infrastrukturą rolniczą. Ekolog i mikrobiolog Dickson Despommier w książce The Vertical Farm (Farma wertykalna) pokazał, że uprawy wewnętrzne zużywają od 70 do 95 procent mniej wody niż rolnictwo gruntowe i eliminują spływy nawozów do wód powierzchniowych, kosztem stałego zapotrzebowania na energię. Moja firma i marka mood.farm wprowadza wertykalne farmy żywności funkcjonalnej do budynków biurowych. Uczyniliśmy je elementem infrastruktury sensorycznej i zdrowotnej w miejscu pracy.

Przemysłowa hodowla świń w Stanach Zjednoczonych. Przeciętny Amerykanin
zjada 120 kg mięsa rocznie
Fot. Kadir van Lohuizen / NOOR, Food for thought 2021–2023

Pomysł 3: pięćdziesięcioletnia tranzycja i redefinicja żywności

Wektor uproszczenia i demokratyzacji. Skracamy łańcuch troficzny (rośliny → pasza → zwierzęta → my), białko uzupełniamy fermentacją precyzyjną i technologiami open source, gdyż uniemożliwiają korporacjom zmonopolizowanie żywności na poziomie patentu. Uwolnione ziemie mogą w końcu zdziczeć i sekwestrować dwutlenek węgla. Oddajemy je ich pierwotnym właścicielom ekologicznym: ekosystemom, glebie, zapylaczom. Cały system jest pomyślany jako adaptacyjny, reaguje na własne błędy, nie ma nic wspólnego z odgórnie, na ślepo narzuconym planem. Zakłada przebudowę produkcji żywności rozłożoną na pół wieku i opartą na trzech filarach.

Filar pierwszy: prawna redefinicja żywności. Produkty szkodliwe dla ludzkiego zdrowia, szkodliwe odmiany GMO i niezdrowe UPF zostają uznane za „używki metaboliczne” i obłożone wysokimi podatkami, z intencją doprowadzenia do ich wygaśnięcia na rynku.

Filar drugi: uwolnienie terenów rolnych i rewilding. Drastycznie ograniczamy przemysłową hodowlę zwierząt. Mięso i nabiał odzwierzęcy dostarczają dziś 18 procent globalnych kalorii i 37 procent białka, a zajmują aż 83 procent światowych gruntów rolnych[3]. Skracamy łańcuch troficzny, drogę energii od słońca przez rośliny do naszego żołądka. Zamiast uprawiać soję i kukurydzę, by karmić nimi zwierzęta w niewoli, uwalniamy większość tych ziem; żyźniejsze przeznaczamy pod uprawę roślin dla ludzi, trudniejsze (pastwiska) oddajemy naturze. Niewielkie stada przeżuwaczy pozostają jako „biokonwertery” ekosystemowe – zjadają trawę, dla nas niejadalną, nawożą glebę i zapobiegają jej pustynnieniu.

Filar trzeci: open source. Lukę białkową w naszych dietach uzupełniamy inżynierią – precyzyjną fermentacją (produkcją białek przez mikroorganizmy), algami i grzybami. Wszystkie technologie są dostępne na otwartych licencjach, więc odcinamy korporacjom drogę do monopolizacji jedzenia.

Mamy szansę znacząco ograniczyć epidemię chorób cywilizacyjnych i odciążyć budżety ochrony zdrowia. Odzyskane grunty odbudowują się i sekwestrują więcej dwutlenku węgla, rzeki i oceany odetchną od nawozów, cofnie się eutrofizacja. Po stronie strat trzeba odnotować, że powolna likwidacja potężnych sektorów (przemysłu mięsnego, chemii spożywczej) wymaga przekwalifikowania milionów pracowników, trzeba też się zastanowić, jak wykorzystać tamtejsze technologie w nowych celach. System wraz z transformacją energetyczną wymaga ogromnych nakładów infrastrukturalnych. W zamian za uniezależnienie lokalnych społeczności od globalnych wahań cen społeczeństwo musi zrezygnować z tanich, szybkich, „chemicznych” kalorii na rzecz pożywienia wymagającego większej świadomości.

Tak złożonego procesu nie da się wprowadzić jako nagłej rewolucji. Musimy się przygotować na kontrolowaną tranzycję fazową z założeniem stałego uczenia się na błędach. Nazwijmy go Polimorficznym Układem Adaptacyjnym, z dwiema prędkościami.

Hodowla zwierząt zajmuje 83 procent gruntow rolnych, a oddaje ledwie 18 procent kalorii i 37 procent białka, bo na każdym etapie łańcucha ginie około 90 procent energii. Jedząc rośliny wprost, możemy uwolnić większość tej ziemi dla natury
Rys. Paulina Grabowska

1. Fast AI: autonomiczne algorytmy dbają o bezpieczeństwo techniczne. W ułamku sekundy reagują na sytuacje kryzysowe (skażenie wody, mutację toksyn w bioreaktorze) i izolują zagrożenie. Nie są własnością żadnej korporacji ani państwa.

2. Międzynarodowa komisja: eksperci z różnych dziedzin i kompetentni przedstawiciele różnych społeczeństw wyznaczają kierunki rozwoju i aktualizacje systemu. Każda zmiana musi najpierw przejść testy w odizolowanych rejonach lub w cyfrowej symulacji. Członkowie rady mają ogromną władzę, ale ryzykują własną skórą – ponoszą absolutną odpowiedzialność prawną i finansową przed niezależnymi sądami za każdą decyzję lub zaniedbanie. Po zakończeniu kadencji żaden z nich (ani nikt z ich rodzin) nie może zasiadać w korporacyjnych zarządach, co ogranicza lobbing i korupcję. Ktoś powie, że podałam przepis na paraliż decyzyjny. Słuszny zarzut, ale tylko w kontekście dzisiejszej polityki – nadużywane immunitety i ciemna triada osobowości są w niej regułą. Zamiast ulegać defetyzmowi, weźmy pod uwagę, że kompetentnych, odpowiedzialnych ludzi, którzy mogliby budować system w nowym rozdaniu, jest na świecie wielu.

Celowo nie poruszyłam tematu zmiany systemu ekonomicznego ani drastycznego zmniejszenia użycia paliw kopalnych, ponieważ nie sposób ująć go w kilku zdaniach. Wymaga osobnego artykułu, a raczej doktoratu lub książki.

Czy ktoś zmierza w tym kierunku? EAT-Lancet Commission opublikowała w 2019 roku (i zaktualizowała w 2025 roku) dietę planetarną – zalecenia uwzględniające jednocześnie zdrowie człowieka i granice planetarne. Ekolog Allan Savory od kilku dekad rozwija holistyczne zarządzanie ziemią, oparte na planowanym wypasie zwierząt jako narzędziu przeciwdziałania pustynnieniu w klimatach półsuchych. Międzynarodowa organizacja pozarządowa Rewilding Europe realizuje projekty między innymi w delcie Odry. Fińska firma Solar Foods hoduje białko z powietrza: mikroorganizmy karmione dwutlenkiem węgla i wodorem (fermentacja gazowa) wytwarzają proszek Solein, w mniej więcej 78 procentach zbudowany z pełnowartościowego białka. Amerykański Perfect Day postawił na fermentację precyzyjną: do mikroorganizmów wprowadza się gen kodujący białko mleka, dzięki czemu produkują serwatkę identyczną z krowią, ale bez krowy. Obie firmy dowodzą, że pełnowartościowe białko można wytworzyć bez udziału zwierząt. Project Drawdown, inicjatywa Paula Hawkena, opracowała katalog stu rozwiązań klimatycznych uszeregowanych według wyliczonej redukcji emisji; w obszarze żywności najwyższą ocenę uzyskały ograniczenie marnotrawstwa i dieta roślinna. Francuska firma Morfo zasiewa wylesione tereny z dronów naprowadzanych przez AI – technologia dobiera miejsca o najwyższej szansie przyjęcia się nasion. Jeden dron obsadza do pięćdziesiąt hektarów dziennie, wielokrotnie szybciej niż człowiek zrobi to ręcznie. Pol.is, platforma open source, poprzez uczenie maszynowe porządkuje opinie dziesiątek tysięcy uczestników i wskazuje obszary realnego konsensusu; posłużyła między innymi tajwańskiemu procesowi konsultacji społecznych vTaiwan do współtworzenia prawa.

Wertykalna farma hydroponiczna – ziołowy tea-point. Projekt i wykonanie: mood.farm, projekt biura ARUP: The Fourth Dimension
Fot. Adam Grzesik

Spięcie trzech wektorów

Każdy z pomysłów omówiłam z osobna, by wyizolować ich miecze obosieczne. Nałożone na siebie, działania te będą się wzajemnie wzmacniały. Wektor bliskości (pomysł 2) relokuje produkcję do miast i uwalnia tereny rolne, naturalne terytorium wektora bezpieczeństwa (pomysł 1): starych odmian, banków nasion, rewildingu pasterskiego. Wektor uproszczenia (pomysł 3) domyka kwestie prawne i technologiczne, bo ta sama logika open source chroni białko z fermentacji precyzyjnej przed opatentowaniem, a nasiona z La Via Campesina przed modyfikacją, również zakończoną patentem. Na miejskiej farmie można uprawiać stare odmiany, więc bezpieczeństwo wpisuje się w bliskość na poziomie projektowym.

Po stronie wad: spięcie trzech wektorów grozi wytworzeniem systemu tak złożonego, że niesterowalność wróci tylnymi drzwiami. Centralizacja koordynacji niesie ryzyko powtórzenia błędów superorganizmu, choć tym razem w otoczce dobrych intencji. Pomysły działają w trzech różnych skalach czasowych: lat, dekad, półwiecza; ich asynchroniczność sama w sobie jest ryzykowna. Dlatego pełna wizja nie zmontuje się sama, nowy system jako holobiont będzie się stale uczył na błędach i adaptował do sprzężenia zwrotnego. Dostosuje się naturalnie dopiero wtedy, gdy w hierarchii wartości PKB ustąpi nadrzędnego miejsca holobiontowi – sieci, w której nasze zdrowie, gleba, klimat i instytucje wzajemnie się regulują. Sprzężenie zwrotne straci status narzędzia zarządzania i posłuży nam jako sposób (prze)życia.

Stare odmiany wsparte mikrobiologią dają zdrowotny bufor i niezależność od korporacyjnych nasion, wysokowydajne pola, tanią kalorię i ochronę lasów, a gdy jeden tor zawodzi, drugi trzyma.
Rys. Paulina Grabowska

Od superorganizmu do holobiontu

Co możemy zrobić już dziś? Zauważyć, że niemal wszystko w naszym otoczeniu jest tworem marketingu i sprzedaży. Zaprojektowany mechanizm bliss point osłabia już sama jego identyfikacja. Konsumujemy wszyscy, więc każdy z nas jest dziś najważniejszym wektorem decyzyjnym – mamy ogromną władzę, jeśli działamy wspólnie.

W skali dnia: czytaj skład, nie etykietę marketingową. Gotuj z surowca. Pytaj producenta, skąd pochodzi żywność w twoim koszyku – nie krępuj się, oswajaj ciekawość jako normę. W skali roku: wejdź do kooperatywy spożywczej, korzystaj z RWS (Rolnictwa Wspieranego Społecznie) lub znajdź lokalnego rolnika, którego znasz z imienia. Uprawiaj rośliny na balkonie, parapecie albo skrawku osiedla – zrealizujesz mikropomysł 2 w skali twojego mieszkania. Dziel się nasionami i przepisami – wcielisz w życie mikropomysł 1 w skali sąsiedztwa. W skali politycznej: wybieraj świadomie tych, którzy rozumieją żywność jako infrastrukturę, nie towar. Mów otwarcie, że pozostałych należy wymienić. Holobiont nie jest projektem wyłącznie dla rządów, dotyczy nas wszystkich jednocześnie.

W agroarchitekturze budynek przestaje być bierną bryłą i staje się węzłem obiegu: produkuje żywność tam, gdzie się ją je, a smog i ścieki, dawne problemy miasta, wracają jako nawóz i woda. Gdy budynki wymieniają nadwyżki, całe miasto staje się jadalne.
Rys. Paulina Grabowska

Co to znaczy dla osób zajmujących się projektowaniem? Urbaniści mogą uwzględnić produkcję żywności w planie ogólnym gminy i planach miejscowych jako nowy wskaźnik powierzchni biologicznie czynnej. Architekci zyskają narzędzie, by wprojektowywać budynki w obieg wody i składników odżywczych, wspólnie z branżami, których dziś nie ma w zespole: agronomem miejskim, ekologiem budynku, inżynierem obiegów. Łańcuch domyka użytkownik. Ty zjadasz plon z elewacji własnego osiedla. Holobiont wzbogaci się o nowy organ – miasto jadalne.

Na tej drodze musimy nieustannie pamiętać o twardej zasadzie: nie ma darmowej zmiany. Każdy nasz pomysł na rozwój musi przejść przez filtr miecza obosiecznego, rozliczany nie z zysków (jak teraz), lecz z kosztów termodynamicznych, społecznych i ekologicznych. Powyżej zaprezentowałam zaledwie szkice inżynieryjne. Ani na chwilę nie wolno sprowadzić holobiontu do jednotorowego planu realizacji, bo uśmiercilibyśmy organizm, który uczy się na własnych błędach i na bieżąco je poprawia. Każda dotycząca go decyzja jest prototypem, każdy skutek uboczny – sygnałem zwrotnym.

Bohater Myśliwskiego wyłuskał z fasoli całe życie. Przyglądajmy się naszym posiłkom z taką samą uwagą jak on. Nawet najprostsze odkryją przed nami, skąd pochodzimy i jak działa system, który nas karmi. Daje nam chwilowy zastrzyk energii pod bliss point czy stabilną wersję do rozwoju i wdrażania niezbędnych zmian? Tylko ten drugi rodzaj żywności wyrasta z korzenia životъ – życie.

Zbieranie świeżych mikroliści na sałatkę z wertykalnej farmy hydroponicznej Projekt i wykonanie: mood.farm, projekt biura ARUP: TheFourth Dimension
Fot. Bartek Barczyk