Kinga Zemła rozmawia z Aleksandrą Wasilkowską

Targowisko Babski Rynek w Białej Podlaskiej, proj. Pracownia Architektoniczna Aleksandra Wasilkowska
Fot. Nate Cook

Kinga Zemła: Miasto bierze początek ze spichlerza, a przynajmniej tak pisze Philippe Rahm w A Natural History of Architecture (Historia naturalna architektury). W starożytnych Mezopotamii i Egipcie, a później w średniowiecznej Europie miasta powstawały wokół ufortyfikowanego spichlerza w świątyni lub monastyrze. Rolnicy składali tam zbiory, by chronić je przed najeźdźcami i złą pogodą. W funkcji żywiciela krajobraz rolniczy jest więc fundamentalny względem miasta. Dychotomia miasta i wsi nie wydaje się skutecznym narzędziem wyobraźni w strategicznym planowaniu przestrzennym.

Aleksandra Wasilkowska: Sébastien Marot wysnuwa hipotezę, że architektura świątyń doryckich, między innymi Partenon, była monumentalnym przekształceniem wiejskich spichlerzy: za pierwowzór kolumn posłużyły słupy, a tryglifów – otwory wentylacyjne. Ten trop prowadzi do wniosku, że historia architektury zachodniej ma źródło nie w reprezentacji władzy, ale w infrastrukturze bezpieczeństwa żywnościowego i typologii magazynowania zboża. Dominująca we współczesnej wyobraźni dychotomia miasta i wsi wynika z błędnego założenia, że są dwiema rozdzielnymi rzeczywistościami.

Maciej Jakubowiak zauważył, że historię ludzkości można opowiadać poprzez metaforę „brzucha ludowego”, czyli odwołania do kolonializmu, pańszczyzny, walki klasowej, ale też jako historię głodu i walki o dostęp do jedzenia1. Głód, niszczenie rolnictwa i blokady dostaw wciąż służą za broń. Współcześnie głodowi i niedożywieniu na skalę globalną towarzyszy marnotrawstwo ponad jednej trzeciej wyprodukowanej żywności. Carolyn Steel zauważa, że w krajach najbardziej rozwiniętych głód zastąpiła otyłość, skutek jedzenia przetworzonej żywności, zanieczyszczenia środowiska, ale też powiększających się pustyń żywieniowych.

Targowisko Błonie w Błoniu, proj. Pracownia Architektoniczna Aleksandra Wasilkowska
Fot. Nate Cook

KZ: Sztywny podział na miasto i wieś tym mniej przystaje do rzeczywistości, że produkcja i dystrybucja żywności zostały zaprzęgnięte w praktyki globalnego kapitalizmu. Jedzenie wciąż jest stosunkowo tanie. Niskie ceny nie uwzględniają społecznych i środowiskowych kosztów wytwarzania żywności. Najczęściej ponoszą je mieszkańcy i ekosystemy w odległych od nas miejscach planety. Polskie zwierzęta hodowlane są karmione paszą z soi, ekstensywne uprawy tej rośliny wymuszają karczowanie kolejnych połaci Puszczy Amazońskiej. W debacie architektonicznej pojawiają się pomysły internalizacji kosztów budowania, na przykład poprzez uwzględnienie degradacji krajobrazu, z którego pozyskuje się materiały budowlane2. Czy w podobny sposób powinniśmy myśleć o żywności? Pogodzić się ze wzrostem cen?

AW: Sprawiedliwa, czyli dostępna i zdrowa żywność wymaga wsparcia systemowego. W szerszej perspektywie żywność produkowana ekologicznie jest inwestycją w zdrowie społeczeństwa, zmniejsza wydatki na leczenie skutków złego odżywania. Dostęp do żywności

ekologicznej mógłby wzrosnąć przy zastosowaniu odpowiednich przestrzennych instrumentów. Urbanistyka i architektura powinny włączyć się w budowanie systemu żywnościowego, w tym procesie wiele od nich zależy: skracanie łańcuchów dostaw i zmniejszanie liczby pośredników między rolnikami a konsumentami, tworzenie lokalnych centrów dzielnic, w których znajdą się targowiska spożywcze, warzywniaki, bary mleczne, stołówki. Polityka przestrzenna i lokalowa miast powinna wspierać miejsca z niedrogą, nieprzetworzoną i świeżą żywnością: osiedlowe warzywniaki, bary mleczne. Można stosować preferencyjne czynsze lub dopłaty do nich i inne zachęty ekonomiczne. Urbanistyka prozdrowotna ma fundamentalne znaczenie dla dostępu do zdrowej żywności i w konsekwencji jej ceny.

KZ: W tym numerze „Autoportretu” prezentujemy cztery scenariusze przyszłości prognozowane przez Sébastiena Marota. Czy któryś z nich uważasz za przekonujący?

AW: Intensyfikacja produkcji żywności w granicach miast oraz emancypacja mieszczanina poprzez permakulturę na pewno wzbogaciłyby krajobraz żywieniowy, ale nie zastąpią profesjonalnego rolnictwa poza miastem. Trudno mi sobie wyobrazić masową budowę miejskich farm wertykalnych na taką skalę, by wyżywić całą lokalną populację. Wolnych gruntów w centrach miast ubywa i są coraz droższe, wydajność infrastruktury energetycznej i wodnej nie udźwignie obciążenia farmami wertykalnymi, hydroponika wymaga specjalistycznej wiedzy i drogich instalacji. Bez dotacji byłaby dostępna wyłącznie dla elit. Ryzykowalibyśmy monopolem technologicznym na żywność. Większe nadzieje pokładałabym w ogrodnictwie miejskim. Przy okazji farmy edukacyjne na dachach budynków, szklarnie i ogródki przyszkolne przywróciłyby widzialność produkcji żywnościowej. Dzięki nim zyskalibyśmy cenny element edukacji żywieniowej, choć przyznam, że niektóre mnie fascynują i przerażają jednocześnie. Ostatnio odwiedziłam belgijskie centrum badawcze produkcji Agrotopia, laboratorium upraw i centrum szkolenia rolnictwa hydroponicznego. W tej szklarni produkcję kontrolują komputery, mój przewodnik nazwał ziemię tabu: „gleba jest zła, zanieczyszczona metalami ciężkimi, olejami i trupami”. Roślinność zapylają tam trzmiele przywożone w pudełkach i wymieniane co siedem dni, bo zaledwie tyle żyją w niewoli. Szklarnia wygląda imponująco, lecz trzmiele niewolnictwo mnie zasmuciło. Jestem wegetarianką i pragnę rozwiązań, które eliminują jakiekolwiek cierpienie zwierząt.

Targowisko Błonie w Błoniu, proj. Pracownia Architektoniczna Aleksandra Wasilkowska
Fot. Nate Cook

Ciekawymi eksperymentami są bardziej uspołecznione i osadzone w kontekście sąsiedzkim miejskie szklarnie La Ferme du Rail w Paryżu i La Cité Maraîchère w Romainville, na przedmieściach stolicy, dotowana przez samorząd. Osobom płacącym lokalne podatki przysługuje zniżka na zakup żywności z tej szklarni.

Małe farmy w miastach mogą pełnić funkcję społeczną, edukacyjną, kulturalną, integrującą, wzmacniać świadomość żywieniową mieszkańców, analogicznie do muzeów i domów kultury. Wspieranie edukacji i budowanie świadomości są fundamentem bezpieczeństwa żywnościowego, w tym ochrony stref żywicielskich wokół miast, skracania łańcuchów dostaw. Niestety regionalna współpraca miast z gminami ościennymi kuleje. Poza tym Unia Europejska wciąż czterokrotnie więcej inwestuje w dotacje dla producentów mięsa na skalę przemysłową niż w zrównoważone lokalne uprawy roślinne.

KZ: Uwikłanie produkcji żywności w logikę globalnego kapitalizmu i uprzemysłowienia prowadzi do uniformizacji jedzenia i pogłębia naszą zależność od ponadnarodowych koncernów.

AW: Globalni monopoliści zawłaszczyli relacje gospodarcze z rolnikami i narzucili im swoje zasady, także w Polsce. Wytwórcy płodów rolnych sprzedają je po wielokrotnie niższych cenach niż te w sklepach. Wielkich graczy można ominąć, budując społeczną infrastrukturę żywieniową: giełdy spożywcze dla lokalnych rolników i przetwórców, targowiska, osiedlowe sklepy spożywcze, warzywniaki, warzywomaty. W mniejszych miastach wciąż natkniemy się na tak zwane babskie lub chłopskie rynki, lecz duże miasta zamieniają się w pustynie żywnościowe, jakościowa żywność nieprzetworzona jest tam dostępna tylko dla wybranych. Bez subsydiowania małe podmioty nie mają szans konkurować z korporacjami, zwłaszcza że one często stosują nieuczciwe praktyki i zmowy cenowe.

Miejska szklarnia w Paryżu: La Cite Maraichere
Fot. Aleksandra Wasilkowska

Strategia żywieniowa powinna być równie ważnym celem polityki, co walka z zanieczyszczeniem, korkami, hałasem. W Polsce rozpoczęto prace nad strategią redukcji otyłości, ale posuwają się one w oderwaniu od polityki przestrzennej. A przecież powodzenie projektu zależy od bezpośredniego dostępu do nieprzetworzonych produktów w odległości pieszej. Trudno oczekiwać zmiany nawyków żywieniowych od ludzi, którzy funkcjonują na pustyni żywieniowej. Zadaniem miasta jest więc obniżać czynsze i rezerwować dla sklepów spożywczych miejskie lokale. Z warszawskiego śródmieścia większość warzywniaków wymiotła jego modernizacja przed mistrzostwami piłki nożnej w 2012 roku. Myślenie o estetyce przeważyło nad troską o zdrowie. Interes społeczny wymaga, by lokalne sklepy z tanią i zdrową żywnością uznać za infrastrukturę społeczną wspieraną przez samorządy i państwo, traktować je adekwatnie do tego statusu. O skuteczności takiego rozwiązania świadczą bary mleczne. Dotowane przez państwo, serwują tanią i nieprzetworzoną żywność, a tym samym przybliżają realizację postulatu sprawiedliwości żywieniowej.

KZ: W ostatnich latach renesans przeżywają ogródki działkowe. Polacy łączą produkcję żywności z funkcją rekreacyjną, w Szwecji popularne jest wynajmowanie maleńkich ogródków na grządki. Mają około dwóch metrów kwadratowych. Te przydomowe warzywniaki są usytuowane między blokami albo na dziedzińcach kwartałów mieszkaniowych. W jednym z polskich biur architektonicznych zaproponowałam takie rozwiązanie dla projektu mieszkaniówki i usłyszałam, że u nas sprawdza się tylko model prywatnych działek ROD.

AW: To sposób zarządzania decyduje o tym, czy dane rozwiązanie działa, czy nie. Bez sensu byłaby otwarta szklarnia dla anonimowej społeczności. Mieszkańcy mieliby poświęcać swój czas na doglądanie roślin, żeby pewnego dnia ktoś przyszedł i je sobie zabrał? Nad takim ogrodem powinny sprawować kontrolę osoby do tego wyznaczone, najlepiej na etatach, jak w Romainville. Ludzie uprawiają warzywa z wyboru, nie każdego pasjonuje to zajęcie. Mam ogromny szacunek dla osób, które zdobywają wiedzę dotyczącą roślin lub jakiekolwiek kompetencje rolnicze, lecz architekci nie mają prawa narzucać ogrodnictwa jako stylu życia. Wszystkim nam wolno natomiast oczekiwać, że miasta będą oferować wybór zdrowej i taniej żywności oraz dostęp do niej. Dlatego tak interesują mnie targowiska i poświęciłam im dużą część mojej praktyki zawodowej.

Poza tym w Polsce ROD-y pokrywają zaledwie 3,5 procent powierzchni polskich miast, nie wyżywią wszystkich mieszkańców. Profesjonalnego rolnictwa na większą skalę nie da się uskuteczniać po pracy. Miejskie rolnictwo i ogrodnictwo społeczne pozostaną niszą, nie liczmy na to, że zastąpią dobrze skonstruowane łańcuchy żywieniowe, bezpośrednio łączące zawodowego rolnika z konsumentem.

Agrotopia. Research Center for Urban Food Production. Project: van Bergen Kolpa architects + META architectuurbureau
Fot. Krzysztof Kaczmarek

KZ: Dla Rzeszowa i centrum Chrzanowa zaprojektowałaś miejskie farmy w połączeniu z mieszkaniówką. Nie boisz się progresywnych rozwiązań.

AW: Dla Chrzanowa zaprojektowałam farmę miejską i fungarium na dachu hali targowej. Widzę w nowoczesnych targowiskach miejsce na produkcję hydroponiczną, przede wszystkim ze względu na jej wartości edukacyjne i uwidocznienie procesu wzrostu roślin jadalnych, przestrzeń rekreacji i integracji. Dach hali targowej przeciętnej wielkości ma jednak powierzchnię tysiąca, dwóch tysięcy metrów kwadratowych, wystarczy na trochę ziół, pomidorów lub grzybów. Całej piramidy żywieniowej tam nie wsadzimy.

Mój master plan dla Rzeszowa koncentrował się na renowacji hali targowej. Infrastruktura wielu targowisk, hal targowych i pawilonów warzywniaków w Polsce jest przestarzała, ale to nie znaczy, że niepotrzebna. W Warszawie od wielu lat targowiska są likwidowane jako relikt transformacji. Wysokie koszty renowacji zabytkowych hal targowych skutkują dość powtarzalnym modelem: kupcy są wypychani, wkraczają komercyjne centra gastronomiczne. Bazary nie były wystarczająco „prestiżowe”, zdaniem władz nie przystawały do wizerunku nowoczesnego miasta.

Agrotopia. Research Center for Urban Food Production. Project: van Bergen Kolpa architects + META architectuurbureau
Fot. Krzysztof Kaczmarek

KZ: Teraz zaopatrujemy się przeważnie w marketach. Polska jest znaczącym eksporterem nadwyżek żywności, ale handel detaliczny w kraju odbywa się za pośrednictwem zagranicznych koncernów. W Szwecji, importerze żywności, lokalne płody rolne skupia w sprzedaży oligopol marek szwedzkiego pochodzenia: ICA, Axfood i COOP Sverige. Razem kontrolują prawie 90 procent rynku3.

AW: Z Polski wycofuje się Carrefour. Pojawił się pomysł, by wykupić i znacjonalizować jego sklepy. Krytycy straszą niewydolnością odgórnego sterowania i niską konkurencyjnością sieci, przywołują przykład „Społem”. Z idei „Społem” i ponad stu lat historii spółdzielczości spożywczej płyną jednak obok ryzyka ciekawe inspiracje. Potrzebujemy głębokiej reformy branży spożywczej, rządowego wsparcia zarówno dla rolników, jak i konsumentów, ułatwień w dostępie do żywności produkowanej z krajowych surowców, w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca zamieszkania. W Polsce nawet na wsiach znikają sklepy spożywcze z warzywami i owocami, w diecie rolników przybywa produktów przetworzonych.

KZ: Żywność sprzedawana na targach nie zawsze pochodzi od rolników i z upraw ekologicznych. Także polskie rolnictwo zdominowały monokultury produkcji przemysłowej.

AW: Na targowiskach i straganach spożywczych w Warszawie obok rolników handlują przede wszystkim kupcy zaopatrujący się w Broniszach, czyli na największej giełdzie rolno-spożywczej w Europie Środkowo-Wschodniej. Swoje produkty dostarcza tam ponad dwadzieścia tysięcy producentów i rolników. Drobni sprzedawcy, producenci, rolnicy – oni wszyscy są potrzebni. Gospodarstwa rodzinne skupiają się na uprawie i pracy produkcyjnej, nie mają czasu zajmować się sprzedażą detaliczną na targach. Drobni kupcy odgrywają więc ważną rolę w łańcuchu dostaw. Dobry zarządca targowiska, zorientowany w lokalnych sieciach dostaw, weryfikuje sprzedawców, dobiera odpowiednie kryteria jakości i cen, dzięki czemu eliminuje złe praktyki. W tej chwili krajowe pomidory kosztują w Broniszach pięć złotych za kilogram, w Biedronce, zaledwie kilka kilometrów od giełdy, ich cena skacze do dwudziestu pięciu złotych, czyli marża sięga 80 procent.

KZ: Pracę nad projektami targowisk porównujesz do praktykowania Formy Otwartej. Przy Bakalarskiej teoria Oskara Hansena zdaje się dosłownie ucieleśniać. Gdy trzeba zmodernizować konkretne miejsce, kupcy przesuwają swoje stanowiska o dwadzieścia, trzydzieści metrów. Podkreślasz, że są specyficzną społecznością. Raz przepędzeni z targowiska, raczej tam nie wrócą. To praca na żywym organizmie.

Wieloetniczne Targowisko Bakalarska w Warszawie, projekt adaptive-reuse: Pracownia Architektoniczna Aleksandra Wasilkowska
Fot. Antonina Gugała

AW: Decyduje czas. Przy Bakalarskiej pracuję od ponad dziesięciu lat, to wyjątkowe miejsce. Teren należy do miasta, ale zarządza nim oddolnie silna, wieloetniczna społeczność kupiecka, jej korzenie sięgają targowiska na Stadionie Dziesięciolecia. Swego czasu było największe w Europie, zostało zlikwidowane. Ci ludzie stopniowo, w miarę rozwoju targowiska, przebudowują i rozbudowują hale poprzemysłowe. Pomagam kupcom modernizować i rozwijać ich eklawę, lecz mam ograniczoną kontrolę nad ostateczną formą przestrzeni. Musiałam nauczyć się logiki projektowania otwartego na rozbudowę. Ona kiedyś nastąpi, ale nikt nie wie kiedy, muszą się pojawić pieniądze i kolejni zainteresowani kupcy. Uwzględniam detale konstrukcyjne: większe fundamenty, które wytrzymają dodatkowe obciążenie, startery dla nowej konstrukcji, ściany bez okien, bo trzeba się liczyć z kontynuacją pierzei. Większość materiałów dobieram z myślą o ponownym użyciu. W otwartą kompozycję i różne rozmiary elewacji łatwo będzie wkomponować dodatkowe okna, nowe albo stare. Dachy są budowane w technologii skręcanych konstrukcji i demontowanego poszycia dachowego. Wiele z elementów wewnątrz targowiska kupcy zawieszają lub zmieniają, pojawiają się altany ogródków restauracyjnych, plandeki i stragany. Tkanka targowiska wzrasta organicznie, bez kontroli architekta, nie ma mowy o czystej formie.

Targowiska na zlecenie samorządu projektuje się zupełnie inaczej, bez uwzględniania procesów znanych z Bakalarskiej. Po uruchomieniu środków z dofinansowania o zwycięstwie w przetargu decydują krótki czas realizacji i niska cena. Zwykle cały proces: od koncepcji, przez projekt budowlany, po pozwolenie na budowę, trzeba dopiąć w ciągu kilku miesięcy. W umowach figurują kary za opóźnienie. W takich warunkach praca ze społecznością jest zwyczajnie niemożliwa, choć staram się nakłaniać samorządy do dialogu i konsultacji z kupcami. Rozmowom często towarzyszy lęk o uratę miejsca pracy, przedłużają proces budowy i skutkują obawami innego rodzaju – przed paraliżem inwestycyjnym.

Po dwudziestu latach projektowania targowisk wciąż mnie coś w nich zaskakuje. Pewne rozwiązania, które sprawdzają się na targu spożywczym, przy sprzedaży prosto z samochodu, nie mają racji bytu na targowisku wieloetnicznym ani w centrum miasta. W związku z tym staram się przekonywać do projektowania dwuetapowego, czyli zaczynania od konsultacji i koncepcji w skali urbanistyczno-architektonicznej.

Wieloetniczne Targowisko Bakalarska w Warszawie, projekt adaptive-reuse: Pracownia Architektoniczna Aleksandra Wasilkowska
Fot. Antonina Gugała

KZ: W konsultacje wchodzisz z perspektywą architektki, która postrzega targowisko w szerszym, miejskim kontekście. Proponujesz wprowadzenie zieleni albo dodatkowych funkcji, by ożywić przestrzeń handlową poza ustalonym czasem targowym. Zwykle takie pomysły nie spotykają się z aprobatą kupców.

AW: Ich priorytetami są tanie czynsze, wygodne parkowanie, sprzedaż i utrzymanie stałej bazy klientów. To w pełni zrozumiałe. Ja muszę uwzględniać szerszą perspektywę, interes społeczny, środowisko. Czasami trudno pogodzić sprzeczne interesy, pomieścić „więcej drzew i więcej parkingów”. Wiele z targowisk działa po prostu na otwartych placach, po zakończeniu sprzedaży stoją puste przez większą część dnia i tygodnia. Trzeba wymyślić, w jakiej formule zorganizować tam przyjazną, zieloną i wielofunkcyjną przestrzeń publiczną na czas poza handlem. Coraz więcej targowisk domaga się włączenia dodatkowych funkcji: gastronomi, drobnych usług krawców, fryzjerów, kosmetyczek.

KZ: Mieszkańcy dużych miast i turyści oprócz zróżnicowanej oferty usługowej coraz częściej oczekują autentyczności doświadczenia. Modnie zrewitalizowane przestrzenie, takie jak Hala Koszyki, choć popularne, nie zaspokoją pragnienia prawdziwości, surowości, poczucia, że się kupuje – jak wyobrażeni lokalsi – naprawdę świeżą żywność albo jedzenie prosto z patelni. Bazarki i targowiska podlegają egzotyzacji. Stają się przestrzenią integracji, również międzykulturowej. W Sztokholmie bazar warzyw i owoców oraz otaczające go sklepy z bliskowschodnimi produktami dostarczały mi świetnego pretekstu do odwiedzin w dzielnicy Tensta. Jest daleko od centrum, mieszkają w niej głównie migranci.

AW: Podobnie targowiska Bakalarska w Warszawie i Abbatoir Anderlecht są ważnym miejscem dla licznych diaspor, inkluzywnym, wieloetnicznym brzuchem miasta. Anderlecht z dawnej rzeźni przekształca się w wielobranżowe targowisko. Na dachu jednej z hal targowych Fooodmet zbudowano szklarnię z uprawą hydroponiczną. Przy Bakalarskiej rozmaite bary serwują potrawy kuchni z całego świata, jest bank żywności, zapobiegający jej marnowaniu. Na obu targowiskach trwa kulturotwórczy ferment.

KZ: Dostęp do produktów z własnego kraju znacząco pozwala imigrantom oswoić nowe miejsce. Przez osiem lat życia za granicą doświadczyłam tego na własnej skórze. To wzruszające, że wystawa, której jesteś kuratorką w ramach projektu „Brzuch Miasta”, będzie pokazywana między innymi w polskich sklepach w Brukseli.

Wieloetniczne Targowisko Bakalarska w Warszawie, projekt adaptive-reuse: Pracownia Architektoniczna Aleksandra Wasilkowska
Fot. Antonina Gugała

AW: Wystawie towarzyszy konferencja naukowa na Wydziale Architektury La Cambre na Wolnym Uniwersytecie Brukselskim. Interesuje mnie jadalna i nieformalna mapa migracji oraz sposoby, w jakie smaki i gatunki roślin jadalnych podróżowały razem z człowiekiem, tworząc nowe hybrydalne ekonomie i ekosystemy. Chcę pokazać krajobraz żywieniowy związany z polską diasporą w Brukseli oraz polskich artystów, którzy redefiniują pojęcie smaku i tożsamości. Z częścią uczestników współpracowałam już piętnaście lat temu, przy wystawie Bazaristan we Wrocławiu. Janek Simon przygotowuje performans na straganie, w technice druku 3D tworzy rzeźby fikcyjnych, hybrydalnych warzyw i owoców. Nawiąże nimi do idei syntetycznej tożsamości, bo wokół niej koncentruje swoją twórczość. W garażu domu polskiej rodziny pojawi się Pickle Bar – pop-up autorstwa Slavs and Tatars. Ten kolektyw podejmuje tematy twórczej fermentacji, eksploruje politykę językową i tożsamość na pograniczu kultur. W ogrodzie warzywnym zjemy Spleśniałą kolację – performans Poli Sutryk. Pola tworzy jadalną sztukę i porusza wątek marnowania żywności. W witrynach polskich sklepów spożywczych pokażemy między innymi geopolityczną mapę świata. Jej autorka, Agnieszka Kurant, żywność i produkty spożywcze przedstawiła jako formę waluty.

Wystawa i pokazy prac innych artystów będą rozproszone w różnych przestrzeniach związanych z krajobrazem żywieniowym, ale też łańcuchami dostaw. Na furgonetce dostarczającej produkty spożywcze będą z Polski do Brukseli podróżować obrazy Karoliny Jabłońskiej: The beetrod head i Red preserves, przedstawiające kobiecą głowę w słoikach z kiszonkami i burakami. Prace Karoliny mogą się kojarzyć z żartobliwie-złośliwym określeniem „słoik”, czyli osobą, która do Warszawy przeprowadziła się z prowincji, ale przede wszystkim odwołują się do metafory podróży – w przestrzeni i czasie. Słoiki z jedzeniem można zabrać w drogę, a zamknięta w nich żywność długo nadaje się do spożycia. Artystka dostrzegła w słoiku z konfiturą nośnik bagażu emocjonalnego, wspomnień o babci i sadzie, w którym wyrosły owoce. Do słoików ludzie pakują kawałek swojego dawnego świata, dawnego życia, i zabierają go ze sobą na pamiątkę. Puenta wystawy – makieta zaprojektowanego przeze mnie prototypu hali targowej – będzie zawierać jej elementy, a po jej zakończeniu wróci do Warszawy, niczym słoik przetworów przywieziony z podróży.

Hala Foodmet na Targowisku Abattoir d’Anderlecht w Brukseli. Projekt ORG (Organization for Permanent Modernity)
Fot. Aleksandra Wasilkowska

KZ: W wielu dzielnicach Sztokholmu, także w tej, w której mieszkałam, stoją stragany warzywno-owocowe. Sprzedawcy znają klientów z sąsiedztwa, zakupy należą do codziennych rytuałów społecznych. Pod koniec sierpnia, w sezonie kiszonek, na straganach pojawia się koper. Handlarze nieodpłatnie dorzucają go do koszyków polskich klientów. Zawsze przy tej okazji powtarzają, że tylko Polacy wiedzą, co z tym koprem zrobić.

Na zjawisku zanikania takich miejsc, a z nimi sąsiedzkich praktyk społecznych, oparłaś swoją działalność zawodową: młodej matce z warszawskiego śródmieścia doskwierała stopniowa likwidacja straganów, warzywniaków, ale też publicznych toalet. Nawiązując do archetypu cienia w psychologii Junga, zgrupowałaś te miejsca, wypierane i tabuizowane, pod szyldem „architektury cienia”. Czy twoim zdaniem architektura codzienności powoli przebija się do dyskursu o przestrzeni? A jeśli tak, to czy mają w tym udział poświęcone jej publikacje, jak Świątynia i śmietnik Grzegorza Piątka i numer „Autoportretu” o zwykłości?AW: Grzegorz Piątek żartuje, że prędzej odbudują Pałac Saski, niż wyremontują zaprojektowaną przeze mnie toaletę publiczną w parku Saskim. Od czasów transformacji mam wrażenie, że niewiele się zmieniło. Temat rzeczywiście pojawił się w debacie architektonicznej, ale wciąż trzeba o niego walczyć. Konkursy architektoniczne i nowe inwestycje rządowe dotyczą przede wszystkim budynków związanych z prestiżem, władzą lub transportem. Część mojej działalności badawczej i projektowej traktuję jak formę aktywizmu na rzecz poprawy jakości i dostępności infrastruktury społecznej. Projektując targowiska, opowiadam się po stronie sprawiedliwości żywieniowej i przywrócenia architekturze codzienności należnej jej rangi.

Polski sklep spożywczy „Kubuś” w Brukseli
Fot. Krzysztof Kaczmarek