Joanna Erbel rozmawia z Robertem Skrzypczyńskim

Wszystkie fotografie w tym artykule pochodzą z raportu wykonanego na zlecenia miasta Gdynia: R. Skrzypczyński, K. Kozyra-Zyskowska, M. Skibińska, A. Wilczyńska, K. Kuszlewicz, P. Januszewski Możliwości stosowania metod nieśmiercionośnych w celu minimalizacji liczby sytuacji konfliktowych związanych z obecnością dzików na terenie Gdyni. Wersja pełna, Gdynia: Biuro Urbanistyki Wielogatunkowej, 2026

Joanna Erbel: Pod koniec zeszłego roku uruchomiłeś Biuro Urbanistyki Wielogatunkowej. Czym ono się zajmuje?

Robert Skrzypczyński: Urbanistyka wielogatunkowa uwzględnia w planowaniu miast i zarządzaniu nimi także gatunki inne niż człowiek. Trzeba jednak rozróżnić dwie sytuacje. W pierwszej nasze myślenie o bioróżnorodności, usługach ekosystemowych lub błękitno-zielonej infrastrukturze dotyczy też roli różnych gatunków w ekosystemach. To podejście jest już dość powszechne. Drugie dotyczy ochrony zwierząt zdolnych do odczuwania, traktowanych jak podmioty, a nie jak część przyrody. Nadal jest rzadkie i na jego rozwijaniu w urbanistyce najbardziej nam zależy. Uwzględnia zwierzęta nie tyle ze względu na ich funkcję w ekosystemie, ile z uwagi na ich potrzeby i interesy związane właśnie ze zdolnością do odczuwania.

Te dwa porządki nie zawsze są zbieżne. Kolidują ze sobą choćby w nastawieniu do tak zwanych gatunków inwazyjnych. Z perspektywy ekosystemowej często dąży się do ich eliminacji, ale jeśli przyznamy, że zwierzęta też czują, pojawi się kwestia ich humanitarnego traktowania, ochrony przed cierpieniem.

JE: Na przykład szopów?

RE: Tak. Podobne napięcie pojawia się wokół dzików. Dzik nie jest w Polsce gatunkiem „inwazyjnym”, ale bywa uznawany za gatunek „konfliktowy”. Obrońcy interesów hodowców świń przedstawiają go głównie – i nieprawdziwie, na co zwraca uwagę choćby Państwowa Rada Ochrony Przyrody – jako gatunek odpowiedzialny za rozprzestrzenianie wirusa afrykańskiego pomoru świń (ASF). Od kilku lat Polska na tym argumencie opiera swoją politykę masowego zabijania dzików. Coraz częstszym zabijaniem dzików miasta próbują ograniczać liczbę sytuacji konfliktowych. Decydenci – na szczeblu i państwowym, i miejskim – wolą nie zauważać, że każdy dzik jest istotą czującą, ochronę jego życia i dobrostanu nakazują przepisy ustawy o ochronie zwierząt.

Wyzwaniem jest pogodzenie ludzkich i zwierzęcych interesów w przestrzeni miejskiej. Miejskiej w szerokim znaczeniu, rozumianej także jako kontinuum miasto–wieś. W rozważaniach o niej temat zwierząt migrujących do miast wybrzmiewa szczególnie mocno. W postrzeganiu miasta wykraczam poza jego granice administracyjne, uwzględniam cały miejski obszar funkcjonalny: miasto właściwe oraz powiązane z nim tereny podmiejskie i wiejskie.

JE: Brak podziału na miejskie i wiejskie wpływa na postrzeganie całego krajobrazu. Znikają antagonizmy, zwierzęta po prostu współtworzą każdą jego część: leśną, wiejską, podmiejską.

RE: Należy podkreślać, że mamy do czynienia z ciągłością, bo wielu uczestników dyskusji o dzikach upiera się, że one są w miastach bytem obcym. Niektórzy abstrahują od szkód i zagrożenia, dzik w mieście sam w sobie jest dla tych ludzi czymś „nienaturalnym”. Mają fałszywy obraz miasta jako przestrzeni stricte ludzkich. One zaś nimi nie są i nigdy nie były. Dzikie zwierzęta uczyły się żyć obok ludzi już w pierwszych protomiastach. Współcześnie rolnictwem i hodowlą dalece zdegradowaliśmy obszary pozamiejskie, odcisnęliśmy piętno na wszystkich ekosystemach i procesach regulujących życie na Ziemi, więc mówienie o „sztucznych” miastach i „naturalnej” wsi straciło sens. Miasta są wbudowane w ekosystemy, żyją w nich różne gatunki zwierząt, niektóre wręcz znalazły tu azyl. Musimy negocjować naszą koegzystencję z dzikimi zwierzętami w miastach, ale zdecydowanie odradzam wytaczanie argumentu, że jakieś zwierzę „z natury” nie ma prawa do miast.

JE: Analogicznie ludzi poza obrębem miasta należałoby uznać za wybryk natury.

RS: Właśnie. Każdy stwierdzi, że takie spojrzenie słabo przystaje do rzeczywistości. Jednocześnie obecność na przykład dzików w miastach generuje napięcia. Wynikają przede wszystkim z obawy o bezpieczeństwo, zwłaszcza jeśli dziki pojawiają się w pobliżu placów zabaw, szkół. Zdarza im się powodować wypadki komunikacyjne, szkody mniej lub bardziej wymierne – od uszkodzonych ogrodzeń po zbuchtowane trawniki, rozrzucone śmieci. Napięć oczywiście nie wolno ignorować, musimy jednak wypracować systematyczne, długofalowe podejście do zarządzania obecnością dzikich zwierząt w miastach.

Na jakich założeniach się oprzeć? Przede wszystkim w planowaniu miasta i zarządzaniu nim należy uwzględniać, że zwierzęta to podmioty, mają – jak inne istoty odczuwające – swoje potrzeby i własne interesy. Miasto powinno zapewnić im reprezentację, najlepszą drogą do tego jest powołanie rzecznika do spraw zwierząt – jednostki reprezentującej zwierzęta w różnych obszarach planowania miasta i zarządzania nim.

W mieście, w konkretnej przestrzeni, siłą rzeczy ścierają się różne potrzeby i interesy jego użytkowników. Urbanistyka wydatnie pomaga je rozpoznawać i wprowadzać rozwiązania, które służą łagodzeniu napięć. Nie musimy tworzyć jakiejś „nowej” urbanistyki, wystarczy, że tę obecną rozciągniemy na zwierzęta inne niż człowiek. Niedawno Biuro Urbanistyki Wielogatunkowej sfinalizowało swoje pierwsze zlecenie. Dotyczyło możliwości stosowania metod nieśmiercionośnych w celu ograniczania sytuacji konfliktowych związanych z obecnością dzików w Gdyni. Pokazaliśmy, jak zapobiegać konfliktom zamiast czekać na ich eskalację i posuwać się do – długofalowo zresztą nieskutecznych – metod zabijania zwierząt. Z naszej analizy prawnej, wykonanej przez adwokatkę Karolinę Kuszlewicz, jasno wynika, że miastom nie wolno opierać polityki wobec zwierząt „konfliktowych” na zabijaniu. Zarządzanie obecnością dzikich zwierząt w miastach wynika z polskiego prawa. Obowiązuje zakaz nieuzasadnionego zabijania zwierząt, a każde odstępstwo od poszanowania ich potrzeb wymaga, by przedstawić dowody na nadzwyczajne lub szczególne zagrożenie. Wbrew ustawie miasta często sięgają dziś po zabijanie – czy to dzików, czy szczurów – jako rozwiązanie domyślne, nie wdrażają systemowych rozwiązań zapobiegających konfliktom.

Do 2021 roku dziki w miastach często odławiano i wywożono na tereny pozamiejskie. Unijne przepisy dotyczące ASF zabroniły jednak przemieszczania dzików, a przynajmniej taka jest obecna interpretacja tego prawa (zamierzamy poddać ją dalszej analizie). Od 2021 roku różne miasta początkowo decydowały się na różne strategie, lecz z czasem – pod wpływem presji części mieszkańców i mediów – sięgnęły po metody śmiercionośne, czyli odstrzał lub odłów z uśmierceniem. Wiele miast się tłumaczy, że skoro nie wolno relokować dzików, trzeba je zabić. Popadają w sztuczną dychotomię, choć pomiędzy skrajnościami jest ogromny niewykorzystany potencjał metod adresujący przyczyny i istotę sytuacji konfliktowych. Nie trzeba topornie i nieefektywnie wysilać się na redukcję całej populacji.

Raport dla Gdyni zaczęliśmy od zdefiniowania i scharakteryzowania sytuacji konfliktowych. Zwracamy przy tym uwagę, by stale myśleć szerzej – o koegzystencji, a konflikty są przecież w nią wpisane. Co więcej, dziki nie szukają z nami zwady, po prostu próbują realizować swoje potrzeby w środowisku, w którym od kilku lat aktywnie im przeszkadzamy. Ponadto należy rozróżnić „konflikty z dzikami” od „konfliktu o dziki”. Wśród napięć generowanych przez obecność dzików ludzie intensywnie spierają się o kształt i w ogóle sens istnienia polityki miasta wobec obecności zwierząt. Ten spór sięga w głąb naszych światopoglądów i relacji człowieka z innymi zwierzętami.

JE: Jedni mówią: wszystkie zwierzęta są nasze; drudzy: trzeba się ich pozbyć.

RS: Mniej więcej tak, choć ten obraz jest bardziej złożony. Obrońcy dzików zwykle akceptują opcję uśmiercenia zwierzęcia w skrajnych sytuacjach, ale wyłącznie jako ostateczność, gdy mniej inwazyjne środki nie zadziałały i jednocześnie zachodzą określone w prawie przesłanki do zastosowania metod śmiercionośnych. Spór dotyczy raczej tego, czy rzeczywiście stoimy wobec przymusu i czy wcześniej wykorzystano wszystkie inne możliwości.

Zasadniczo z badań prowadzonych w różnych miastach w Polsce i za granicą wyłania się ciekawy obraz. Nawet tam, gdzie mieszkańcy skarżą się na uciążliwości związane z obecnością dzików, większość opowiada się nie za eliminacją zwierząt, lecz za rozwiązaniami nieśmiercionośnymi: zapobieganiu konfliktom, ograniczaniu ich skutków i kształtowaniu warunków współistnienia. Polityka miejska zyskuje wyraźny cel: maksymalnie ograniczać konflikty bez sięgania po metody śmiercionośne.

Jak go zrealizować? Zacząć od identyfikacji miejsc najczęstszego występowania konfliktów, jego charakteru i przyczyn. Trafimy w okolice szkół, na osiedla, tereny graniczące z lasami i nieużytkami. Z pomocą modelowania uda się wskazać miejsca o największym potencjale konfliktowym i przygotować rekomendacje dopasowane do konkretnych warunków. Informacja, że ktoś widział osiem dzików, ma inny kaliber niż zryte trawniki, a co dopiero okoliczności groźne dla ludzi. Każdy z przypadków wymaga indywidualnej oceny i adekwatnych reakcji.

Przegląd literatury i doświadczeń wybranych miast oraz zarządców terenów, w tym zarządców lotnisk, pozwolił nam wytyczyć kilka realnych kierunków działań. Przede wszystkim zalecamy wyeliminowanie dzikom dostępu do odpadów komunalnych. Należy zabezpieczyć miejsca dokarmiania kotów wolnożyjących, bo badania wykazały, że zapach kociej karmy przyciąga dziki. Znakomitym węchem wyczuwają ją z daleka. Miasto ma narzędzia, ponieważ jest odpowiedzialne za opiekę nad tymi kotami, a zatem może odpowiednio dostosować miejsca dokarmiania, czy to przez ich ogrodzenie, czy przez zapewnienie karmników, do których koty mogą wejść, ale dziki się nie dostaną. Tak robi między innymi Barcelona. W literaturze nieźle są przeanalizowane metody odstraszania i repelentów zapachowych, aczkolwiek należy wziąć pod uwagę, że jest to działanie doraźne i często trudne do zastosowania na obszarach zabudowanych.

Skuteczne, choć niekiedy problematyczne z perspektywy krajobrazu są grodzenia wybranych terenów, na których obecność dzików generuje największe obawy. Staramy się też określać, jak wzmacniać ogrodzenia już istniejące. Jedną z bardziej problematycznych sytuacji konfliktowych są wypadki komunikacyjne, ale miasta mogą na różne sposoby minimalizować ryzyko poprzez organizację ruchu, kształtowanie infrastruktury, przejścia dla zwierząt, a nawet systemy automatycznej detekcji i ostrzegania przed obecnością zwierząt. W skali krajobrazu pomaga zachowanie korytarzy ekologicznych i unikanie upraw kukurydzy w granicach miasta, ta ostatnia metoda wymaga jednak nowych instrumentów.

JE: Czy rekomendujecie działania edukacyjne?

RS: Tak, zdecydowanie. Ograniczanie konfliktów zaczyna się od edukacji. Dotyczy zarówno zasad postępowania w razie spotkania dzików, jak i opartego na faktach, a nie mitach, stosunku do obecności zwierząt w mieście.

Staramy się uważać na język. Należy zapobiegać sytuacjom, w których mieszkańcy podchodzą do dzików, karmią je, robią sobie z nimi zdjęcia, ale nadmiernym podkreślaniem „dzikości” zwierząt w kampaniach miasta można niechcący wyolbrzymić poczucie zagrożenia. Właściwy język nie wzmacnia lęku, pomaga budować racjonalne reguły współistnienia z poszanowaniem podstawowych interesów wszystkich stron.

JE: W Gdyni pojawił się też pomysł z hiacyntami. Skąd się wziął?

RS: Ciekawy eksperyment z hiacyntami zaproponowali pracownicy Wydziału Ogrodnika Miasta. Na miejskiej rabacie posadzili wymieszane ze sobą krokusy i hiacynty. Dziki co do jednej wyjadły cebulki krokusów, a hiacyntów nie tknęły. Sporo już napisano o tym, jakie cechy krajobrazu sprzyjają obecności dzików, ale badania nad skutecznością konkretnych nasadzeń są w powijakach. Ten przypadek wyrósł z miejskiej praktyki i gotowości do testowania nowych rozwiązań. Warto tego rodzaju metody weryfikować następnie w badaniach.

JE: Czyli najpierw rozpoznanie, potem testy?

RS: Tak. Niektóre z proponowanych metod są gotowe do użycia, ale inne nie wyszły poza eksperyment i skorzystałyby na dalszych badaniach. Wymagają też oceny pod kątem rozmaitych kryteriów, wstępnie i szacunkowo formułujemy ją w raporcie dla Gdyni. Ciekawe są zwłaszcza eksperymenty z glebą i gatunkami traw endofitycznych. Dziki szukają w glebie bezkręgowców, a ponieważ wiemy, jakie parametry gleby nie sprzyjają obecności tych stworzeń, możemy na przykład dla zielonego torowiska dobrać odpowiedni substrat lub gatunek trawy. Zablokowanie torowiska przez dziki urasta do rangi newsa ogólnopolskiego i generuje wśród niektórych poczucie, że dziki „terroryzują” miasto. Zainspirowały nas metody minimalizacji ryzyka kolizji samolotów z ptakami na lotniskach. Tam również stosuje się ogrodzenia i odstraszanie, ale też celowo kształtuje sieć troficzną tak, by zmniejszyć atrakcyjność terenu dla ptaków. Im mniej korzystny dla bezkręgowców jedzonych przez ptaki będzie teren lotniska, tym mniej ptaków się na nim pojawi, a zatem prawdopodobieństwo kolizji z samolotem spadnie. Oczywiście nie ma sensu dążyć do tego, by całe miasto uczynić nieatrakcyjnym dla dzików i pędraków, lecz zielone torowisko, zazielenione ronda, pas wzdłuż ruchliwej drogi, murawę boiska trawiastego powinniśmy urządzić w taki sposób. Działania dotyczące terenów zieleni dzikoodpornych służą przede wszystkim minimalizacji prawdopodobieństwa, że dziki pojawią się w miejscu wrażliwym. A nawet jeśli się pojawią, nie będą skłonne tam zostawać w celu żerowania.

JE: Czyli hiacynty i podobne rozwiązania chronią konkretne miejsce?

RS: Obniżają prawdopodobieństwo wejścia dzików na dany obszar, ale nie dają pełnej „szczelności”. Ani metody nieśmiercionośne, ani śmiercionośne nie sprawią, że dziki trwale znikną z miast. Badania z Berlina wskazują, że miejskie populacje są stale zasilane migracją z terenów pozamiejskich, a przy tym dziki w miejskich lasach funkcjonują nawet z małym udziałem pokarmu antropogenicznego. Ludziom pozostaje przekierowywać aktywność tych zwierząt i zabezpieczać miejsca wrażliwe. Równolegle niektóre tereny, zwłaszcza miejskie kompleksy leśne, powinniśmy świadomie kształtować tak, by poprawiać tam warunki siedliskowe dla dzików i innych dzikich zwierząt. Na innych, na przykład tak zwanych nieużytkach, powinniśmy po prostu godzić się ze śladami obecności dzików. Badania wskazują zresztą, że mieszkańcy nie mają problemu z dzikimi zwierzętami w miejskich lasach i na tak zwanych nieużytkach.

JE: To mi się składa z doświadczeniem farmy MOST. Wokół niej jest dużo dzików, przyzwyczailiśmy się do nich, tyle że solidniej ogradzamy nasze uprawy, zarówno my, jak i nasi sąsiedzi działkowcy. Zabezpieczamy wybrane kawałki ziemi zamiast walczyć z całym gatunkiem.

RS: Operujemy na prawdopodobieństwach, nie na pełnej kontroli albo jej całkowitym braku. Nawet dobrze zabezpieczone miejsce nie daje stuprocentowej kontroli, ale w praktyce ograniczenie ryzyka dużo zmienia.

JE: Jak reagują mieszkańcy? Czy najbardziej dzików boją się te osoby, które mają z nimi najmniej kontaktu?

RS: Nie do końca. Z badań i obserwacji wynika raczej, że wiele osób przez długi czas nie widzi problemu, zdarza im się zbyt mocno oswajać dziki, dokarmiać je i przyzwyczajać do bliskiej obecności ludzi. Zmianę wywołuje pierwsza sytuacja odebrana jako nieprzewidywalna lub niebezpieczna. Dziki przyzwyczajone do pokarmu antropogenicznego bywają bardziej zuchwałe w próbach jego uzyskania, dlatego podejmują na przykład próby odebrania torby z zakupami, a ludziom zdarza się brać to za atak. W rezultacie ze strony części mieszkańców nasila się presja, by pozbyć się „agresywnych” dzików z miasta. Powinniśmy więc dbać o to, żeby nie zachęcać dzików do traktowania miasta jak łatwego źródła pożywienia i nie dopuszczać do tego rodzaju eskalacji. Przerażonemu człowiekowi trudno wytłumaczyć, że dzik nie wykazał się agresją, lecz logicznie zaadaptował do warunków, które mu stworzyliśmy.

JE: Jaką rolę w przemieszczaniu się dzików do miast odgrywają współczesne rolnictwo i sposób urządzenia krajobrazu poza miastem?

RS: Znaczącą. Zmiana struktury upraw rolnych wpływa na dynamikę populacji. Wielkoobszarowe monokultury kukurydzy, a tych w Polsce wyraźnie i systematycznie przybywa, zapewniają dzikom dostęp do źródła wysokoenergetycznego pokarmu i dogodne miejsca schronienia, a przypuszczalnie podnoszą rozrodczość dzików z uwagi na obecność stymulujących mikotoksyn w resztkach upraw, które po zbiorach pozostają na polu. Poza tym w latach 2019–2023 z powodu wirusa ASF zabito w Polsce łącznie 1,3 miliona dzików. Politykę ich masowego zabijania jednoznacznie krytykuje Państwowa Rada Ochrony Przyrody: wskazuje, że jedynie 0,4 procent zabitych dzików faktycznie miało ASF, a głównym winnym rozprzestrzeniania wirusa jest człowiek, który nie przestrzega zasad bioasekuracji. Na wzorce przemieszczania się dzików wpływają też polowania zbiorowe i z nagonką. Urządzane w pobliżu obszarów miejskich, zwiększają prawdopodobieństwo migracji dzików do miasta. Jeśli zwierzę już tam trafi i odkryje dogodne warunki siedliskowe, raczej nie będzie się kwapiło do powrotu do miejsca kojarzonego z zagrożeniem.

Jeśli analizy wykażą, że od zakazu relokacji dzików ze względu na ASF nie ma wyjątków, powinniśmy zmienić przepisy, przeczą bowiem logice: przewóz świń po ich przetestowaniu pod kątem ASF jest dziś dopuszczalny, a przewóz dzików – nie. Obecne przepisy całkowicie podporządkowano więc interesom hodowców świń, bez zważania na przyrodę, humanitaryzm i oczekiwania społeczne. Rykoszetem oberwały miasta: straciły dotychczasowe, nawet jeśli niedoskonałe narzędzie radzenia sobie z napięciami związanymi z obecnością dzików.

JE: Czy dziki i inną zwierzynę przyciągają dziś do miast głównie odpady żywnościowe i cały miejski obieg jedzenia?

RS: Tak, do życia na obszarach zabudowanych dzika przyciągają przede wszystkim dostęp do odpadów oraz dokarmianie. Stały dostęp do wysokoenergetycznego pokarmu sprzyja wyższej rozrodczości dzików, a w miastach odpady i dokarmianie są dostępne przez cały rok i w obfitości. Co więcej, ponieważ odpady komunalne i miejsca dokarmiania są zlokalizowane zwykle na obszarach zabudowanych, im częściej dziki z nich korzystają, tym bardziej przyzwyczajają się do obecności człowieka. Przynajmniej kilka zdarzeń relacjonowanych jako „ataki” dzików miało właśnie takie podłoże: zwierzęta przyzwyczajone do pokarmu antropogenicznego próbowały dostać się do torby z zakupami albo wynoszonych śmieci. Dlatego polityka miast wobec dzików powinna się opierać na dwóch fundamentach: należy zablokować tym zwierzętom dostęp do odpadów i maksymalnie ograniczyć dokarmianie, nie zawsze przecież celowe.

Wyeliminowanie dostępu do pokarmu antropogenicznego też nie sprawi, że w mieście nie pojawi się żaden dzik, ale zmniejszy względną atrakcyjność siedliskową obszarów zabudowanych. W połączeniu z ograniczaniem antropopresji na terenach pozamiejskich zminimalizowalibyśmy dzisiejsze zapraszanie dzików między domy.

JE: Czy zajmujecie się innymi zwierzętami oprócz dzików?

RS: Mamy taki zamiar. Chcemy się zająć szczurami, także ich obecność w mieście jest skorelowana z dostępem do odpadów. Będzie trudniej, bo dziki mogą liczyć na jakiekolwiek współczucie, jego poziom dla szczurów oscyluje wokół zera. Choć myślę, że to się będzie zmieniać, nie poprzestaniemy na empatii tylko wobec dzików. W Gdyni większość zgłoszeń dotyczy borsuków w piwnicach. Niewiele się  o tym mówi.

Zasadniczo od pracy nad koegzystencją z pojedynczymi gatunkami chcemy przejść do kształtowania spójnej polityki miejskiej wobec różnych zwierząt. Mam nadzieję, że niedługo nastąpi „zwierzęcy” zwrot w urbanistyce, naturalna konsekwencja coraz poważniejszego traktowania przez nasze społeczeństwo interesów istot zdolnych do odczuwania. Po drodze na pewno pojawi się sporo napięć i problemów, ale one dowiodą, że temat jest ważny. Sprawią też, że będzie ciekawy.