Najdawniejsi budowniczowie nie znali węgielnicy ani cyrkla – narzędzi przejętych później przez wolnomularzy jako prasymbole. Nie znali kielni. Może nawet topora ciesielskiego. Ani łopaty. Za pierwsze – i najbardziej niebezpieczne, jeśli niewłaściwie wyznaczyli granice – narzędzia budowlane i kreślarskie służyły im radło i pług.

Romulus wskazujący miejsce, gdzie ma powstać Rzym
Litografia przedstawiająca rytuał sulcus primigenius, przeprowadzany podczas zakładania miasta Rzym: oranie granicy murów miejskich wokół Wzgórza Palatyńskiego, ok. 1835 r.
Fot. Wikipedia Commons, domena publiczna

Pierwotna bruzda

Wedle rzymskiej legendy 21 kwietnia 753 roku p.n.e. Romulus zabił swego brata za naruszenie sulcus primigenius, „pierwotnej bruzdy”. Wyorana pługiem zgodnie z prastarym etruskim zwyczajem, symbolizowała granice nowo zakładanego miasta, w tym przypadku – Rzymu.

Wokół zaczątku każdego miasta, Roma quadrata, wyorywano pługiem kolejne, coraz szersze granice – pomeria – i oznaczano je głazami, a następnie wzdłuż nich wznoszono mury. Pomerium (od post moerium – za murami; lub prō moerium – przy murze) okrążało i mieściło przestrzeń miasta.

„Pierwotne bruzdy” miejskie były koliste. Rzymianie wywodzili etymologię słowa urbs (miasto) od orbis (okrąg)1. Mieli na myśli okrąg wyorany, czyli rytualną „pierwotną bruzdę” – wraz z granicami miasta wyznaczała jego kształt2. Miasta prostokreślne to wynalazek późniejszy, rodem z obozów wojskowych (castra Romana). Pierwotny Rzym nie musiał być dosłownie Roma quadrata.

Płużne georytuały istniały też na Rusi. Na wieść o epidemii oborywano dookoła wioskę albo miasteczko, aby „zablokować” chorobę, uniemożliwić jej wstęp do osady. W najstarszej tradycji wielkoruskiej tę orkę wykonywano interwencyjnie wobec epidemii lub corocznie w lutowy dzień św. Błażeja, pług zaś ciągnęły wówczas panny i wdowy, a przed nim niosły ikonę św. Błażeja z Sebasty. Obrzędowej orki dokonywano nago, toteż nie mieli prawa w niej uczestniczyć ani jej widzieć mężczyźni i kobiety zamężne. Podobnym zwyczajem białoruskim w każdą Wielką Sobotę dwanaście panien w białych koszulach orało wokół swojej wsi bruzdę dla ochrony dobytku przez cały rok.

Rosyjscy etnografowie widzą w rytualnej kolistej orce zwyczaj pansłowiański, a nawet właściwy wszystkim ludom indoeuropejskim, choć co do szczegółów zmienny: istnieją zarówno naukowe, jak i anegdotyczne doniesienia, jakoby oborywano miasta, wsie, pojedyncze gospodarstwa, pola, a także – na prawach obrzędów zwanych zakładzinowymi – nowo wznoszone budynki, zwłaszcza domy mieszkalne. Dokonywano tego doraźnie – przed rozpoczęciem budowy, w razie zagrożenia – lub cyklicznie: w Noc Kupały (Białoruś), Wielką Sobotę (tamże), w święto Piotra i Pawła (Ruś), na św. Filipa (Czechy), w święto Jaryły (św. Jerzego; Rosja i Serbia), jesienią po zakończeniu żniw (okolice Charkowa), a choćby tylko raz na trzy lata (okolice Moskwy). Przy czym zwyczaje te różnią się od licznych na Słowiańszczyźnie obrzędów towarzyszących „zwykłej” orce wczesnowiosennej3. Uroczysta orka była więc obrzędem zakładzinowym, ochronnym lub płodnościowym, pierwszy jej rodzaj porządkował wszak architekturę universum.

Obrzęd „wyorania zarazy”, autor nieznany, 1914
Fot. Wikipedia Commons, domena publiczna

Miara wołem, rysunek pługiem

Orka płużna definiowała granice, kształty i miary pól. Dawała odniesienie do jednostek miar. Staropolskie staje (staja, stajanie) i anglosaski furlong odmierzano pługiem. Długość staj – około 134 metrów – bez zawracania i postoju wyorywał pług zaprzężony w woły. Dłuższy – 201 metrów – lecz podobnie mierzony furlong (od staroangielskich słów: furh – bruzda; i lang – długi), zwyczajowo dzielono na 10 łańcuchów (chain), po 20 metrów.

Pługiem wyznaczano też jednostki powierzchni. „Jugerum nazywa się ten obszar, który [w ciągu dnia – przyp. J.S.] para wołów może zorać”4 – objaśnił Marek Terencjusz Warron w I wieku p.n.e., a mogła około ćwierci hektara. Po północnej stronie Alp Zygmunt Gloger poczynił podobną obserwację: „Morgiem, czyli jutrzyną nazwano taką przestrzeń roli, którą można było parą wołów zaorać przez dzień od rana”5 (z niem. Morgen, ranek, stąd staropolska jutrzyna). Morga najczęściej nieco wykraczała poza pół hektara.

Płużną genezę miał anglosaski akr (0,4 hektara). Z czasem przyjęło się utożsamiać akr z obszarem o długości jednego furlonga i szerokości jednego łańcucha.

W szesnastowiecznej Szkocji i Anglii płużną miarę oxgang (w zlatynizowanej formie znaną też jako bovāta) wyznaczał jeden wół w ciągu sezonu orki. Oxgang wynosił 20 akrów, czyli około 8–9 hektarów. W dawnej Polsce jego odpowiednikiem było radło, jako miara powierzchni równe nie mniej niż 15 morgom, czyli 8–9 hektarom, a dwakroć większym – pług niemiecki6. Za jednostki miar służyły naszym przodkom również pługi: mały, średni i wielki, ten ostatni sięgał 80–100 morgów7.

W średniowieczu była też w użytku jednostka powierzchni w ciągu sezonu zaorana ciężkim pługiem koleśnicowym naprzemiennie zaprzęganym przez kilka (dwa albo cztery) z zespołu ośmiu wołów. Taki obszar – łac. carrūcāta, ang. carrucate – równy był ośmiu jednostkom oxgang. W przybliżeniu odpowiadał więc naszemu wielkiemu pługowi.

Dlaczego rozplanowanie pól wyznaczano i rysowano nie piórem na pergaminie, lecz pługiem? Łatwo narysować wzajemnie podobne powierzchnie, jeśli są prostokątne, ale jak ojciec miał wydzielić swym trzem potomkom w dziedzictwie trzy pola o podobnej powierzchni: jedno trójkątne, drugie kręte, wydłużone i grząskie, trzecie zaś przecięte drogą i miedzą? Najłatwiej było zaprząc wołu do pługa i zmierzyć każde pole orką.

Pług galicyjski, według „Die Osterreichischungarische Monarchie in Wort und Bild, Galizien, Wien 1898”
Fot. Wikipedia Commons, domena publiczna

Krajobrazy zagonowe

Tam, gdzie narzędziem ornym był pług zamiast radła (radło tylko spulchniało grunt; pług odkładał skiby), orano „w zagony”. Zagon obejmował kilka albo kilkanaście skib. Orząc „tam i z powrotem” i odkładając skiby stale w tę samą stronę, uzyskiwano coraz wyższe zagony i coraz niższe ich brzegi (bruzdy i miedze). Orka „w wąskie zagony” (szerokości od czterech do sześciu skib) wytwarzała rytmiczną falistość zagonów, szerokich na kilka metrów i wysokich nawet na pół metra. O ile nie zachodziła ku temu potrzeba, kolejną orką nie niwelowano falistości, wręcz przeciwnie – utrwalano ją8. Pochyłe stoki sprzyjały wszak odprowadzaniu nadmiaru wód roztopowych.

Na szerszych polach dworskich, zwłaszcza bardziej wilgotnych, a szczególnie na gliniastych obszarach nadmorskich zachodniej części Europy (choć gdzieniegdzie też u nas)9 orano „w szerokie zagony”, czyli „w składy” – szerokie na około 20 metrów, wysokie zaś, po wielu sezonach orki, na ponad 1,5 metra (różnica wysokości grzbietu i bruzdy gdzieniegdzie przekraczała 1,8 metra).

Orka „w wąskie zagony” utrudniała bronowanie i wręcz uniemożliwiała żniwo kosą, zmuszała do używania sierpów. Wykonywana lekkim pługiem nadawała się do „rozproszkowanej” szachownicowej struktury polskich wąskich poletek. W zachodniej Europie – na obszarze w przybliżeniu odpowiadającym zasięgowi państwa Karola Wielkiego oraz na Wyspach Brytyjskich – już od średniowiecza wprowadzano jednak orkę ciężkim pługiem koleśnicowym „w szerokie zagony”. Powtarzana przez setki lat według tych samych wzorców, utrwalała właściwe tymże zagonom rytmicznie faliste ukształtowanie powierzchni; w skrajnych przypadkach amplituda wysokości „fal” wynosiła dwa metry, a długość „fali” – do dwudziestu metrów (zwykle dwa razy mniej). Regularnie pofalowane krajobrazy o średniowiecznej genezie zachowały się gdzieniegdzie we Francji i na Wyspach Brytyjskich, zwłaszcza w Midlands, w środkowej Anglii. Zwane przez Brytyjczyków ridge and furrow („grzbiet i bruzda”), są dziś śladem przeszłości, cennym reliktem zaprzeszłych systemów agrarnych – niezwykłym wizualnie, bo hipnotyzują rozedrganiem w niskim świetle wschodzącego lub zachodzącego słońca. Wydają się wówczas ulotne, choć trwają od setek lat. W najlepszym stanie przetrwały tam, gdzie w XV wieku pola orne przekształcono w pastwiska, co zapobiegło ich reniwelacji orką. Dziś te faliste pastwiska są dumą autochtonów.

Oracz, rysunek z XIV wieku, przedrukowany w: W. Langland & T. Wright (ed.), „The Vision and Creed of Piers Ploughman”, vol. 1, Ballantyne, Hanson & Co., 1887
Fot. Wikipedia Commons, domena publiczna

Złośliwa szachownica („szkody można robić prawie bezkarnie”)

Przed wojną donoszono, że w okolicach wsi Dąbrowa Białostocka długość pól dochodziła do 7 kilometrów, przy szerokości od 2 do 4 metrów10. Wcześniej Jan Zakrzewski zapewnił: „Widziałem w roku bieżącym [1910 – przyp. J.S.] we wsi Rostki Daćbogi w powiecie ostrowskim taką działkę ziemi ornej, której długość wynosiła przeszło wiorstę, a szerokość od 12 do 16 cali”11. Czyli długa była na kilometr, lecz wąska: w najwęższym miejscu miała 30 centymetry, w najszerszym – 45 centymetrów.

Takie zwężenie wynikało z wielowiekowego nawarstwiania się działów spadkowych: gospodarz – zwłaszcza ze stanu drobnoszlacheckiego, bo chłopi mieli ograniczone prawo władania ziemią – dzielił swoją rolę między synów (w spadku) i córki (jako wiano) zawsze wzdłuż, a nie wszerz. Podział wzdłużny umożliwiał dojazd na pole (poprzeczny go blokował) i wydawał się bardziej sprawiedliwy, gdyż wszystkie „płoski” (powszechna na wschód od Wisły, a także na Białorusi, tam w wersji: połosa, ludowa nazwa wąskiego poletka, zwłaszcza ornego) przebiegały przez grunty tej samej jakości. Kolejne pokolenia władały więc coraz węższymi poletkami.

Rozdrobnioną strukturę wąskich pól danej wsi lub przysiółka nazywano szachownicą. W 1861 roku prasa uświadamiała czytelnikom:

Właściciel folwarku […] kiedy się w nim urodził, zna położenie i granice szachów […]. Nowy nabywca często w lat kilka dopiero należycie z nimi obeznać się może. […] Stawię za przykład wieś Radomyśl w okręgu siedleckim […], w której folwark składa się ze stu kilkudziesięciu cząstek, a jeden jest tylko sługa i to od lat dawnych w tym celu utrzymywany, który zna ich położenie12.

W przysiółkach drobnoszlacheckich rozdrobnienie przybierało monstrualne, wręcz niewiarygodne rozmiary. „Na terenie powiatu wysoko-mazowieckiego i łomżyńskiego występowały […] gospodarstwa o powierzchni 7–8 ha, posiadające swoją ziemię w 150–180 działkach”13; „Grunta są położone nie tylko w wąziutkich sznurach ciągnących się na kilka kilometrów, lecz rozdrobnione na 300–400 kawałków, a nawet znana jest okolica w woj. nowogródzkim, gdzie gospodarz posiada 15 ha w 700 kawałkach!”14; „W Łapach pospolite były gospodarstwa złożone z 600–800 parcel. […] Widzieliśmy pod Mławą najwęższe parcele po około 1 m szerokości”15. Powyższe przypadki skrajnością przebił ten ze wsi Łapy Kołpaki: „istnieje gospodarz, je­den z wielu Łapińskich, który swe kilkudziesięciohektarowe gospodarstwo rozrzucone miał aż w 1221 parcelach, nie tylko w swojej wsi, ale i w pozostałych 11 innych Łapach”16. Zdumiewa liczba 1221 parcel, lecz naszych przodków szczególnie intrygowała wzmianka o mieszance gruntów z aż dwunastu wsi i przysiółków. Taki miks nazywano szachownicą międzywioskową, zewnętrzną, zawikłaną, zawiłą, uciążliwą, szkodliwą, a nawet – również w oficjalnej terminologii – złośliwą17. Jej złośliwość podlegała stopniowaniu18.

Szachownica złośliwa opierała się scaleniom (komasacja wymagała wszak zgody wszystkich właścicieli, nie mogła więc być uskuteczniona tylko w jednej wsi). Prowadziła do konfliktów sąsiedzkich z gospodarzami we własnej osadzie i okolicy. Jeszcze gorzej się działo, gdy w szachownicy przemieszały się ziemie chłopskie i szlacheckie lub drobnoszlacheckie i folwarczne. Skala złośliwości na takich sytuacjach się nie kończyła. Tymoteusz Łuniewski podał dość typowy przykład wsi drobnoszlacheckiej, w której w XVIII wieku „grunta orne były własnością osobistą, zaś niektóre części łąk dzielono corocznie, a lasy i pastewniki stanowiły wspólną własność wsi”19. Wyobraźmy sobie coroczny podział szachownicy setek, ba, tysięcy pastwisk, niezależnie od stałej szachownicy gruntów ornych! Miał on jednak specyficzne zalety: „Chaos, jaki wytwarza drobna szachownica, ma swoją rutynę i tradycję, a przynosi rozliczne dogodności uboższym i mniej moralnym jednostkom: łatwiej tu bowiem postarać się o opał, puścić bydło na ogólny pastewnik, a przy tym szkody można robić prawie bezkarnie”20.

Oracz, rysunek z XIV wieku, przedrukowany w: W. Langland & T. Wright (ed.), „The Vision and Creed of Piers Ploughman”, vol. 1, Ballantyne, Hanson & Co., 1887
Fot. Wikipedia Commons, domena publiczna

Palimpsesty

Krajobraz jest palimpsestem. Nazwa ta (od gr. palin – ponownie; psao – ścieram; lub psetos – zeskrobany) pochodzi od wykorzystanej ponownie – nieraz wielokrotnie – pergaminowej strony starożytnego albo średniowiecznego manuskryptu, na której pod widocznym pismem przetrwały – choć wytarte – wcześniejsze teksty.

Palimpsestem w sensie geologicznym geografowie fizyczni nazywają wybrane formy krajobrazów polodowcowych, zapis różnych subepok lodowcowych. Używają określenia „rzeźba palimpsestowa”21.

Przed półwieczem zaproponowano, by w obrębie antropogeografii (human geography) wydzielić geografię humanistyczną (humanistic geography)22. Opierała się na koncepcie rozumienia krajobrazu jako palimpsestu kulturowego, czyli zbioru cywilizacyjnych nawarstwień utrwalonych w krajobrazie23.

Szczególnym rodzajem palimpsestu kulturowego jest miasto. Jego palimpsestową tożsamość odczytują oprócz geografów humanistycznych także urbaniści, kulturoznawcy, antropologowie kultury, socjologowie tudzież adepci tuzina innych profesji naukowych, w tym architekci24.

Kulturową, palimpsestową treść krajobrazu miejskiego wielokrotnie wymazywały i ponownie zapisywały narzędzia wojny i inwestycje czasów pokoju. Poza miastem – a czasami też w nim – tę kluczową rolę odgrywał pług. W Białymstoku do dziś istnieją palimpsestowe piętna pługa: około 50 obszarów miasta pokrywają szachownicowe działki geodezyjne węższe niż 20 metrów, za to długie na kilkaset metrów; spośród nich 15 obszarów nich jest na tyle dużych, że wprowadzają w mieście istotny dysonans funkcjonalny25. Obszary te wymykają się komasacji. Jakże bowiem je scalić, skoro każda działka – szerokość najwęższej wynosi zaledwie 22 centymetry – ma po kilku właścicieli trudnych do zlokalizowania, a nieraz podlasko kłótliwych?

„Nie wyorzesz jutra pługiem”

Tytułowe powiedzenie myli. Pług zmieniał historię. Zakładał miasta. Kształtował ich kataster. Wyznaczał podział na swój–obcy. Wyznaczał jednostki miar. Wpływał na przyszłość przez setki lat od chwili, gdy jego lemiesz przeorał pole.

Pług kształtował warunki klimatyczne. Dziś wiosenne przyoranie zimowych poplonów może na miesiąc podnieść temperaturę gleby nawet o stopień albo dwa – wystarczająco dużo, by wcześniej obsiać pole, wydłużyć sezon wegetacji i znacznie zwiększyć plon.

Pług budował. Na Suwalszczyźnie fundamenty, a nieraz i całe ściany setek kamiennych stajni i chlewów wzniesiono z polodowcowych kamieni i głazów wyorywanych każdego roku pługiem. W Puszczy Pyzdrskiej stoją podobne budynki z rudy darniowej wyoranej pługiem. Spod pługa wychodziła na powierzchnię glina do cegielni i na glinobite ściany – wprawdzie nie wszędzie, tylko tam, gdzie pokład gliny zalegał płytko, pod cienką warstwą piasku, żwiru lub ziemi.

Pług zdobił. W okolicach Przasnysza i Ostrołęki ziemia obfituje w bursztyn. Bursztynowe korale Kurpianek to owoce pługa.

Pług karmił. Pług utrwalał ślad przeszłości. On też wyorywał przyszłość.