Michał Sikorski w rozmowie z Sørenem Pihlmannem
Realizacje Sørena Pihlmanna po raz pierwszy zobaczyłem na zdjęciach i od razu zwróciłem uwagę na precyzję. Budynek przy Thoravej 29 na pierwszy rzut oka wydał mi się niezwykle oszczędny. Dopiero gdy zdałem sobie sprawę, że patrzę na projekt adaptacji istniejącego obiektu, i zauważyłem wycięte fragmenty stropów, zrozumiałem, jak ambitne i skomplikowane było to przedsięwzięcie. Od tego momentu rosła moja fascynacja działalnością Pihlmanna. Korespondowaliśmy przez kilka miesięcy, poleciałem zobaczyć jego wystawę w Wenecji, aż potem przyjął zaproszenie do udziału w spotkaniach z cyklu Background Check w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski i Muzeum Architektury we Wrocławiu.
Projekt Thoravej 29 w Kopenhadze polegał na adaptacji przeciętnego niskiego biurowca z lat 60. XX wieku na obiekt o funkcji kulturalnej. Zwycięską koncepcję wyłoniono w zamkniętym konkursie, klientem była prywatna fundacja, otwarta na nieszablonowe rozwiązania. W propozycji Pihlmanna rozbiórka została ograniczona do niezbędnego minimum, a za priorytet przyjęto wykorzystanie istniejących zasobów i ponowny użytek zamiast downcyklingu. Najbardziej charakterystyczny element projektu – konstrukcja schodów – powstał z prefabrykowanych stropów żelbetowych, ich fragmenty zamontowano pod kątem 45 stopni.
Fot. Emilia Boeng Nordland
Jak w pracach Gordona Matty-Clarka, za pozornie prostym, wręcz schematycznym gestem krył się niezwykle odważny, innowacyjny popis myśli architektonicznej i inżynieryjnej. Lektura monografii Thoravej 29 pozwala lepiej zrozumieć proces realizacji projektu i koordynowania prac wszystkich interesariuszy oraz synchronizacji wiedzy z różnych dziedzin.
Thoravej 29 zmienia paradygmat projektowania. Punkt ciężkości został przeniesiony z formy na materiały, emisje dwutlenku węgla, ekonomikę i nowy potencjał kształtowania przestrzeni. Zamierzam korzystać z monografii projektu jak z podręcznika i rozwijać zebraną w niej wiedzę.
Rozmowę odbyliśmy w grudniu 2025 roku, w pociągu z Warszawy do Wrocławia.
Fot. Hampus Berndtson
Michał Sikorski: Czy w swoich projektach poszukujesz nowego wernakularyzmu?
Søren Pihlmann: Podejrzewam, że za nowym wernakularyzmem kryje się rozbudowana teoria, a ja nie do końca zdaję sobie z niej sprawę. Może nie powinienem oceniać własnej pracy.
Fot. Hampus Berndtson
MS: Rozumiem, że nie czujesz potrzeby nazywania twojego stylu ani podejścia do architektury. Na wykładzie w Warszawie wspomniałeś, że twoją ambicją jako architekta jest praca wyłącznie z materią zastaną. Czy to nie jest właśnie istota wernakularyzmu?
SP: (uśmiecha się)
MS: W swojej praktyce rzeczywiście skupiasz się na pracy z elementami pochodzącymi z miejsca projektu i szukasz dla nich nowego zastosowania. Ostatnio eksperymentujesz także z produkcją własnych materiałów budowlanych z tego, co znajdziesz w przekształcanym obiekcie. Wspomniałeś wczoraj, że to modus operandi pozwala ci osiągnąć pożądane cechy przestrzeni, między innymi różnorodność. Oczywiście odnosiłeś się do architektury, ale słyszałem w tej wypowiedzi szerszy kontekst. Czy uważasz, że duńska architektura jest zbyt homogeniczna?
SP: Miałem na myśli zarówno architekturę, jak i szerszy kontekst. Architekci dążą do jednorodności: staramy się uspójniać budynki, wygładzać nierówności. Ta logika ma analogie w zachodniej architekturze głównego nurtu: ideałem jest wnętrze o kontrolowanym mikroklimacie, we wszystkich pomieszczeniach panują ta sama temperatura, wilgotność, warunki akustyczne.
Fot. Hampus Berndtson
Moim zdaniem musimy ponownie związać architekturę z otoczeniem, jego klimatem. Ona potrzebuje różnorodności. Heterogeniczność przekłada się na pełniejsze doświadczenie architektury, bo pozwala wyodrębnić jej części składowe. Zamiast rozmywać przejścia i progi, możemy z nimi pracować, podkreślać je.
MS: To zalecenie bezpośrednio odnosi się do pracy z tym, co zastane – zarówno materią, jak i koncepcją. Zamiast traktować działkę projektową jak neutralne tło dla abstrakcyjnej idei, projektowanie zaczynasz od uważnej analizy miejsca. Pozyskane informacje wpływają na dalsze decyzje. Przy tej metodzie praca z elementami zastanymi nie jest ograniczeniem, zyskujemy twórczą ramę, która od początku kształtuje architekturę.
SP: Moim zdaniem architektura powinna wynikać ze świadomości kontekstu. W edukacji architektonicznej otoczenie jest traktowane powierzchownie. Uczą nas, że musimy brać pod uwagę kontekst, ale większość architektów wychodzi z założenia, że projektują na pustych działkach.
Fot. Hampus Berndtson
Uważność na materiały jest niezwykle istotna, może istotniejsza niż wyczucie formy. Lubię zaczynać od analizy materiałowej i sprawdzać, co zdołam wyciągnąć z kontekstu – nie symbolicznie, lecz pragmatycznie: ile materii i przestrzeni zastanej nadaje się do wykorzystania w moim projekcie.
Zużycie zasobów ograniczam w naturalnej konsekwencji takiego podejścia, ale jego istota dotyczy przede wszystkim czerpania pomysłów ze znalezisk. Zamiast narzucać ideę, pozwalam jej wyłonić się z kontekstu.
Fot. Hampus Berndtson
MS: Czy twoje podejście jest zakorzenione w silnych przekonaniach, a nawet moralnej pozycji wobec cyrkularności i ekologii? Innymi słowy, pracę z materią zastaną podejmujesz ze względów etycznych, a nie tylko metodologicznych?
SP: Oczywiście. Mój sposób pracy zrodził się w reakcji na logikę, którą rządzi się dzisiejszy przemysł budowlany. W nim proces jest ustrukturyzowany linearnie: od rozbiórki do projektowania niemal wyłącznie z nowych surowców. Każdy wydobywamy, przetwarzamy i użytkujemy raz, a potem wyrzucamy. Gdy materiał wejdzie w obieg i zakończy cykl życia, prawdopodobieństwo ponownego wykorzystania zbliża się do zera, ponieważ elementy rozbiórkowe automatycznie klasyfikujemy jako odpady. Wydobycie, produkcja, certyfikacja, zaopatrzenie, budowa i demontaż są zorganizowane tak, by promować używanie nowych materiałów. Umowy, gwarancje, standardy i ramy odpowiedzialności ustala się dla przewidywalnych komponentów, produkcji fabrycznej. Dla materiałów z historią nie ma w tym układzie miejsca, więc z punktu widzenia systemu łatwiej je wyrzucić niż wziąć za nie odpowiedzialność.
Problem tkwi nie tylko w przemyśle. Ta sama logika nakręca oczekiwania użytkowników: liczą na płynny i przewidywalny proces, identyczne, z góry określone rezultaty. Praca z zastanym rodzi tarcia: różnice w wymiarach, nieidealne powierzchnie, negocjowanie rozwiązań. Jeśli chcemy upowszechnić ponowny użytek, musimy uczynić z niego wartość i zaakceptować, że rezultaty naszej pracy nie zawsze będą przystawać do oczekiwań, które przynosimy z kultury nowego budownictwa.
Rys. pihlmann architects
Z mojej perspektywy sama idea odpadów jest dziwna. Tę kategorię stworzył człowiek, ona nie występuje w naturze. Musimy zmienić naszą linearną logikę gospodarowania i nadać łańcuchowi dostaw mocniejszy rys cyrkularny.
MS: Czy ten postulat wymaga opracowania nowego zestawu umiejętności w architekturze?
Rys. pihlmann architects
SP: Zdecydowanie. Postindustrialny przemysł budowlany nie uwzględnia opcji rozbiórki. Budynki projektujemy w konkretnym celu, a gdy one lub on przestają być użyteczne – wyburzamy. Narzędzia pozwalające na demontaż komponentów pod kątem ponownego użycia nigdy nie były częścią tego równania. Ich brak w nim stawia nas przed koniecznością neutralizowania problematycznych części istniejącej zabudowy. W latach 50., 60. i 70. ubiegłego wieku powszechnie używano toksycznych materiałów. Trzeba wymyślić, jak sobie z nimi poradzić, jak przeorientować architekturę – ukryć pewne rzeczy albo ich się pozbyć. Dzisiejsza architektura musi na wszystkich poziomach odnieść się do obecnych realiów, zamiast trwać przy wczorajszych idealistycznych wyobrażeniach.
MS: Z jakich etapów składały się projekt i budowa Thoravej 29, jakie problemy napotkaliście? Jak sobie poradziliście z materią pierwotnego budynku?
SP: Zaczęliśmy od uważnego przeanalizowania istniejącego obiektu. Wymodelowaliśmy go, potem przeprowadziliśmy testy w skali 1:1, następnie opracowaliśmy strategię rozbiórki, a raczej demontażu. Proces składał się z kilku etapów. Oceniliśmy, które elementy warto zachować, które trzeba wyczyścić, a czego musimy się pozbyć ze względów zdrowotnych i z uwagi na przepisy.
Fot. Hampus Berndtson
Już na etapie konkursu zaproponowaliśmy ambitny scenariusz ponownego użytku, ale też przyjęliśmy do wiadomości, że nie wszystko możemy zaprojektować od razu. Plac budowy zmienił się w magazyn i sortownię zdemontowanych elementów, poszczególne części krążyły po nim. Dopiero na dalszych etapach procesu, gdy już przeprowadziliśmy testy i zorientowaliśmy się, ile czego potrzebujemy, wyposażeni w wymiary i warunki, zdecydowaliśmy, jak wykorzystać odzyskane materiały. Drewno zazwyczaj się wyrzuca, a my przetworzyliśmy je w płyty wiórowe o rozmaitym przeznaczeniu. Metalowe części przepuściliśmy przez prasę i otrzymane formy rzeźbiarskie wkomponowaliśmy w wyposażenie. Pod względem materiałowym pracowaliśmy z tym, co oferowała nam podstawowa skorupa budynku, nie oglądaliśmy się na warstwy narosłe w jego cyklu życia. W gruncie rzeczy jest to budynek przemysłowy, więc chcieliśmy uszanować pierwotną funkcję i charakter materiałów. Zachowaliśmy czytelną prostotę konstrukcji, a ciepło i kameralność wprowadzaliśmy wybiórczo, przede wszystkim dodawaliśmy drewno jako przeciwwagę dla ciężkiej, surowej bazy.
Fot. Hampus Berndtson
Podczas rozbiórki największym zagrożeniem była destabilizacja płyt stropowych TT. Wraz z konstruktorem opracowaliśmy specjalne klamry stalowe – utrzymywały naprężenie zbrojenia w trakcie cięcia płyt. Aby zlokalizować zbrojenie wewnątrz płyt, wywierciliśmy niewielkie otwory rewizyjne. Klamry umieściliśmy w każdym z żeber płyty, dopiero potem przystąpiliśmy do cięcia. Przy cięciu płyt musieliśmy dopilnować określonej sekwencji działań, tymczasowe podpory i stemple rozprowadzały ciężar konstrukcji. W miejscach, gdzie fragmenty stropu usunęliśmy na stałe, postawiliśmy ściany usztywniające dla ustabilizowania konstrukcji, a otwory obramowaliśmy belkami stalowymi – bezpiecznie przenoszą ciężar po obrysie.
W Thoravej 29 schody z fragmentów dawnych stropów ważą po kilka ton. W innym otoczeniu elementy tak ciężkie można by uznać za nadmiarowe, dekadenckie. Tu wykorzystaliśmy je racjonalne: materiał był na działce, emisje i koszty środowiskowe zostały już poniesione, a my musieliśmy wymyślić, jak go zagospodarować, żeby uniknąć wywózki, utylizacji i zamiany na coś nowego.
Fot. Hampus Berndtson
MS: Często mówisz, że siłą napędową architektury jest misja, a nie styl.
SP: Uważam, że wybitna sztuka powstaje w reakcji na aktualne zjawiska. Jeśli architektura nie podejmuje ważnych problemów, rezultaty są mierne. Znamy z historii Europy przykłady dążenia do wspólnego celu ścieżką architektury. Gdy ludzie chcieli zbliżyć się do Boga, wznosili katedry wysiłkiem wielu pokoleń. W XX wieku architektura mieszkaniowa była jednym z filarów państwa opiekuńczego, wyrażała ambicję budowy społeczeństwa, w którym każdy zasługiwał na dobrobyt. Dziś architekci stoją przed zadaniem o globalnym znaczeniu: trzeba znaleźć sposób budowania mniej szkodliwy, a lepiej dostosowany do procesów zachodzących na naszej planecie. To niezwykle trudna misja i nie mamy pewności, że komukolwiek się powiedzie, ale właśnie z powodu tych trudności warta poświęcenia. Musimy dążyć do osiągnięcia niemożliwego.
MS: Twoi współpracownicy podzielają tę doktrynę i ten zbiór wartości?
SP: Tak. Łączą nas wartości i etyka. Są motorem naszej pracy.
MS: To tłumaczy, dlaczego komunikacja jest tak istotną częścią twojej pracy: wydajesz książki i mniejsze publikacje, występujesz w filmach, na wykładach gościnnych…
SP: Szerzenie idei jest obecnie fundamentalne. Mamy globalną misję, a dobre pomysły powinny krążyć bez ograniczeń. Jesteśmy bardzo małym biurem i nie wierzę, żebyśmy zmienili cały przemysł budowlany wyłącznie dzięki naszym realizacjom. Mamy szanse, jeśli będziemy inspirować innych. Komunikacja i dzielenie się wiedzą są częścią naszej pracy.
MS: Co prawda nie jesteś dydaktykiem, ale mimo to chciałbym wiedzieć, co sądzisz o dzisiejszym modelu nauczania architektury. Czy przekłada się na praktykę?
Fot. Hampus Berndtson
SP: Praca dydaktyczna ma duże znaczenie. Ja się w niej nie odnajduję, napędza mnie materialny wymiar tworzenia architektury. Moje zainteresowanie teorią wynika z praktyki, a nie na odwrót. Na uczelniach architektonicznych powstaje wiele projektów zbyt spekulatywnych. W trakcie wykładów staram się zachęcać słuchaczy, by zamiast wymyślać ograniczenia, szukali rzeczywistych problemów. Jest ich pod dostatkiem w dzisiejszym przemyśle budowlanym. Może w przyszłości, gdy już trochę wybuduję, zainteresuję się nauczaniem, na razie ten moment jeszcze nie nadszedł.
MS: O ponownym użytku materiałów budowlanych rozmawiałem z projektantami z belgijskiego BC, Barbarą Buser ze Szwajcarii, a teraz z tobą. Za każdym razem powraca problem braku informacji, a raczej konieczność samoorganizacji i pomocy w gronie architektów. Można powiedzieć, że europejscy projektanci stworzyli oddolną sieć, w której dzielą się wiedzą o materiałach i elementach budowlanych. Czy twoim zdaniem taki obieg wiedzy pomoże wprowadzić ponowny użytek do mainstreamu?
SP: Myślę, że tak. W Europie wypracowaliśmy bardzo wysokie standardy budowania, uważam je za powód do dumy. Zarazem one wciąż opierają się na produkcji nowych materiałów. W pracy z materią zastaną trudno spełnić wymogi, bo przepisy nie określają ram postępowania z niestandardowym zasobem materiałowym, musimy je dopiero wyznaczyć. Równie ważna jest zmiana legislacyjna. Potrzebujemy podręczników i ustandaryzowanych sposobów gromadzenia informacji, bez nich ponowny użytek nie będzie możliwy na dużą skalę.
MS: Czy widzisz światełko w tunelu? Co sądzisz o planowanych przez Unię Europejską regulacjach dotyczących obliczania śladu węglowego? Rozwiążą jakieś problemy czy zwiększą biurokrację?
SP: Myślę, że coś się zmieni na lepsze, nie dlatego, że sektor budowlany nagle przejmą idealiści. Poprawę wymusi rosnące zainteresowanie ponownym użytkiem. Gdy zaczniemy mierzyć, porównywać i dzielić się wiedzą, zmienią się zachowania. Sektor budowlany przechodził już większe rewolucje: industrializację, standaryzację, prefabrykację, nowe normy pożarowe i bezpieczeństwa, nowe systemy zaopatrzenia. Teraz nie wydarzy się żadne trzęsienie ziemi, czeka nas jedynie kolejny zwrot w długiej sekwencji przemian systemowych.
Interesującym zagadnieniem są narzędzia, dzięki którym zmiana nabiera wymiaru praktycznego. Widzę tu potencjał wykorzystania sztucznej inteligencji, niekoniecznie jako źródła wycyzelowanych koncepcji. Spodziewam się, że otrzymamy raczej narzędzie, które pomoże nam uwzględnić niedokładności i niepewności w procesie projektowym. Będzie rejestrować warunki zastane, łączyć fragmentaryczne dane i zarządzać dokumentacją o wysokim stopniu skomplikowania: skanami, rysunkami, historią komponentów, raportami o toksyczności, wynikami badań, logistyką i normami. Jeśli chcemy skalować ponowny użytek, potrzebujemy infrastruktury dla zarządzania wiedzą, a nie tylko opowieści o dobrych intencjach. Nie znam szczegółów unijnych regulacji dotyczących śladu węglowego, więc nie mogę ich skomentować. Za moją opowieścią stoją praktyki oraz problemy wynikające z podporządkowania standardów dokumentacji, ram odpowiedzialności i zaopatrzenia do wymagań dla materiałów z pierwszego obiegu.
Upowszechnienie ponownego użytku nie obędzie się bez tarć. Wielu aktorów czerpie korzyści ze status quo, najwięksi gracze, o najsilniejszej pozycji w sektorze zaopatrzenia i usadowieni na szczycie łańcucha dostaw, mają w tym interes. Amortyzują obciążenia administracyjne, kształtują standardy i określają ryzyko tak, by bardziej opłacalne i łatwiejsze było stosowanie nowych materiałów. Zmiana jest możliwa, ale nie neutralna. Wymaga nowych regulacji, zachęty i nowych współdzielonych protokołów, które sprawią, że praca z materią zastaną zamiast ewenementem będzie wyborem obarczonym mniejszym ryzykiem.
Fot. Hampus Berndtson
MS: Czy zdarza ci się odmawiać zleceń, bo nie zgadzasz się z ich charakterem?
SP: Oczywiście. Skupiamy się na projektach dla klientów, którym bliskie są nasze wartości. Wiemy, jak chcemy pracować. Jeśli od początku jest jasne, że klient ma całkowicie inne oczekiwania niż my, wolimy pomóc mu znaleźć bardziej odpowiedniego architekta. Zdarzyło nam się walczyć z oczekiwaniami klienta, było to przykre doświadczenie dla obu stron. Jeśli my nie jesteśmy zadowoleni, klient też nie będzie, stracimy czas.
MS: Nie boisz się, że ktoś uzna ponowny użytek za pretekst do nadmiernego formalizmu?
SP: Istnieje takie ryzyko, a nawet już się urzeczywistnia, ale nie uważam, że to coś złego. Krytyka jest częścią procesu, pojawia się zawsze, gdy rośnie zainteresowanie nowym zjawiskiem.
MS: W ostatnich latach w języku upowszechniły się hasła typu „radykalny ponowny użytek”.
SP: Pojawienie się oskarżeń o radykalizm zazwyczaj oznacza, że wkrótce tendencja wejdzie do mainstreamu.
MS: Na wykładzie pokazałeś przykłady elementów budowlanych powstałych z drewna rozbitego na najmniejsze części składowe: włókna, ligninę, celulozę. Następnie zrekomponowałeś z nich nowy materiał. Czułem się niemal jak w kuchni molekularnej.
SP: To szalenie interesujące zagadnienie. Drewno jest osobnym sektorem materiałów budowlanych, a praca z nim na poziomie cząsteczkowym otwiera wiele nowych możliwości, zarówno technicznych, jak i architektonicznych. Rozłożenie drewna na czynniki pierwsze i późniejsza rekompozycja pozwalają dostosować właściwości materiału: sztywność, gęstość, reakcję na wilgoć, twardość powierzchni, do aktualnych potrzeb. Powstaje nowa kategoria niestandardowych produktów. Zamiast wybierać materiał z katalogu, możemy wycyzelować jego parametry.
Przy jednym z projektów współpracujemy z producentem płyt budowlanych, który nie stosuje syntetycznych klejów polimerowych. Zamiast nich używa ligniny, naturalnego spoiwa drewna. To znaczy, że z odpadów drewnianych problematycznych w utylizacji możemy zrobić w pełni biodegradowalne płyty, materiał z potencjałem projektowym. Wcześniej pracowaliśmy z badaczem, który wymyślił metodę produkcji płyt budowlanych z włókien trawy – w niedalekiej przyszłości będą nadwyżkowym odpadem duńskiego przemysłu paszowego – i ligniny.
Obiecujące postępy poczyniono niedawno w zakresie skanowania i klasyfikacji elementów drewnianych z drugiego obiegu, o nieregularnych parametrach. Głównym celem tych działań jest ustandaryzowanie informacji o drewnie zamiast dopasowywania drewna do typowych formatów. Skanowanie pozwala określić geometrię elementu, defekty, osadzone kawałki metalu, wilgotność, nośność i pochodzenie. Przy odpowiednim przepływie pracy i danych potrafimy opisać niestandardowy materiał wystarczająco szczegółowo, by go wyspecyfikować i wykorzystać z większym poczuciem odpowiedzialności, bez zgadywania.
Na podstawie dotychczasowych osiągnięć architekci pracujący z materią zastaną mogą ustalić przydatne kierunki działania. Potrzebujemy ujednolicić metody oceny drewna z odzysku oparte na skanowaniu komputerowym, lepiej usystematyzować upcycling nieregularnych kłód i belek drewnianych. Precyzyjne skanowanie trójwymiarowe pozwoliłoby dopasować zastosowanie danego komponentu do jego rzeczywistego składu i właściwości.
MS: Jak postrzegasz rolę architekta w dobie sztucznej inteligencji i automatyzacji?
SP: Narzędzia cyfrowe dają nam dostęp do informacji, których uzyskanie było kiedyś bardzo czasochłonne. Cyfrowe modele istniejących budynków znacznie ułatwiają wykorzystanie nieregularnych elementów zastanych konstrukcji. W AI i cyfryzacji dostrzegam szansę, zwłaszcza w sytuacjach, gdy ze względu na ogrom niewiadomych przerasta nas dokładne zaprojektowanie rezultatów naszej pracy. Obiecująco wygląda także rozwój badań nad bezinwazyjnym skanowaniem i nad metodami reaktywacji betonu bez użycia wysokiej temperatury – taka technologia poszerzyłaby zasoby materiałów, które można bezpiecznie utrzymywać w obiegu.
MS: Architekt twórca zyskuje czy traci na znaczeniu?
SP: Zarysowują się dwie tendencje: konsolidacja dużych biur i powstawanie wielu małych pracowni. Nie wierzę, że architekturę w całości zagarną wielkie firmy budowlane. Bez tarcia między wiedzą artystyczną i techniczną architektura byłaby homogeniczna i nudna.
MS: Jakie cechy architektury są dla ciebie najważniejsze?
SP: O jakości architektury decydują przestrzeń i proporcje. Często się mówi, że budynki wernakularne mają dobre proporcje. Nikt ich odgórnie na narzucił, wynikają bezpośrednio z możliwości materiałów. Jeśli uwzględnisz właściwości materiałów i ich ograniczenia, wyjdzie ci architektura naturalnie proporcjonalna. Proporcje to nie kostium stylowy nakładany po fakcie. Wyłaniają się z ograniczeń: rozpiętości, grubości, ciężaru, tolerancji, logiki łączenia, możliwości przeniesienia bez użycia maszyn, naprawy, demontażu. Wystarczy zaakceptować te ograniczenia jako coś twórczego, by wymiary, otwarcia i rytmy uzyskać w konsekwencji wyborów materiałowych, a nie abstrakcyjnej kompozycji.
W wielu kulturach epoki przedindustrialnej określone rozwiązania bezopcjonanie wynikały z lokalnych materiałów i prostych połączeń. W ciągu ostatnich kilku dekad znormalizowaliśmy uniwersalne systemy konstrukcji, najdobitniejszym przykładem jest beton zbrojony, materiał o właściwościach oderwanych od lokalnej dostępności i wielu innych ograniczeń, które napotykamy w pracy z materiałami zastanymi. W systemie zdolnym wytworzyć dowolną geometrię proporcje łatwo uznać za wybór czysto estetyczny.
Jeśli zmienimy założenia i przestaniemy szukać rozwiązań uniwersalnych, a projektowanie zaczniemy od ograniczeń, zmniejszy się nasze pole możliwości. W moim zespole nie uważamy tego za wadę. Ograniczenia przywracają do projektu proporcje jako rezultat możliwości materiałowych.
MS: Z jakim materiałem obecnie najbardziej lubisz pracować?
SP: Z betonem wtórnego użytku i z drewnem – zarówno nowym, jak i użytym ponownie. Drewno niezmiernie mnie fascynuje. Potencjał betonu z drugiego obiegu jest ogromny, bo naprodukowaliśmy ogrom tego materiału. Jest dobrej jakości, jeśli więc nauczymy się go rzetelnie klasyfikować i projektować z uwzględnieniem rzeczywistych właściwości, możemy go wykorzystać na wiele sposobów. Wyprodukowaliśmy niemal obsceniczną ilość materiałów budowlanych. Nawoływania, by ograniczyć zużycie zasobów, są jak najbardziej zasadne. Jeżeli będziemy pilnowali, by dotychczasowy budulec pozostał w obiegu, zaistnieją warunki, w których da się działać odpowiedzialnie na dużą skalę i przestać wydobywać. Tłumaczenie z angielskiego: Natalia Raczkowska












































































