Christophe Catsaros w rozmowie z Sébastienem Marotem

Kalendarz rolniczy według manuskryptu Pietro Crescenzi, ok. 1306
Fot. Wikipedia Commons, domena publiczna

Zimą 2019 roku starli się giganci. Podczas przygotowań do wernisażu długo wyczekiwanej wystawy Rema Koolhaasa i AMO Countryside, The Future (Wieś, przyszłość), w Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku, Sébastien Marot z zespołem otworzył ekspozycję Taking the Country’s Side. Agriculture and Architecture (Po stronie wsi. Rolnictwo i architektura) – jedną z głównych części programu Triennale Architektury w Lizbonie (październik–listopad 2019). Taking the Country’s Side eksploruje złożoną relację architektury i rolnictwa na przestrzeni ostatnich dziesięciu tysięcy lat.

Poglądy Marota można porównać z postulatami Beatriz Colominy i Marka Wigleya przedstawionymi na wystawie Are We Human? The Design of the Species: 2 seconds, 2 days, 2 years, 200 years, 200,000 years (Czy jesteśmy ludźmi? Projektowanie gatunku: 2 sekundy, 2 dni, 2 lata, 200 lat, 200 tysięcy lat). Prezentowana w ramach Biennale Designu w Stambule w 2016 roku, eksplorowała dwieście tysięcy lat historii projektowania. Zdaniem kuratorów design nie jest nowym wymysłem, pokłosiem industrializacji, ale zjawiskiem z gruntu ludzkim, towarzyszy człowiekowi od pojawienia się naszego gatunku. Projektowanie czyni nas tym, kim jesteśmy. Taking the Country’s Side twierdzi, że architektura miast i wsi rozwijała się równolegle, a ich trajektorie zbliżyły się dopiero w nieodległej przeszłości.

Architektura, ogród i woda, Dom Ipuy, Deir El Medina, Egipt, 1250 r. p. n. e.
Fot. Faksymile Norman de Garis Davies, 1924, domena publiczna

Colomina i Wigley dyscyplinarnie spojrzeli na otaczający nas świat, jego korzenie i potencjalne dalsze losy. Wystawa w Koolhaasa w Muzeum Guggenheima przyglądała się temu, jak nowoczesność i czynniki postludzkie kształtują i definiują 98 procent powierzchni globu; zespoły OMA/AMO po raz kolejny podjęły się zdiagnozowania teraźniejszości, a występujące w niej różnorodne i wzajemnie sprzeczne zjawiska posłużyły za materiał do dalszej pracy. Wystawa Countryside, The Future udokumentowała procesy, z który powodu tereny wiejskie w różnych zakątkach świata ulegają szybkim i radykalnym przekształceniom. Zadanie sformułowania wniosków kuratorzy pozostawili odwiedzającym.

Wystawa Taking the Country’s Side zaproponowała natomiast scenariusze – drogi, postawy – czterech możliwych trajektorii rozwoju. Marot nie preferuje żadnego z nich, za to pokłada nadzieję w potencjale architektury do kształtowania przyszłości.

Widok stanowiska archeologicznego Uruk w Warka w Iraku
Fot. SAC Andy Holmes (RAF)/MOD, Wikipedia Commons

Christophe Catsaros: Główną tezą projektu Taking the Country’s Side. Agriculture and Architecture jest nierozerwalny związek wsi i miasta. Twoja wystawa podważyła logiczną antynomię między oboma bytami i pokazała, że od zawsze były ze sobą splecione.

Sébastien Marot: Za punkt wyjścia do naszej pracy nad wystawą przyjęliśmy bliźniacze pokrewieństwo rolnictwa i architektury. Narodziły się w tym samym czasie, w epoce rewolucji neolitycznej. Zaszły wtedy dwie ważne zmiany: ludzie udomowili rośliny i zwierzęta oraz przestawili się na osiadły tryb życia, nauczyli się budować trwalsze struktury. W autokatalitycznym procesie rolnictwo i architektura napędzały się wzajemnie. Aby pojąć związek między miastem i wsią, musimy zgłębić jego genezę.

Pracownicy rzeźni w Chicago usuwający wnętrzności zwierząt, Fot. Suhling & Koehn Co., Chicago, Ill, Wikipedia Commons, domena publiczna

Niezwykle interesująca jest komplementarność rolnictwa i architektury. Podążając jej tropem, należy zwracać uwagę na przemiany w relacjach miasta i wsi na przestrzeni lat, zwłaszcza w ostatnich pięciu stuleciach. Rewolucja przemysłowa i rozkwit gospodarki rynkowej miały podobne skutki dla rolnictwa i rozwoju miast, ale doprowadziły też do rozdźwięku między oboma światami, do utraty powszechnej świadomości ich powiązania.

CC: Wasza wystawa dostarcza argumentów, że rewolucja przemysłowa miała początek w rewolucji rolniczej. Czy to możliwość uprawy ziemi – na znacznie większą skalę niż wcześniej, bardziej intensywnie – doprowadziła w końcu do industrializacji? O nowoczesności Chicago świadczyły między innymi jego rzeźnie.

SM: Szlaki przetarła racjonalizacja, podstawa narodzin gospodarki rynkowej, prywatyzacji i rozparcelowania wspólnot ziemskich oraz eksploatacji kolonialnej. Trudno tu jednoznacznie rozstrzygnąć o pierwszeństwie jajka albo kury. Analogicznie badacze prehistorii wciąż się spierają, czy to osadnictwo doprowadziło do opanowania konwerterów energii, jakimi są zwierzęta i rośliny, czy było na odwrót – ludzie się osiedlili, ponieważ zaczęli uprawiać ziemię i hodować zwierzęta. Nie czuję się na siłach, by o tym rozstrzygać, zresztą nie chcę, lecz wzajemne oddziaływanie tych zjawisk jest niezaprzeczalne. Na tej samej zasadzie monokultury, które umożliwiły intensyfikację uprawy ziemi, oddziaływały na uproszczenie innych korzyści skali, przy udziale wysokowydajnych źródeł energii. Na rolnictwo i przemysł rzutują analogiczne zmiany. Zjawiska współwystępują, lecz nie dojdziemy, co było pierwsze.

CC: Na wystawie czytelnie pokazujecie, że osiągnięcia w dziedzinie chemii mają podobny wpływ na rolnictwo i przemysł.

SM: Matthieu Calame dowodzi, że dziewiętnastowieczne postępy w dziedzinie chemii pozwoliły zrozumieć wpływ minerałów i fosforanów na wegetację roślin. W ślad za Justusem von Liebigiem naukowcy zajmujący się chemią organiczną zidentyfikowali rolę azotu w tym procesie. Liebig protestował przeciwko eksploatacji zamorskich złóż azotu mineralnego przez kraje uprzemysłowione. Anglicy grabili między innymi kości z pól bitewnych pod Waterloo, sycylijskie katakumby, góry guana u wybrzeży Peru, by użyźnić gleby wyjałowione przez uprawy monokulturowe. Skończoność tych zasobów skłoniła chemików do poszukiwania metod pozyskiwania azotu z atmosfery. Sukces przyszedł na początku XX wieku, dzięki metodzie syntezy amoniaku Habera i Boscha. Uwodornienie azotu umożliwiło produkcję nawozów sztucznych. Proces ten jest niezwykle energochłonny, a przez to kosztowny, więc niewart zachodu, gdyby odbiorców miał wyłącznie wśród rolników. Szybko jednak znalazł zastosowanie w produkcji materiałów wybuchowych. Skokowy rozwój tej gałęzi przemysłu nastąpił w czasie I wojny światowej. W drugiej połowie wieku doświadczenia z produkcji zbrojeń zaprzęgnięto do rozwoju rolnictwa.

Labirynt zagród bydła w magazynach rzeźni Chicago, 1947
Fot. Wikipedia Commons, domena publiczna

Chicago to osobna historia. Wraz z rozwojem nowych środków transportu i organizacji produkcji tereny rolnicze odseparowano od zakładów przetwórstwa. To rozwiązanie, znane z Union Stock Yards, upowszechniło się w XX wieku, w następstwie dwóch wojen światowych.

Z wojennego rozwoju przemysłu zbrojeniowego i militariów co nieco skapnęło rolnictwu: łańcuch dostaw, transport, przetwórstwo, nawozy, pestycydy (wynalazek na bazie gazów chloroorganicznych, także opracowany przez Fritza Habera i Carla Boscha, produkt I wojny światowej). W czasie II wojny światowej Amerykanie stosowali herbicydy do niszczenia pól ryżowych w Japonii. Drut kolczasty był w Stanach Zjednoczonych w użyciu od XIX wieku, wzrost jego produkcji nastąpił w czasie I wojny światowej.

Poza przesiadką z czołgu na traktor logistyka dostaw na front zaowocowała rozwojem produkcji żywności pakowanej i konserwantów. Transfer tych technologii nie ograniczał się do rolnictwa. W czasie wojny masowo stosowano beton, szczególnie dużo zużywali go Niemcy. Wysiłek wojenny i rozwój technologii łączy ścisła zależność. Recykling osiągnięć przemysłu wojskowego szerokim strumieniem popłynął do rolnictwa.

Widok z lotu ptaka na rzeźnie i magazyny Union Stock Yards w Chicago, ryc. Charles Rascher
Fot. Library of Congress, domena publiczna

CC: Rolnictwo, a raczej jego destrukcja, bywa bronią strategiczną. Niszczenie pól ryżowych w Japonii w czasie II wojny światowej Amerykanie powtórzyli w Korei i Wietnamie.

SM: Włączyli te występki do strategii niszczenia łańcuchów dostaw wrogiego państwa, a później znalazła zastosowanie w wojnie żywnościowej.

CC: Jak zamach stanu w Gwatemali w 1954 roku, zainicjowany przez importera owoców United Fruit Company?

SM: To dobry przykład, ale środkiem do celu było przede wszystkim uzależnienie całych regionów od złożonych systemów dostaw – autorzy tej strategii monopolizacji wzorowali się na kolonialnym wyzysku.

CC: Jedna z sekcji wystawy dotyczy stref oporu – górskich regionów Azji, które rozmyślnie trzymały się z dala od społeczeństw złożonych i postępu.

SM: Tezę, którą prezentujemy w tej części wystawy, opracował James Scott, historyk rolnictwa, rolnik i anarchista. Badał zalesiony region górski Zomia, na terytorium kilku państw w Azji Południowo-Wschodniej. Ma on powierzchnię pięciokrotnie większą niż Francja. W badaniach Scotta zaskoczyła mnie idea, że autonomia rozproszonych populacji zamieszkujących ten region nie wynikała z ich „prymitywnej” natury. Ludzie ci podjęli celowe i sukcesywne prób ucieczki przed kontrolą i ekstrakcyjną polityką państw z terenów równinnych i dolin.

Hendrik van Schuylenburgh, Faktoria Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej w Hooghly w Bengalu, 1665
Fot. Wikipedia Commons, domena publiczna

W książce Homo Domesticus Scott dowodzi, że państwowość narodziła się na obszarach intensywnej uprawy roli. Działo się tak przede wszystkim dlatego, że uprawa zbóż jest przewidywalna i regularna, przez co łatwa w nadzorowaniu. Ponadto jej plony można długo przechowywać, więc doskonale nadają się do kontroli i opodatkowania. Miasta nie pojawiłyby się bez żniw, podatków i swojej kontroli biopolitycznej nad terenami wiejskimi. Państwo zrodziło się z poddaństwa ludności zamieszkującej obszary upraw roślin jednorocznych: kukurydzy, pszenicy i ryżu. U podstaw rolnictwa i urbanizacji leży ta sama idea kontroli.

Scott wskrzesił tezę Pierre’a Clastre’a, zgodnie z którą wiele tak zwanych prymitywnych społeczności niesłusznie uważa się za „społeczeństwa bezpaństwowe”, czyli zapomniane przez ewolucję. One wybrały drogę „społeczeństw antypaństwowych”, zorganizowanych w taki sposób, by nie wykształciły się cechy państwa, w tym stratyfikacja społeczna, hierarchia zawodowa. Te grupy żyły z dala od „rozwiniętych” społeczeństw nie dlatego, że nie osiągnęły jeszcze poziomu organizacji państwowej, ale właśnie po to, by uniknąć jarzma biopolitycznego.

Tom Misch & Yussef Dayes – What Kinda Music 

CC: Historia kolonializmu także ma wątki rolnicze.

SM: Podbój „nowego świata” odcisnął się na rolnictwie europejskim wcześniej niż rewolucja przemysłowa, w pewnym sensie utorował dla niej drogę. Tu też niektóre zjawiska pojawiły się równolegle. W XV wieku kolonializm zaowocował w Europie grodzeniem pól. Koniec systemu otwartych pól, wspólnot gruntowych, i zniesienie zwyczajowych praw (do wypasu, zbierania resztek plonów), czyli upowszechnienie własności prywatnej, zbiegły się w czasie z intensyfikacją gospodarki rynkowej i jej wpływem na kształt śródmieść.

Wspólnoty gruntowe istniały od średniowiecza. Zniknęły z powodu napięć wywołanych podziałem ziemi. Równolegle z tym procesem pojawiały się pierwsze plantacje kolonialne. Ich skala i pracochłonność doprowadziły do odrodzenia niewolnictwa. Historycy entuzjastycznie nastawieni do rewolucji naukowej i Oświecenia lubią kpić z „wieków ciemnych”. Nie widzą albo nie chcą widzieć, że średniowieczne poddaństwo i oświeceniowe niewolnictwo to dwa zupełnie różne rodzaje zależności społecznych. Poddaństwo, w przeciwieństwie do niewolnictwa, nie oznacza całkowitego podporządkowania istoty ludzkiej. Rządziło się zestawem niepisanych zasad i zwyczajów.

Gospodarka rynkowa zrodziła się na kolonialnych plantacjach. Konkwistadorzy i przedsiębiorstwa handlu morskiego posiadły na własność ziemię i pracowników. W Europie bogaci właściciele ziemscy i arystokraci dążyli do wprowadzenia zamorskich metod w celu zwiększenia plonów, ze szkodą dla tradycyjnego modelu rolnictwa samozaopatrzeniowego. W takim kontekście wyrosła polityka grodzenia. Nie specjalizuję się w tym wycinku historii, ale nawet laik dostrzeże, że te zjawiska się pokrywają.

Sadzenie trzciny cukrowej. Ilustracja z „Ten Views in the Island of Antigua”, na podstawie rysunków Williama Clarke’s, 1823
Fot. ze zbiorów British Library, Wikipedia Commons, domena publiczna

CC: Na wystawie przywołujecie permakulturę – jako model alternatywny, przeciwwagę dla agronomii techniczno-naukowej.

SM: Rzeczywiście podkreślamy ważność tego ruchu, nawet jeśli powszechność działań spod znaku zielonej rewolucji i światowa skala industrializacji rolnictwa spychają go na margines. Permakultura zainteresowała mnie ze względu na głębię refleksji filozoficznej i praktycznej, którą wykazał się David Holmgren w książce Permaculture: Principles & Pathways Beyond Sustainability (Permakultura. Zasady i praktyki ponad zrównoważony rozwój). Istotę permakultury dostrzegł w filozoficznej praktyce odżywczej i odpornej produkcji rolnej w kontekście malejących zasobów energii. Permakultura jest zorientowana na lokalną produkcję i proponuje rozwiązania dla świata wyczerpujący się złóż paliw kopalnych, u progu katastrofy prognozowanej w latach 70. XX wieku. Koncepcję rezygnacji z energii opracował ekolog Howard Odum, autor książki Environment, Power and Society (Środowisko, władza i społeczeństwo; 1971). Scharakteryzował w niej różne ekosystemy pod względem ich profilu energetycznego. Jego metoda polega na analizie przepływu energii (a raczej emergii – energii wbudowanej) od słońca do roślin, z nich do przemysłu i obiegu informacji – jej dwóch najgęstszych i najbardziej wyrafinowanych form.

Holmgrena zaskoczył wpływ, jaki upowszechnienie wysokoefektywnych i nieodnawialnych źródeł energii wywarło na zmianę sposobu gospodarowania gruntami przez społeczeństwa rolnicze. Nasuwa się wniosek, że bez węgla, gazu i ropy naftowej nie byłoby dzisiejszych metropolii. Transport tych paliw stymuluje koncentrację siedlisk ludzkich na obszarach zurbanizowanych. Odum doszedł do wniosku, że po apogeum zużycia paliw kopalnych populacja definitywnie się rozproszy, a żadne alternatywne źródła energii nie zrównoważą naszej rozrzutności energetycznej z ostatnich dwustu lat.

Rolnictwo i przemysł: kombajn na tle elektrowni Cottam Power Station
Fot. Richard Croft, Wikipedia Commons, CC BY-SA 2.0

W 1978 roku ukazała się książka Davida Holmgrena i Billa Mollisona Permaculture One: A Perennial Agriculture for Human Settlements (Permakultura 1: wieloletnia strategia rolnicza dla siedlisk ludzkich), o metodach radzenia sobie w obliczu niedoboru surowców energetycznych. Holmgren był wtedy studentem trzeciego roku projektowania środowiskowego, zainspirowanym działalnością Oduma, pierwszym raportem Klubu Rzymskiego i całym ruchem ekologicznym. Mollison zaproponował model z pogranicza rolnictwa, architektury krajobrazu i ekologii. Celem permakultury jest stworzenie autonomicznego systemu w warunkach przewidywanego niedoboru. U jej podstaw leży głęboka refleksja nad identyfikacją postindustrialnych systemów technicznych możliwych do zastosowania w rolnictwie, ale nie tylko. Permakultura zahacza o inne obszary, oferuje bogactwo lekcji i wniosków dla dyscyplin projektowych, w tym dla architektury i urbanistyki.

CC: Czyli permakultura rzuca wyzwanie techniczne światu postindustrialnemu.

SM: W Permaculture One Holmgren i Mollison powołują się na Colina Moorcrafta, krytyka architektury, który na początku lat 70., niemal w tym samym czasie, co Rem Koolhaas, studiował na Architectural Association School of Architecture w Londynie. Miał ekotechniczną kolumnę w „Architectural Digest”. W lipcu 1972 roku ukazał się tam jego doskonale ugruntowany w materiale badawczym i dobrze uargumentowany artykuł Designing for Survival (Projektować, żeby przetrwać). Moorcraft skrytykował zieloną rewolucję, spowodowaną przez nią utratę wiedzy i exodus ludności wiejskiej. W podsumowaniu artykułu przedstawił wniosek, że postindustrialna technologia powinna się opierać na trzech zasadach: współpracy, integracji i elastyczności. Innymi słowy, należało zadbać o to, by nowe technologie: po pierwsze, były adaptowalne i łatwe do naprawy przez użytkowników, w przeciwieństwie do „czarnych skrzynek” (elastyczność); po drugie, miały minimalny negatywny wpływ na środowisko dzięki zamkniętemu obiegowi materiałów (integracja); po trzecie, optymalizowały relacje i interakcje między poszczególnymi komponentami (współpraca). W kooperatywnym systemie technicznym Moorcrafta każdy element pełni kilka funkcji, a każdą funkcję zbiorowo pełni kilka elementów. To podejście mieściło się w kategoriach alterfunkcjonalizmu, czyli zupełnego przeciwieństwa funkcjonalizmu modernistów – oni oparli się na logice maszyny, wydajność w ich wizji i realizacjach wynikała z separacji funkcji. Moorcraft wzorował się na ekosystemie, z jego odpornością zależną od różnorodności komponentów i wzajemnie korzystnych interakcji między nimi.

Permakultura zakłada wdrożenie i dalszy rozwój programu alterfunkcjonalistycznego. Permakulturową kooperatywność w gospodarstwie uprawia na przykład kura: składa jaja, produkuje ciepło i pióra, odchodami i grzebaniem użyźnia ziemię itp. Zredukowanie kury do roli producenta jaj szybko się zemści. W systemie permakulturowym jego element „kura” jest osadzony w optymalnym miejscu: potrzeby kury są w pełni zaspokojone, inne elementy czerpią korzyści z jej różnych „usług”. Istotą tego prostego przykładu jest praktyczna filozofia bazująca na komplementarności.

Kompostownik i ogród warzywny
Fot. Local Food Initiative, Flickr

CC: Na wystawie prezentujecie cztery scenariusze: inkorporację, negocjację, infiltrację i secesję. Na czym polega wartość waszego spekulatywnego podejścia?

SM: Chcieliśmy przede wszystkim zilustrować przeciwstawne, niemal sprzeczne dyskursy o miejskim rolnictwie, które obecnie są w obiegu. Zidentyfikowałem cztery z nich i zwizualizowałem je na dwóch osiach, jak różę wiatrów. Każdy z innej perspektywy patrzy na możliwe współcześnie relacje między miastem i wsią, architekturą i rolnictwem, zakłada inny scenariusz-horyzont. Te ścieżki nie wykluczają się nawzajem, a przynajmniej nie wszystkie, w wielu miejscach na świecie współistnieją zarówno fizycznie, jak i mentalnie.

CC: Jakie wyróżniki zastosowaliście, by zdefiniować te modele?

SM: Pierwszą opowieść, inkorporację, łatwo było wyodrębnić, jest zauważalnym trendem. Dotyczy etosu metropolitalnego, on zaś dominuje dziś w pewnych obszarach. Inkorporacja całe nadzieje pokłada w postępie i innowacji technicznej, opowiada się za koncentracją. W dyskursie prośrodowiskowym funkcjonuje – i cieszy się poparciem wpływowych osób – pogląd, że dla ocalenie środowiska musimy skoncentrować ludzkość w ośrodkach miejskich. Od niedawna tę strategię wychwala Stewart Brand, twórca Whole Earth Catalog (Katalogu całej Ziemi), jednego z ważniejszych wektorów ruchu Back to the Land (Powrót do ziemi) w latach 70. XX wieku. Brand zrobił zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, wcześniej głosił hasło: „pracownicy wszystkich krajów, rozproszcie się”. Dziś propaguje ekomodernizm, ekopragmatyzmu, a jedyne możliwe rozwiązania problemów środowiskowych widzi w przyspieszeniu rozwoju technicznego oraz inkorporacji rolnictwa i istot żywych.

Przykładowe sektory w permakuturze
Diagram za: Bill Mollison, Permaculture: A Designers’ Manual, Tagari Publications 1988

CC: Negocjacja i infiltracja wydają się zbliżone.

SM: Na pierwszy rzut oka rzeczywiście sprawiają takie wrażenie, dlatego wyraźnie podkreślam różnice między nimi. Negocjacja (lub integracja) uznaje rozrost obszarów miejskich za nieunikniony, wręcz pożądany, ale poszukuje rozwiązań w modelach miast hybrydowych, które uwzględniają rolnictwo, hodowlę zwierząt, ogrodnictwo, a nawet naturę jako komponenty programu funkcjonalnego terenów zurbanizowanych.

Urbanizacja wypracowała rozmaitość takich rozwiązań, naturalnie skłania się więc ku tej narracji. Negocjację nieźle ilustruje koncepcja „horyzontalnego metropolis” Paola Viganò z Politechniki Federalnej w Lozannie. Infiltracja zmierza w przeciwnym kierunku, o wiele mniej zorganizowanym, od rolnictwa i ogrodnictwa ku miastu i istniejącej tkance miejskiej, zaleca zagospodarować szczeliny w niej i tereny porzucone. W nich rozkwitają uprawa owoców i warzyw oraz związane z nią praktyki społeczne i promieniują na przestrzenie zurbanizowane. Sednem negocjacji jest „rolnicza urbanistyka”, a infiltracji – „miejskie rolnictwo”. Choć dają podobne rezultaty, w oczywisty sposób wychodzą od różnych założeń.

Edukacyjny ogród permakulturowy stowarzyszenia Alosnys w Curgy, Francja
Fot. Alosnys, Wikipedia Commons CC BY-SA 4.0

CC: W secesji, czwartym z proponowanych przez was scenariuszy, chyba ci najbliższym, ograniczamy rozrost zabudowy, ludzie żyją w rozproszonych samowystarczalnych społecznościach, w myśl idei, że miasta nie mają monopolu na zaangażowanie obywatelskie i demokrację, a alternatywne typy życia wspólnotowego mogą zaistnieć także na wsi.

SM: Powiedzmy, że wystawą próbujemy przedstawić secesję jako jeden z biegunów i pełnoprawny horyzont na naszym kompasie. Kontrast między inkorporacją i secesją jest wyraźny od pierwszego wejrzenia. Z tego powodu zdecydowałem się nadać czwartemu scenariuszowi nazwę secesja, może nieco przesadzoną, ponieważ kojarzy się z wykluczaniem, nie włączaniem. Klarowność postawiłem jednak wyżej niż niuanse. Naszą wystawą chcemy obalić ogólnie przyjętą i wyświechtaną ideę, że miasta są wyłącznymi siedliskami demokracji. Stadtluft macht frei (miejskie powietrze czyni wolnym) – to utarte w średniowieczu hasło, mimo że straciło pierwotne znaczenie, wciąż jest w powszechnym użyciu na skutek ignorancji i obojętności na polityczny i „partycypacyjny” wymiar bogatego zestawu dawnych praktyk wiejskich. Najbardziej jaskrawym przykładem ich partycypatyjności są wspólnoty gruntowe i niepisane prawa. Dziś badacze je odkrywają i interpretują na nowo. W średniowiecznych wsiach były demokracja i dialog.

Woda deszczowa z systemu rynnowego jest zbierana w plastikowej beczce i wykorzystywana do podlewania roślin
Fot. Kmtextor, Wikipedia Commons CC BY-SA 4.0

Wybraliśmy ten termin, by wyrażał, po pierwsze ideę secesji od metropolitalnego reżimu. Odnosi się do inicjatyw, które próbują się wyswobodzić z miejskiej orbity, nawet jeśli funkcjonują na obszarach miejskich, i bez jej balastu wykształcić miejsca do życia i koegzystencji na swój sposób oporne i odporne. Praktyczna postindustrialna filozofia, uzbrojona w permakulturę lub agroekologię, wypiera stamtąd miejskość.

W 1978 roku, tym samym, w którym Holmgren i Mollison wydali Permaculture One, Rem Koolhaas okrzyknął się surrealistycznym mistrzem wielkomiejskości. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat ta kultura uchodziła za prawdziwy Zeitgeist. Miasta są oczywiście głównymi aktorami globalizacji. Charakteryzują je ukryta hegemonia i nieograniczony wzrost. W tym sensie miasta są hipernowoczesne, kształtowane odśrodkowo przez sprzeczności związane z dążeniem do władzy (z nich wynikają na przykład impasy w kwestiach środowiskowych). Kilka dni temu brałem udział w dyskusji we francuskim senacie, dotyczyła hipotezy ery pomiejskiej. Wyszło na to, że najtrudniej będzie nam zmienić sposób myślenia. Zakwestionowanie modelu wielkomiejskiego jest dziś niezwykle potrzebne.

249 kW biogazownia na farmie w Niederbrechenw Hesji, Niemcy wybudowana w 2004 roku.
Fot. Volker Thies, Wikipedia Commons CC BY-SA 3.0

CC: Wystawy twoja i Rema Koolhaasa w Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku wydają się spowinowacone.

SM: Wystawa Koolhaasa jest starsza od mojej. Nawet zaproponował mi w niej uczestnictwo, po zakończeniu prac nad moją częścią Elements of Architecture (Składowe architektury), dużej wystawy na Biennale w Wenecji w 2014 roku. Przez ostatnie dziesięć lat prowadziłem seminarium Architecture and Environment (Architektura i otoczenie) dla studentów Harvardu. Oni co semestr pracują u Koolhasa w AMO, mamy okazję do wymiany. Wiedziałem, w jakim kierunku zmierzała wystawa, kiedy więc dostałem propozycję udziału w Triennale w Lizbonie, zdecydowałem się dołożyć do tematu swoje trzy grosze. Uznajmy moją wystawę za transatlantycki przypis do pracy Rema. Pierwotnie obie planowaliśmy otworzyć w tym samym czasie, w październiku 2019 roku, ale wernisaż nowojorski opóźnił się o kilka miesięcy. Mój przypis awansował więc na hors d’oeuvre, aperitif, do czasu, aż druga odsłona naszej wystawy, w Lozannie, zbiegła się w czasie z prezentacją wystawy Rema.

Edukacyjny ogród permakulturowy stowarzyszenia Alosnys w Curgy, Francja
Fot. Alosnys, Wikipedia Commons CC BY-SA 4.0

Widziałem jakiś etap powstawania Countryside, The Future, przynajmniej do ostatniego roku jej przygotowań, kiedy wciąż jeszcze pokazywaliśmy sobie, nad czym pracujemy, lecz na wystawę nie dotarłem, więc nie mam opinii na jej temat. Odnotowałem natomiast jej paradoksalną ciągłość z wystawą Mutations (Mutacje). Dwadzieścia lat temu Rem powierzył jej zbadanie hipotezy Świat=Miasto. Również Countryside, The Future przedstawia się jako nieskrępowany eksperyment sejsmograficzny, próbkuje w skali globalnej bardzo zróżnicowane sytuacje i zagadnienia. Skupia się przede wszystkim na zmianach lub zaskakujących innowacjach, które w myśl zasady: „co z oczu to z serca”, znalazły zastosowanie na terenach pozamiejskich. Tym samym prezentuje zbiór zjawisk – przede wszystkim współczesnych – które opuściły miasta, żeby zmutować poza ich granicami. Każde z nim oferuje jakiś potencjalny klucz do enigmatycznej „przyszłości” (rozwój? siatkę kartezjańską?).

Nasza wystawa skupia się na związkach rolnictwa i architektury. Poszliśmy w klasyczną dydaktykę, nawet ideologię, ponieważ stworzyliśmy zbiór idei i odwołań na poparcie pewnej tezy. Proponujemy inną perspektywę, krytyczne spojrzenie wstecz, by docenić logikę i dynamikę zachodzących mutacji, scenariuszy. Taking the Country’s Side wsłuchuje się w długą tradycję inicjatyw i refleksji, które rodziły się i dojrzewały na tym polu na długo przed nami: od prądów agrarnych i ekoanarchistycznych po teoretyków agroekologicznych i permakulturowych. Zachętą do nauki od nich wspieramy hipotezę, że w dawnych praktykach znajdziemy prawdziwą skarbnicę lekcji inicjowania i negocjowania alternatyw dla miejskich sposobów gospodarowania przestrzenią i ich środowiskowych impasów.

Brooklyn Grange, farma na dachu w Sunset Park na Brooklynie
Fot. Rhododendrites, Wikipedia Commons CC BY-SA 4.0

Z tej perspektywy nasz przypis do wystawy OMA jest również kontrapunktem, a może raczej kontrmelodią. Bardzo mnie ciekawi, jakie harmonie lub dysonanse wybrzmią w zderzeniu naszych poglądów.

Tłumaczenie z angielskiego: Natalia Raczkowska

Nowe uprawy – miejska farma w Chicago
Fot. Linda from Chicago, Wikipedia Commons CC BY-SA 2.0