Przeciw nowoczesnym stodołom

Powszechny kryzys wyobraźni, niegdyś zrośniętej z ludzkim bytem; ludzki byt oderwany od żywotnych związków z ziemią; autonomiczna technika regulująca „ziemskie” relacje, oderwana od celów, którym miała służyć; wyalienowany, „globalny” rozum coraz mniej autonomicznego i integralnego człowieka. Wszystkie te motywy co najmniej od początku ubiegłego stulecia pojawiają się w dyskusjach na temat kryzysu tożsamości środowiska zamieszkiwania, zaniku umiejętności budowania we wspólnotach, dominacji specjalistów.

Historia, rzekomo już martwa, gwałtownie przyspieszyła; mało kto stracił wiarę w przyszłość komfortowego, bezpiecznego, globalnego porządku. Czy rosnąca świadomość drastycznych skutków rozwoju cywilizacyjnego doprowadzi do wzrostu zainteresowania kulturami lokalnych wspólnot i ich strategiami przetrwania, a co za tym idzie, przyczyni się do zwrotu ku potencjałowi budownictwa wernakularnego? W krajach rozwiniętych jest obecne w nielicznych, niszowych odsłonach, w enklawach jakiejś ciągłości lokalnych doświadczeń. Jego zaistnienie w większej skali wymaga porzucenia odgórnych strategii zarządzania kryzysami, ustanawianych przez technokrację. Musimy też trwać przy nadziei na jego sprawczość, rozproszyć działania. Na razie scentralizowane, odgórne reakcje na kryzysy ostatnich dekad przynoszą eksplozję proceduralności, hiperregulacji, totalitarnego dyktatu barier urzędowych, brak zainteresowania zdolnościami samozachowawczymi małych wspólnot. Wartość budownictwa wernakularnego w czasach kryzysów opiera się na otwartych relacjach ze środowiskiem i wysokim poziomie samowystarczalności; procedurami kryzysowymi próbujemy w pełni okiełznać wybrane obszary życia i poddać je dyktatowi norm.

Fraccia, Val d’Ossola, tradycyjne detale pokrycia i odwodnienia dachów
Fot. Maciej Miłobędzki

Czy relikty tradycyjnych kultur mogą jeszcze być podglebiem dla wspólnotowych sieci lokalnych działań, współpracy przy kultywowaniu żywotnych relacji w świecie materialnym, gospodarczym? Czy wykiełkują z nich krytyczne alternatywy dla zuniformizowanych, standardowych form zamieszkiwania? Czy w ogóle warto konfrontować wielkie, światowe narracje prośrodowiskowe i prorozwojowe z rozwijanymi przez stulecia tradycjami lokalnymi? Czy w przeciwstawianiu sobie tych kategorii nie tkwi zalążek naszych porażek w tej dziedzinie? Zmiana skali i metod działań stawia przed profesjonalistami poważne wyzwania. Mentalność i wyobrażenia kształtowane przez dziesięciolecia w duchu bezkrytycznego solucjonizmu niełatwo przestawić na całkowicie inne tory, sprowadzić na ziemię.

Lokalni budowniczowie najczęściej nie byli (i nie są) bezrefleksyjnymi strażnikami tradycyjnych technik i form. Zbyt silnie doświadczali życia ze wszystkimi jego trudami, by odrzucać jakąkolwiek sposobność udoskonalania, racjonalizowania znanych im i oswojonych metod. Tradycje lokalnego budownictwa zazwyczaj ewoluowały; gwałtowne transformacje zdarzały się sporadycznie. Zmiany dotyczyły przede wszystkim wybranych możliwości warsztatowych, nowych materiałów i narzędzi; całościowe modele budowli trwały, żadne potrzeby ani chęci nie wymuszały gruntownej zmiany. Nawet gdy świat gwałtownie przyspieszał, ostrożnie korygowano sprawdzone metody i wzorce. Nowości musiały udowodnić swoje przydatność i sens. W rezerwie, nieufności, tkwi chyba największa przewaga budownictwa tradycyjnego nad architekturą bezkrytycznie zafascynowaną zmianami: wchłaniała każdą rewolucję technologiczną i artystyczną, wielkie procesy modernizacyjne. Do dzisiaj dystans wobec powszechnych trendów udało się zachować przede wszystkim w regionach niewielkich, zazwyczaj przez stulecia odseparowanych, gdzie doświadczenie trudnych warunków zamieszkiwania i gospodarowania wciąż jest silne i powszechnie ugruntowane. Zmierzenie się z nimi jest może jedyną skuteczną szczepionką na abstrakcyjne, bezduszne dogmaty architektonicznego mainstreamu.

Na fundamencie oswojonej tradycji i niestrudzonej, cierpliwej, ciągłej pracy nad konkretnym tematem rodzą się niezwykłe i nowatorskie pomysły. Innowacyjne systemy połączeń elementów struktur drewnianych oraz ich prefabrykowanie na poziomie lokalnym wynikły w ostatnich dziesięcioleciach z całkiem nowych metod pracy w obrębie konstrukcji wieńcowej. Zmieniły skalę otwarć, wielkość i ciężar drewnianych elementów, sposoby ich narożnych połączeń. Tego typu poszukiwania widać w pracach architektów z Gryzonii. Fragmenty sekcji ścian domów w Leis, projektu Petera Zumthora, przygotowano narzędziami cyfrowymi, lecz na placu budowy zamontowali je miejscowi cieśle. Zmieniły się: skala elementów, detale i metody ich zestawiania; przetrwały dawne zasada i logika budowania. Istota pracy cieśli nie ewoluowała od tysiąca lat. Wciąż towarzyszą jej dźwięki ciesielskich młotów, zapach drewna, zadowolenie z rezultatów fachowego wysiłku[1].

Fraccia, Val d’Ossola, tradycyjne detale pokrycia i odwodnienia dachów
Fot. Maciej Miłobędzki

Budownictwo wernakularne rozwijało się bez architektów, ale jego obecne upowszechnianie odbywa się na bazie ich doświadczenia. Często wkracza praca badawcza nad potencjałem rozwoju i transformacji, reprodukowania tradycji w przeobrażających się kontekstach (badanie przez projektowanie). Sięgamy po profesjonalną wiedzę i analityczne, krytyczne umiejętności warsztatowe. Nie poradzilibyśmy sobie bez architektów pracujących „u źródeł”. Architekt, który urodził się w środkowoafrykańskiej wiosce albo odizolowanej alpejskiej dolinie, w rodzinie cieśli, stolarza lub muratora, jest naturalnym członkiem lokalnej wspólnoty działania. Ma wyjątkową i uprzywilejowaną pozycję, zwłaszcza jeśli potrafi łączyć swoje wykształcenie zawodowe z doświadczeniem lokalności. Znamy też przypadki udanego przenoszenia miejskich praktyk w obszary o silnej tożsamości lokalnej. Procesy te zazwyczaj wymagają czasu, bo opierają się na doświadczeniu miejsca, zżycia się z nim na wielu poziomach. Karmią się uważnością, pokorą, umiejętnością zakwestionowania wyuczonych systemów wartości, odruchów i standardów.

Autochton Gion Caminada zaprojektował dla Vrin „plecione” ażurowe ściany budynków gospodarskich; są kolejną odsłoną rozwoju metod konstrukcji znanych od setek lat. Z daleka niewiele się różnią od tradycyjnych wiejskich budowli; z bliska zachwycają oczywistą, bezpretensjonalną lekkością i oczywistością detali. Zumthor przybył do Leis z Bazylei. Lata alpejskiego doświadczenia i wnikliwych obserwacji doprowadziły go do formuły budowania głęboko osadzonej w tradycji, a jednocześnie świadomie wykorzystującej wiedzę na temat kompensacji ruchów i kurczenia się drewna. Odmienna niż w tradycyjnych domach metoda osadzania stropów i okien zezwala na ruchy konstrukcji.

Budynki gospodarcze we Vrin, proj. Gion A. Caminada
Fot. Maciej Miłobędzki

Czas jest niezbędny, żeby docenić mądrość lokalnych budowniczych płynącą z doświadczenia. Warszawscy architekci Krzysztof Jaraczewski i Radosław Kacprzak zbudowali pod Czorsztynem wyjątkowy dom. Odwrócili tradycyjną zasadę budowania z bali drewnianych: zamiast ich poziomego układu zaproponowali ściany z rzędów pionowych belek. Zniwelowali tą metodą osiadanie ścian w typowo wieńcowej konstrukcji, powstałe na skutek kurczenia się schnącego drewna. Latom pracy z miejscowym cieślą Bronisławem Sową Kacprzak zawdzięcza lepsze rozumienie drewnianych konstrukcji. W zaproponowanej wersji wymagały rozważenia metod poziomych spięć „słupowych” ścian. Poszukiwaniom towarzyszyła więc odpowiedzialna i odważna postawa miejscowego budowniczego; podzielał fascynacje architektów i wnosił do pracy głębię przemyśleń natury zarówno praktycznej, jak i duchowej. Kacprzak wspomina wspólny czas jako wspaniałą lekcję rzemiosła, pokory, etycznego wymiaru pracy i współpracy. Ostatecznie musiał się zgodzić na bardziej trzeźwe i tradycyjne formy niektórych detali (w zamyśle skrajnie syntetyczne); złożyły się na lubiany i ponadczasowy charakter domu, jego wnętrz. Całość emanuje charakterem siedliska gościnnego, „otwartego dla wszystkich”, także za sprawą dużego okna w narożu. Nie było go w planach, zaproponował je budowniczy – okno otwiera się na dalekie widoki i wprowadza w głąb budynku zachodnie światło.

Poza domem czorsztyńskim niewiele się pojawiło w polskiej praktyce architektonicznej ostatnich lat przykładów architektury, która oryginalny charakter zawdzięcza architektom rozumiejącym lokalność w wielu wymiarach. Ta nieogrodzona budowla jest wyjątkowa zwłaszcza na tle otaczających ją współczesnych kreacji regionalnych. Osiadła w krajobrazie, wrasta w zbocze, racjonalna na poziomie użytkowym i technicznym. Murowany trzon organizuje wnętrza i zabezpiecza instalacje przed wpływem niskich temperatur, stabilizuje temperaturę. Są tu, jak w tradycyjnych domach, kuchnia, kominek, kominy, schowki, łazienki. Wysoki dach o pięknych proporcjach w relacji do ścian parteru kryje mniej lub bardziej formalnie zaaranżowane miejsca do spania. Nic nie zaczerpnięto ze współczesnego modelu budowania na Podhalu (jak najwięcej pięter, by spełnić zapisy planistyczne i zaspokoić apetyt na powierzchnie do wynajmu) ani z nowobogackiej willi, która za „tradycyjnym” kostiumem ukrywa strefowany układ funkcjonalistycznego apartamentu deweloperskiego.

Budynki gospodarcze we Vrin, proj. Gion A. Caminada
Fot. Maciej Miłobędzki

Architektoniczni nowicjusze w rejonach wysokogórskich potrzebują co najmniej kilku lat, by zrozumieć proste na pozór kwestie. Jak budować kamienną ścianę, żeby „oddychała” i odprowadzała wilgoć? Czy zabezpieczać drewno, a jeśli tak, to jakimi metodami? Jak je wykorzystywać, żeby unikać odpadów, skutków nieprzemyślanej obróbki? W których miejscach i w jakiej skali projektować okna? Dlaczego dom powinien mieć charakter otwarty zarówno w warstwie odnoszącej się do życia wspólnoty, jak i procesów czysto fizycznych? Czy warto izolować się od zjawisk, których utrzymanie w ryzach wymaga intensywnych zabiegów? Opierać się na normach i instrumentach pomiarowych czy na własnych odczuciach, zdolnościach adaptacyjnych organizmu? Jeśli posiądziemy tę wiedzę, a właściwie z nią się zrośniemy, zyskamy solidną, lokalną perspektywę poznawczą. Wynikłe z niej domy bronią się same i dają solidne schronienie ludziom.

Nowe możliwości technologiczne nie zawsze przyczyniają się do poprawy tradycyjnych metod budowania. Pokrycia dachów układane ręcznie z potrójnych warstw nieregularnych kamiennych płyt zatrzymywały śnieg, dodatkowe ocieplenie domów. Latem przewiewny masywny dach się nie przegrzewał, działał jak rezerwuar chłodu, naturalna klimatyzacja. Współczesne dachy z tego samego materiału, lecz znacznie cieńsze, mają w porównaniu z oryginalnymi tylko jedną zaletę – są lżejsze, czyli wymagają mniej masywnej konstrukcji (w praktyce nie musi to oznaczać znacznej oszczędności materiału, w dawnych więźbach nie przerabiano okrągłych bali na prostokątne belki). Maszynowo tnie się kamienie na cienkie prostokątne kafelki o gładkiej powierzchni. Nie utrzymają się na dachu pod własnym ciężarem, wymagają stalowych łączników i zaczepów. Z gładzizn śnieg się zsuwa, więc trzeba stosować specjalne stalowe drabinki lub ostrogi. Uroda obu rodzajów dachu jest nieporównywalna, mimo to organiczne malownicze dachy przegrywają z mechanicznymi wytworami masowej produkcji. Coraz mniej budowniczych potrafi wykonać tradycyjny dach. Łatwiej kupić gotowy, przycięty materiał, niż pozyskiwać go w terenie.

Tegia de Vaut, schronisko leśne w Domat / Ems, niestandardowe zastosowanie tradycyjnych technik,
proj. Gion A. Caminada
Fot. Maciej Miłobędzki

Odgórnie propagowane wzorniki

Na przeciwległym biegunie indywidualnych, na poły rzemieślniczych zmagań (takich jak w Czorsztynie) sytuują się odgórne, instytucjonalne akcje popularyzujące rozmaite odcienie tradycyjnego, regionalnego budowania. Przyłączyła się do nich też Polska, między innymi rodzimym cyklem konkursów „Twój dom – dialog z tradycją”, organizowanych przez Narodowy Instytut Dziedzictwa. Nawiązują do podobnych XIX- i XX-wiecznych przedsięwzięć poszukiwania tożsamości narodowej; ich skarbnicą była architektura włościańska.

Starania NID-u koncentrują się na ochronie krajobrazu kulturowego. W tym zakresie konkursy bywają źródłem udanych kreacji, częściej są jednak raczej scenograficznym gestem odniesionym do relacji pejzażu i historycznej zabudowy niż architekturą wernakularną, ze swej natury żywym organizmem wplecionym w sieć powiązań ze środowiskiem przyrodniczym, kulturowym, krainą symboli i twardych realiów bytowych. Motyw organicznego, głębokiego zakorzenienia w świecie przegrywa w naszym środowisku z rozmaitością powierzchownych zabiegów formalnych. Na ogół sprowadzają się do prób aplikowania elementów tradycyjnego wzornika w obiektach, które nawet nie pozorują, że podjęły temat zamieszkiwania i życia w danym miejscu i czasie, nie wróżą, że w przyszłości ktoś wykorzysta ten potencjał. Zaniechanie to zaskakuje tym bardziej, że konkursy studialne nie wtłaczają projektantów w konkretne programy funkcjonalne, nie poddają rygorowi norm i przepisów. Dają także sporą swobodę w rozważaniach na temat modeli życia, pojęcia komfortu, zagadnień klimatycznych. Bez względu na to, czy projekty są stylizacjami czysto estetycznymi, czy usiłują instrumentalnie wykorzystać dawne motywy do rozwiązania stworzonych przez siebie problemów, czuć „wyższościową mentalność” i brak pokory. Przejawiają się w próbach ekstrakcji poszczególnych fragmentów żywego organizmu, by wprząc je w mechanizm działający na innych zasadach i na potrzeby innego świata. Naginanie powszechnie obowiązujących wzorników estetycznych do form regionalnych pozbawia te ostatnie logiki i sensu.

Tegia de Vaut, schronisko leśne w Domat / Ems, niestandardowe zastosowanie tradycyjnych technik,
proj. Gion A. Caminada
Fot. Maciej Miłobędzki

Najbardziej widoczne i współcześnie rozpowszechniane namiastki powrotów do tradycyjnego budownictwa na ogół zaprzeczają jego istocie. Lifestylowe i profesjonalne media propagują naśladowanie lokalnych stylistyk, niestety metodami, w których przerysowane gesty formalne są realizowane z zastosowaniem zunifikowanych, globalnych technik i produktów. Ich sensem jest zaistnienie w międzynarodowym wyścigu piękności. Znaczne wzmożenie w lansowaniu podobnych kreacji może świadczyć o kryzysie wyalienowania ze środowiska życia.

Tegia de Vaut, schronisko leśne w Domat / Ems, niestandardowe zastosowanie tradycyjnych technik,
proj. Gion A. Caminada
Fot. Maciej Miłobędzki

Od współczesnych stylizacji regionalnych architekturę wernakularną odróżnia stosunek do formy: paradoksalnie nie jest nią specjalnie zainteresowana. Naśladowcy skupiają się niemal wyłącznie na wyglądzie. Nie dziwi więc, że w znanych tytułach prasy architektonicznej brylują ikoniczne wcielenia architektury regionalnej: irracjonalne detale, „minimalistyczne” lub „ciekawe” bryły, nad świetlistym akwarium lewitują dachy góralskiej chałupy. Wycięty laserem w aluminiowej blasze stylizowany motyw tradycyjnego podhalańskiego ornamentu (oczywiście w manierze minimalistycznej) jest reminiscencją dawnych okiennic. Na wielkich powierzchniach całoszklanych ścian projektant zaaplikował biały satynowy materiał – ponoć nawiązuje do ośnieżonych szczytów. Pierwowzorem wysokiego dachu o wydatnych okapach jest typowa geometria drewnianej chałupy o konstrukcji wieńcowej; niestety, regionalną szatę narzucono na stalową strukturę ramową w znacznej mierze otwartego wnętrza. Mechanicznie wentylowane pomieszczenia są rozwiązane w konwencji funkcjonalistycznego apartamentowca (strefa dzienna i nocna). Dużą, otwartą część dzienną przecina dziesięciotonowa rampa podwieszona na cięgnach – reminiscencja wspinaczki na górę widoczną przez szybę. Zabiegiem tym projektant niezamierzenie dał wyraz swojemu stosunkowi do relacji człowieka z otoczeniem naturalnym. Skomplikowany twór myśli inżynierskiej wymagał solidnej podstawy – betonowego pudełka, które zapewniło niezbędną sztywność i kontakt dość nieoczywistej konstrukcji z gruntem.

Dom w Czorsztynie, proj. Krzysztof Jaraczewski, Radosław Kacprzak
Fot. Radosław Kacprzak

Architekt Andrzej Robowski zauważył kiedyś, że jeśli chłop chce popatrzeć na góry, wychodzi przed chałupę, a nie staje przy oknie. Tu nie ma chłopa. Jest dom, patrzy z okładek kolorowych publikacji, otoczony przez pochlebne komentarze i zachwyty.

Nowoczesne podlaskie, śląskie albo podhalańskie rezydencje w swojej nieskazitelnej perfekcji niczym się nie różnią od komputerowych wizualizacji, które je reklamowały. Na każdym etapie projektowania były dziełem skończonym. Otwarty charakter budownictwa lokalnego, jego żywy proces, zawsze dopuszcza odstępstwa lub nieregularności. Ono się nie da się wymyślić „od nowa” w pracowni architekta. Lokalni twórcy na ogół nie mieli pojęcia, że wernakularność istnieje, po prostu ją praktykowali. Efektów pracy swoich rąk nie kategoryzowali jako współczesnych albo dawnych, do niczego nie nawiązywali, nic nie interpretowali, nie czuli się zobowiązani do manifestowania ducha epoki. Jej sednem było budowanie tu i teraz. Nawet romantyczne wizje regionalnych stylizacji z przełomu XIX i XX wieku, chociaż zewnętrznej proweniencji, stały lokalnym rzemiosłem, doświadczeniem i wiedzą cieśli, snycerzy, muratorów. Historyczne dzieła architektury w stylu „zakopiańskim” lub „tyrolskim” nie są wytworem typowo lokalnym. Zbyt złożone, w widoczny sposób zaprojektowane i wymyślone, nie zostały po prostu zbudowane jak te gospodarskie, chłopskie. Niemniej ich znajomość materii drewnianej i kamiennej, oswojenie z nią, dotknięcie dłuta lub toporka sprowadzają je na ziemię, wiążą z miejscem.

Dom w Czorsztynie, proj. Krzysztof Jaraczewski, Radosław Kacprzak
Fot. Radosław Kacprzak

Protezy

Wiesława Myśliwskiego smuci zanikanie kultury chłopskiej:

Świadomości sztuki jako sztuki ta kultura nie miała. […] Była to kultura gospodarska, lecz zarazem gospodarna. […] Wszystko coś znaczyło dla człowieka […]. Doświadczenie było fundamentem tej kultury, doświadczenie – jeśli można tak powiedzieć – pionowe, to znaczy pokoleń, i poziome, to znaczy wspólnoty, wśród której człowiek mieszkał. Było to przede wszystkim doświadczenie dotkliwości bytu[2].

Dom w Czorsztynie, prace ciesielskie
Fot. Radosław Kacprzak

Zanikają też „ziemskie” relacje człowieka. Ziemia przestaje być żywotnym punktem odniesienia, zapewniającym poczucie trwałości, bezpieczeństwa. „Chłopskim światem zawładnął standard, taki sam jak wszędzie, taki sam konsumpcjonizm i aspiracje wyłącznie materialne”[3]. Poczucie trwałości „chłop zawsze czerpał ze związku z ziemią”[4]: pracował zarówno na ziemi, jak i dla ziemi[5]. Myśliwski pisze o „obsłudze krajobrazu”, a więc dookólnych stref ludzkich siedlisk i naturalnego przedłużenia domostw: cieków, sadów, ogrodów, pastwisk. Współcześnie nawet najbardziej wyraziste kultury budowania tracą oparcie, które zapewniały im międzypokoleniowe formy kultywowania rzemiosła, znawstwa materiału, wszelkich form gospodarowania, uprawy roślin, hodowli, dbałości o wszystko, co nierozerwalnie wiąże się z szacunkiem w zagospodarowaniu powierzchni ziemi. Myśliwski przywiązuje wielką wagę do motywu uprawy; rozumie przez nią wszystkie te czynności, z budowaniem włącznie[6]. Charakterystyczne, że uprawa pojawia się także w wypowiedziach współczesnych znawców architektury zakorzenionej w miejscu i odpowiedzialnego budowania. Budowanie „ziemskie”, otwarte na relacje w środowisku, przegrywa batalię z „naukowym konsensusem” głównego nurtu budownictwa „zrównoważonego rozwoju”, zakotwiczonym w odgórnie zdefiniowanych celach i modelach obliczeniowych.

Dom w Czorsztynie, wnętrze
Fot. Jan Smaga

Wernakularne budowanie wymaga codziennej uwagi, staranności, podobnie jak medycyna oparta na naturalnych zasobach i międzypokoleniowej wiedzy. Jest bardzo skuteczna, pod warunkiem że poświęcimy jej dużo atencji, zrozumienia, czasu. Nie może jednak liczyć, że zainteresują się nią biznesowi strażnicy procedur medycznych „zgodnych z aktualną wiedzą i stanem badań”.

Przedstawicieli „wyższej”, miejskiej kultury Myśliwski uważa za „protezoidalnych” w języku[7], dostrzega ich uzależnienie od wzorowości w mowie i piśmie, od zasad, konwencji. Język protezoidalny zniewala, zwłaszcza jeśli rolę językoznawców przejmują media, reklamy, urzędnicy. Życie wzięło rozbrat z wiedzą, coraz częściej zamienia ją w analizę zestawu informacji przekazywanych nowomową. Nieliczni, którzy rozwijają wernakularne sposoby budowania, chętnie stosują specyficzne lokalne słownictwo. Może nie nadaje się do opisu technokratycznych procesów i wyalienowanych z życia procedur, za to świetnie oddaje niuanse lokalnego życia, środowiska.

Protezy regionalnych detali zrodziło myślenie czysto techniczne i formalne. Nawiązują do form dawnych, lecz programowo uproszczonych, pozbawionych logiki wykonawczej i eksponujących nowe możliwości technologiczne, nawet kosztem zdrowego rozsądku.

Dom w Czorsztynie, wnętrze
Fot. Jan Smaga

Nowoczesne stodoły

Deklarowane powroty do źródeł tradycyjnego budownictwa stronią od rozwijania schematów zwartych brył chałup i dworów, z masywnym trzonem i wentylowanym poddaszem, pod względem energetycznym całkiem sensownych. Zamiast nich architekci importują na wieś schemat deweloperskiego apartamentu dla miast. Jest szczelnie opakowany w pozbawiony trójwymiarowego detalu strój, wyposażony w mechaniczne urządzenia wentylacyjne i klimatyzacyjne, zbędne w tradycyjnych modelach domów.

Domy w Leis, proj. Peter Zumthor
Fot. Maciej Miłobędzki

Wśród architektonicznych, językowych i formalnych protez mało narracji zrobiło tak oszałamiającą karierę jak „nowoczesna stodoła”. Niewiele treści niesie, nie opisuje budynków z kategorii stodół, nie zwiastuje nowości. Świetnie za to komercjalizuje stereotypowe domy w regionalnych ubiorach. Nie dziwi katalog „stodół”, które układem plastikowanych desek, blach i płytek naśladujących cegły (są aplikowane nawet na krokwiach!) przypisują sobie cechy regionalne: domów mazurskich, kurpiowskich, zakopiańskich. Dziwi natomiast, że ich liczne klony są udostępniane i propagowane przez organizacje zawodowe i stowarzyszenia architektów jako udany mariaż współczesności i tradycji.

Domy w Leis, proj. Peter Zumthor
Fot. Maciej Miłobędzki

Forma, geometria, materiał i dekoracje domów nie wystarczą, aby wzbudzić wrażenie lokalności. Do jego zaistnienia potrzebny jest otwarty proces zmian i korekt pojawiających się na budowie, konfrontacja z podłożem i materiałem, pomysłami rzemieślników, oceną inwestorów. Twórcza aktywność nie kończy się wraz z oddaniem skończonego projektu; wręcz przeciwnie, dopiero wtedy wkracza w istotną fazę. „Nowoczesne stodoły” nie pozostawiają jej pola swobody, nie znoszą przypadku. Sztywne precyzyjne detale, opisane z bezduszną, milimetrową dokładnością, dają się łatwo skatalogować, występują w większości realizacji tego nurtu.

Obsesyjnie eliminowane są okapy. Pozbawione ich dachy płynnie przechodzą w ściany. Wymaga to karkołomnych detali rynien wpuszczanych w połać i ciągłych zabiegów serwisowych. Brak ochrony przed wodą i cieniowania ścian wyklucza z puli materiałów na ściany wiele sensownych rodzajów budulca „oddychającego”. Niejedną „stodołę” przecinają świetliki; biegną od ziemi do kalenicy i sztucznie dzielą dom na strefy dzienne i nocne, akcentują schody lub wejście do domu. W ściany szczytowe projektanci ochoczo wstawiają całoszklane witryny.

Domy w Leis, proj. Peter Zumthor
Fot. Maciej Miłobędzki

Architekci tego nurtu – górale z dyplomami politechnik – jedynie pozorują ciągłość kulturową. Produkują pozbawioną autentyzmu scenografię, element biznesowych strategii wizerunkowych. Prezentacje w kolorowych magazynach i na portalach, w konkursach na najpiękniejszy dom i najbardziej obiecującego architekta pojawiają się pomiędzy promocjami luksusowych zegarków i samochodów. Mariaże współczesnych trendów luksusowej architektury z regionalizmami nie są oczywiście specyficznie podhalańską przypadłością. W okolicach domów Caminady i Zumthora stoją choćby budowle Valeria Olgiatiego, naznaczone jego silnie indywidualistyczną manierą: betonowe odlewy o typowych regionalnych proporcjach i kącie nachylenia dachu. Warto jednak podkreślić, że choć integralne w swoim indywidualizmie, nie są luksusowymi willami przebranymi w regionalny kostium.

Plany „stodół” są wzorowane na modelach mieszkań deweloperskich. Wtłoczone w zestawy pudełek, nie nawiązują relacji z gruntem ani ze sobą wzajemnie. Każdy kubik wieńczą zakopiańskie dachy z wydatnymi wspornikami okapów. Ponieważ domy są rozbudowane, nagromadzenie detali przytłacza, zwłaszcza w projektach hoteli. Twórcy nowej architektury zakopiańskiej przenoszą i multiplikują elementy stylistyki chałup i willi adekwatnie do skali miejskich gmachów.

Sauna przy domu własnym Alvara Aalto, proj. Alvar Aalto
Fot. Maciej Miłobędzki

Demografia

Procesy demograficzne nie sprzyjają zachowywaniu i przekazywaniu umiejętności zakorzenionych w specyficznym środowisku życia. Gion Caminada rozumie tożsamość przede wszystkim jako trwanie, ciągłość, w tym wspólną pracę, naukę kolejnych generacji, również poprzez repetycje, ciągłe powtarzanie tych samych motywów i detali, ich nieustające przystosowywanie do zmieniających się kontekstów.

Od kilku dziesięcioleci Caminada dokłada starań, by ratować różne formy ciągłości kultury życia miejsc od pokoleń zamieszkanych przez kilka rodzinnych klanów – przodków architekta. Zdał sobie sprawę, że w realiach współczesnego życia, poddanego globalnym procesom gospodarczym i zmianom społecznym, dla zamieszkiwania jego „małej ojczyzny” – doliny Vrin – jeszcze nie znaleziono formuły wystarczająco atrakcyjnej dla młodych pokoleń i angażującej, by powstrzymać proces wyludniania się wsi oraz przemiany regionu w turystyczny skansen. Założył, że autentyczność musi iść w parze z aktywnym uczestnictwem w przemianach gospodarowania. Niestety, stopniowo najbardziej aktywni i zaradni mieszkańcy poprzenosili się do miast albo rezygnowali z lokalnej aktywności zawodowej. Niektórzy spośród seniorów wsi deklarują chęć kultywowania lokalnych tradycji i specyfiki miejsca, ale ich aktywność często ogranicza się do kontestowania zmian. Są pierwsi do „romantyzowania”, próbują zamrozić żywy niegdyś charakter lokalnych tradycji. Zarazem ludzie osiedlający się tu w ostatnich latach nie zawsze jedynie szukali nowych wrażeń, praktykowali rodzaj turystyki połączonej z hobbystycznym uprawianiem rzemiosła sztuki i ziemi. Swoim odmiennym, bo pochodzącym z innej strefy kulturowej doświadczeniem pod wieloma względami wzbogacają lokalną wytwórczość, korygują dotychczasowe formy produkcji. Po latach doświadczeń i obserwacji Caminada zaczął w aktywności przybyszy upatrywać szansy na utrzymanie autentyczności i ciągłego odnawiania miejscowej kultury, także budowlanej.

Ratusz w Saynatsalo, proj. Alvar Aalto
Fot. Maciej Miłobędzki

Budowanie wernakularne zazwyczaj operuje w niewielkiej skali. W odniesieniu do całego obiektu nie stroni od form archetypicznych, do jakiegoś stopnia powtarzalnych. Na poziomie jego elementów składowych, detali, każdy gest jest pochodną nie zawsze przewidywalnych właściwości miejscowego budulca, uformowania podłoża, fragmentów dawnych budowli (częste jest ich wtórne wykorzystanie), temperamentu, emocji, umiejętności i braków budowniczego. To wszystko „zmiękcza” powtarzalne schematy, ich bezduszny charakter, poddany jedynie materialistycznemu oglądowi świata. Malowniczość tradycyjnych osad powstaje więc zarówno z wątków indywidualnych, jak i typowych, powtarzalnych. Ich zestawianie, formowanie, nie podlega jednak sztywnym regułom, w przeciwieństwie do wielu realizacji współczesnych, „zaplanowanych”, które deklarują przynależność do lokalnych tradycji. Nawet w kategorii dużej skali wiele obiektów nie powiela konwencjonalnych form lokalnych – „typów” – a mimo to znakomicie wpisują się w krajobraz kulturowy i na pierwszy rzut oka nic ich nie wyróżnia z tkanki zabudowy kształtowanej przez stulecia.

Nieoczywiste z formalnego punktu widzenia są realizacje Caminady we Vrin: budynki gospodarcze, obory, rzeźnie i magazyny. Pulpitowe dachy i odmienne od tradycyjnych sposoby wiązania ścian z bali drewnianych nie pozbawiły tych miejsc typowo gospodarskiego, produkcyjnego charakteru, nie odróżniają się od okolicznych budowli podobnego przeznaczenia. Nawet beton wylany w surowym deskowaniu oraz cegły – choć nie odwołują się wprost do tradycyjnych form budowania – Caminada wpisał w lokalność. Wytwórnia serów i duże gospodarstwo hodowlane przy klasztorze w Disentis płożą się w oczywisty i naturalny sposób między pastwiskami i skałami na dnie doliny. Są integralną częścią krajobrazu hodowlano-produkcyjnego, opowieścią o hodowli bydła, wytwarzaniu żywności. Jej scenerię budują dachy hal produkcyjnych, stalowe zbiorniki na mleko, wrota magazynowe, płoty.

Skala i charakter obiektów współkształtują oswojoną rodzimość. Stodoły, wytwórnie serów, małe pensjonaty projektu Caminady wyrosły z lokalnej kultury budowlanej. Paradoksalnie ten rodzaj formacji, skoncentrowany na działaniach „tu i teraz”, otwiera twórczą wyobraźnię na nowe wyzwania, narzędzia, możliwości techniczne. Pozwala z powodzeniem wyjść poza utrwalony schemat, jak w inżynierskich, ekspresjonistycznych drewnianych strukturach leśnego schroniska w Domat/Ems i wież widokowych. Lokalnym architektom „organicznie” związanym z regionem nie zawsze jednak udają się próby zmierzenia się z obiektami znacznej wielkości i wywiedzionymi ze scenerii typowo miejskich. W Pontresina Caminada chciał zaadaptować dla hotelu lokalne strategie w odmiennym kontekście i… doznał porażki. To, co odbieramy jako malownicze i harmonijne w pejzażu górskiej osady, pewna spontaniczność i unikanie dogmatycznych reguł, w dużej skali skutkuje dysonansem, brakiem dyscypliny, porządku, dbałości o proporcje scalające obiekt. Transfer architektury małych wspólnot w obszary zurbanizowane i pozbawione właściwości bywa równie problematyczny jak działania w odwrotnym kierunku. Tylko nieliczni, wybitni architekci podołali zadaniu. Jednym z nich był Alvar Aalto. Eksperymentował z konstrukcją wieńcową, brał na warsztat drewniane szkieletowe i prefabrykowane domy mieszkalne, struktury złożone, przestrzenne, wielkoskalowe. Każdą z metodę przystosowywał do charakteru, wielkości i złożoności budowli, lokalnego kontekstu kulturowego. Sauna z okrągłych zwężających się fragmentów pni ułożonych na planie trapezoidalnym, przy domu letniskowym, domki robotnicze o szkieletowej konstrukcji i drewnianych warstwowych ścianach, ekspresyjne konstrukcje dachowe ratusza w Säynätsalo – każda z tych realizacji prezentuje indywidualne opowieści architektoniczne, odniesione do odmiennych tematów i miejsc. Warto nauczyć się żyć „tu i teraz”, gdziekolwiek żyć nam przyjdzie. Harmonijne, pełne szacunku i zrozumienia relacje z zastanym środowiskiem życia zakładają otwartość na ciągłe odnawianie i ożywianie znanych metod, procesów, technik. Skończmy z troską o „nowoczesny wyraz”, „twórcze odwołania i interpretacje”. Postarajmy się pracować dobrze, racjonalnie i odpowiedzialnie. Możemy nazwać takie podejście architekturą wernakularną. Pozwoli nam łatwiej mierzyć się z rozmaitymi przeciwnościami losu, kryzysami. Wiele z nich sprowadzamy na siebie sami. Architekturze wernakularnej obce są: nieracjonalne budowanie (brniemy w nie, bo osiągnięcia cywilizacyjne na to pozwalają), dążenie do osiągnięcia abstrakcyjnie wyliczonych wskaźników komfortu, niekorygowalne, „docelowe” układy użytkowe, monokultura klimatu wnętrz, programowo minimalistyczne, a przez to skomplikowane detale. Dlatego ona nas uchroni od naszych autodestrukcyjnych zapędów.