Maciej Jagielak rozmawia z Gionem A. Caminadą
Rozmowę z Gionem A. Caminadą przeprowadziłem podczas wizyty architekta w Polsce jesienią 2025 roku, na krótko przed jego wykładami w Krakowie i Warszawie. Oba wydarzenia ściągnęły tłum zainteresowany architekturą i towarzyszyła im ekscytacja zwykle zarezerwowana dla gwiazd popkultury, w tym ewentualnie, z rzadka, tak zwanych starchitektów. Szczególnie mocno dała o sobie znać w Krakowie: by wejść na spotkanie w centrum kultury Manggha trzeba było postać w długiej kolejce. Uśmiecham się na to wspomnienie, ponieważ wyczułem silny kontrast między atmosferą wydarzenia a niezwykłą skromnością mówcy i przede wszystkim powściągliwością jego architektury. Twórczość Giona Caminady cieszy się światowym uznaniem, chociaż jest zaprzeczeniem architektury szukającej poklasku. Powstaje w małym biurze, które nie ma strony internetowej. Większość jego dzieł zrealizowano w Szwajcarii, z tego znaczną część w niewielkiej górskiej wsi Vrin – miejscu urodzenia, zamieszkania i pracy Caminady. Przez całe życie jest związany z rodzinną miejscowością, mocno wpłynął na jej kształt i tożsamość. Jeśli jakikolwiek współczesny architekt może być uznawany za kontynuatora architektury wernakularnej, to właśnie Caminada.
Na początku rozmowy Gion zaproponował, abyśmy przeszli na ty, i to on zadał mi pierwsze pytanie: czy jestem architektem? Moja jeszcze lekko nieśmiała odpowiedź, że tak, wywołała jego dalsze zainteresowanie: czy buduję? Ponownie potwierdziłem, zaznaczając, że czasem. Uśmiechnął się. Może – wytłumaczyłem sobie później – miał nadzieję, że dzięki temu coś zrozumiem z jego opowieści.
tłum. Hubert Trammer
Maciej Jagielak: Czy twoim zdaniem dziś powstaje architektura wernakularna?
Gion A. Caminada: Wernakularność przywołuje stare obrazy, sprawy, rzeczy, wynika z lokalnych materiałów, charakteryzuje ją pewna bezpośredniość, konkretność… Konkret interesuje mnie przede wszystkim.
Wernakularność czasem mnie pociąga, ale towarzyszy jej poczucie utraty. Ma wiele wspólnego ze wspomnieniami… Fascynuje, ale należy do czasu minionego. Raczej nie używam terminu „wernakularna”, podchodzę do niego ostrożnie. Zabudowę mojej rodzinnej miejscowości Vrin jakiś przybysz mógłby ocenić: „To jest wernakularne”. Byłeś we Vrin?
MJ: Byłem nawet dziś, ale tylko przez Google Street View, nigdy naprawdę. Zaskoczyło mnie, że w internecie ze sporą dokładnością zobaczyłem zarówno panoramę, jak i poszczególne budynki.
GC: Czy uznałeś widok za wernakularny?
MJ: Tak… Chyba mogę tak powiedzieć.
GC. Właśnie, można tak powiedzieć… Ale ja zawsze postrzegałem Vrin przez pryzmat kontynuacji, ciągłości. Istotą mojej pracy jest „tworzenie miejsc”. To najważniejsze zadanie architektury.
Vrin w ramach kontynuacji zawsze szło do przodu. Mieszkańcy tej wsi nieustannie pragnęli coraz lepszego świata. Nie poprzestawali na wcześniejszym dorobku, nawet jeśli uznawali go za dobry. Szanowali pewne symbole, ale szli naprzód.
Opisuję mieszkańców Vrin jako wspólnotę losu.Zaczynali w swoim świecie i rozwijali to, co w nim znaleźli. Widzę podobieństwa z Krakowem. Tutaj też zmiany wprowadzano powoli, ale do przodu. W takim postępowaniu tkwi źródło wyjątkowego piękna. Wczoraj byłem na Wawelu, widziałem taką wspaniałą płytę nad wejściem1. Pewne motywy, momenty, pozwalają dostrzec, że właśnie tu ludzie odkryli coś niezmiernie ważnego – zaproponowali nową rzecz, a ona wzbogaciła dotychczasowy zasób.
MJ: Architektura wernakularna bywa postrzegana jako tradycyjna, tworzona bez udziału architektów, przeciwieństwo architektury „wysokiej” lub miejskiej. Ta opozycja wydaje się już nieaktualna, bo dziś w Europie większość budynków, nawet niewielkich, powstaje z udziałem zawodowych projektantów. Z moich obserwacji wynika jednak, że projektanci architektury rzadko są zainteresowani bezpośrednią kontynuacją lokalnych tradycji budowlanych.
GC: A z moich – że sytuacja powoli ulega zmianie. Przez dwadzieścia pięć lat uczyłem na ETH w Zurychu. Przez pierwsze dziesięć lat miałem wrażenie, że wszyscy podążają za gwiazdami architektury. Ostatnimi czasy chcą więcej rozumieć, osłabła pasja do form i obrazków samych w sobie.
Silna tożsamość architektury wernakularnej kształtowała się w wyniku ekstremalnych ograniczeń. Przy skromnym wyborze materiałów trzeba było wymyślać i doskonalić rozwiązania wyłącznie z dostępnych zasobów. Dziś jedną z najtrudniejszych decyzji w projektowaniu jest wybór materiału z niemal nieograniczonej oferty. Mogę zamówić dostawę z Polski, mogę z Chin lub Ameryki Południowej. Trudno się zdecydować, a zarazem różne miejsca na świecie upodabniają się do siebie. Architektura wernakularna jest specyficzna, bo wynika z miejsca. Fundamentem mojej pracy jest decyzja co do materiału i typologii domu.
MJ: O ile dobrze zrozumiałem, zmierzasz w stronę kontynuacji w zakresie materiałów, zwłaszcza lokalnych, choć w uzasadnionych sytuacjach uzupełniasz je współczesnymiBy osiągnąć spójność potrzebujemy także kontynuacji umiejętności, przede wszystkim rzemiosła. Jak się ma w Szwajcarii tradycja rzemieślnicza?
GC: Trzeba o nią walczyć. Przy wyborze lokalnych materiałów każdorazowo się zastanawiam, co jest „najmocniejsze” w danym miejscu. W ocenie pomaga mi pięć własnych tez o budowaniu różnic. Różnice są najpiękniejsze! Zachwyca mnie, że Polska jest inna, niż myślałem, że widzę tu coś innego niż w Szwajcarii. Mimo że współcześnie cały świat pod pewnymi względami się upodabnia, jakieś różnice pozostają.
MJ: Czego dotyczą tezy? Czy myślisz, że przydadzą się także innym projektantom?
GC: Tak, są praktyczne. Na przykład teza numer cztery brzmi: żeby wydobyć charakter miejsca, potrzeba „kwantum podobieństw”, odpowiedniej liczby elementów zbliżonych, ale nie identycznych. Z właściwego zbalansowania różnic i podobieństw bierze się moc miejsca, jego tożsamość i ciągłość. Dlatego w każdym miejscu szukam źródła jego siły i próbuję zaprząc je do projektu.
Trzeba podążać za pytaniem, ile potrzebujemy cech lokalnych, a ile inności. Dobre miejsca powstają nie tylko z miejscowych składników. Mój dziadek chodził do szkoły daleko przez góry i stamtąd przynosił babci różne ładne rzeczy… To było wspaniałe. Dawniej przeważały materiały lokalne, potem proporcje się odwróciły.
Fot. Maciej Miłobędzki
Przy każdym projekcie walczę o to, żeby główny materiał, powiedzmy, na ściany budynku, pochodził z możliwie bliskiej okolicy. We Vrin mamy drewno, więc budujemy z drewna, choć możemy dobrać inne budulce. Nie trzeba idealizować lokalności, nie namawiam, by rzeźbić klamki z drewna. Jeśli potrzebuję elementu metalowego, sięgnę po metal, mimo że lokalnie nikt go nie wytapia.
MJ: Nowe domy drewniane osadzone w tradycji zacząłeś projektować w latach 70. Inwestorzy chcieli takich obiektów czy nowoczesności, modernizmu? Czy dzisiaj pragną lokalności? Powiedziałeś, że o nią walczysz. Jakimi sposobami?
GC: Największy przełom dokonał się u nas około 1960 roku. Nagle wszystko, co stare, zaczęto odrzucać. Zerwano z kontynuacją rozumianą jako rozwój na bazie zastanego. Działalność rozwinąłem trochę później, a w latach 90. ludzie już ponownie zmienili nastawienie: „nowe” zdążyli uznać za zbyt obce. Nabrali gotowości do dyskusji, ale nie wiedzieli, jakie działania podejmować. Materiały lokalne nie są dziś pierwszym wyborem, dlatego inwestorzy potrzebują architektów przygotowanych do pracy z nieoczywistym budulcem.
MJ: Kim byli twoi klienci? Rolnikami? Mieszkańcami Vrin? Z moich doświadczeń w projektowaniu z lokalnych, naturalnych materiałów w Polsce wynika, że domów z drewna, słomy i gliny pragną przede wszystkim ludzie z miasta, którzy podążają za nieco romantyczną wizją życia bliżej natury i „uciekają na wieś”. Miejscowi, wychowani na wsi, wydają się bardziej pragmatycznie nastawieni do budowania, zwłaszcza przy wyborze materiałów. Jeśli podążają za marzeniami, to przede wszystkim tymi o nowoczesności.
Fot. Maciej Miłobędzki
GC: W Szwajcarii jest podobnie, ale robię, co w mojej mocy, by zachęcać do zmiany nastawienia. Ludzie w mojej miejscowości byli i są nastawieni pragmatycznie. Ale co to właściwie znaczy? Czy pragmatyzm nakazuje podążać za innymi? „Dlaczego miałbym inwestować w jakieś stare dziadostwo?” – pytają, i trudno im się dziwić. Trzeba wykazać, że nie planujemy nic uwsteczniającego. O twoich domach ze słomy wiele osób mówi na pewno: „powrót do natury”. Ja nie rozpatruję materiałów lokalnych w kategoriach powrotu, pokazuję ich niezwykłe cechy i szanse, jakie z nimi się wiążą. Lista zalet nie kończy się na: ekologiczne, zdrowe, zrównoważone. Trzeba umieć to wytłumaczyć.
Praktyczność często jest utożsamiana z brakiem głębszej refleksji. Ludzie rzadko są gotowi do głębszego namysłu, trzeba ich do tego motywować, a nawet zmusić.
Teraz na przykład buduję w mieście Zug duży obiekt użyteczności publicznej – z kamienia. Chcę go zastosować w konstrukcji, uczynić głównym tworzywem tych przestrzeni, nie wystarczą mi okładziny. Współcześnie budowanie z kamienia mocno się skomplikowało: trzeba zagwarantować odporność na trzęsienia ziemi i pożar, rozwiązać problemy wynikające z wymagań fizyki budowli… Nie można po prostu budować z kamienia „jak dawniej”. Architekt musi wziąć na siebie rolę przewodnika, uzyskać zaufanie i zaprosić ludzi do dyskusji. Zadanie tym trudniejsze, że dla większości architektów główny cel pracy przesunął się z budowania dobrych domów samego w sobie na zarabianie poprzez budowanie. Upadek kultury budowania, Baukultur, zaczął się w momencie, gdy ludzie się zorientowali, że ze wznoszenia budynków można przede wszystkim wycisnąć pieniądze. Oczywiście musimy zarabiać, ale powinniśmy rozumieć, co najsilniej nas motywuje.
MJ: W przeszłości budowniczowie i architekci też musieli zarabiać. Może jednak ich praca miała inny charakter, osadzała ich przede wszystkim w roli rzemieślników, nie sprzedawców?
GC: Budowanie i życie były bliżej siebie, zazębiały się. Dziś budowanie trwa od ósmej do siedemnastej od poniedziałku do piątku, życie toczy się w pozostałym czasie i na urlopie. Uznaliśmy, że to normalne, zrozumiałe, daliśmy temu podziałowi społeczną legitymację, ale kiedyś po prostu było inaczej. Z budowaniem wiązała się zupełnie inna odpowiedzialność. Współcześnie też nie powinniśmy zapominać, że budowanie i życie przynależą do siebie.
Nie chcę odmalowywać dzisiejszej rzeczywistości w zbyt czarnych barwach, wciąż ma wiele dobrych stron. Tyle że, niestety, zakres decyzyjności architektów jest znacznie mniejszy niż inwestorów, a oni często wykazują się nastawieniem „pieniądze do worka i znikam”.
MJ: Twoich pierwszych realizacji we Vrin chyba nie zamawiali bogaci inwestorzy? Zwracali się do ciebie klienci indywidualni. Czy twoich projektów chciała także społeczność?
GC: Nie byli bogaci, wręcz przeciwnie. Zdarzały się również zamówienia od społeczności, na przykład Stiva da Morts, miejsca pożegnania ze zmarłymi. Za Mazlarią, czyli zespołem budynków rzeźni i masarni, stała spółdzielnia rolników. Nie należy sobie wyobrażać, że mieszkańcy wsi zawsze współtworzą jednolitą, zgraną, szczęśliwą społeczność. Taki obraz często nie pasuje do rzeczywistości.
Fot. Lucia Degonda
We wsi Valendas zbudowaliśmy z udziałem gminy mieszkania wspólnotowe, po niemiecku zwane Gemeinschaftwohnungen. Uważam, że społeczność dobrze funkcjonuje, jeśli jej członkowie mogą decydować, czy danego dnia chcą spotykać sąsiadów, czy ich uniknąć. W projektowaniu dostępu do mieszkań poszliśmy tym tropem. Odpowiedni balans bliskości i dystans są niesamowicie ważne w architekturze tworzonej dla społeczności.
Masarnię we Vrin projektowałem dla ludzi, którzy zadecydowali, że chcą coś przedsięwziąć wspólnie. Dzisiaj to rzadkość. Dawniej solidarność była znacznie ważniejsza, we wsi wręcz obowiązkowa. Kto nie współpracował, źle kończył. Dziś solidarność można kupić…
MJ: Ale tylko do pewnego stopnia. Czy współpraca przy masarni wykroczyła poza zbiórkę pieniędzy?
GC: Pracowali też razem na budowie. I jak każdy projekt, również ten potrzebował „przewodnika stada”. Tam trafił się człowiek, który dobrze to rozumiał, dobrze mi się z nim pracowało. Grupa potrzebuje hierarchii, bez niej wszyscy chcą „tylko trochę pomóc” i zwykle zamiary spełzają na niczym.
MJ: Wydaje mi się, że wspólne budowanie jest szczególnie cennym doświadczeniem, czasami nawet ważniejszym niż cel budowy.
GC: No tak. W Szwajcarii jest dużo schronisk górskich i co roku powstają kolejne. Przy rozbudowie schroniska Terrihütte, w 2008 roku, zaproponowaliśmy wspólne zbieranie kamieni. Kiedyś byłyby naturalnym wyborem, bo na tej wysokości nie występuje inny materiał budowlany. Dziś łatwiej i taniej wychodzi dostarczyć helikopterem drewno lub stal – i tak się robi. Ale ja tego nie chciałem, powiedziałem: „Zwołajmy ludzi i zbierajmy kamienie”. Przyszło mnóstwo chętnych, w dwa dni zgromadziliśmy dość kamieni. Nie przeczę, użyliśmy współczesnej technologii: ludzie pakowali kamienie do worków, a potem transportował je helikopter. Taki wór ważył przecież tonę. To był piękny czas, wieczorem po skończonej pracy wszyscy wyglądali na szczęśliwych. Takie doświadczenie potrafi poruszyć. Teraz rozbudowujemy schronisko od drugiej strony i znów zgłosili się ochotnicy.
Fot. Parpan05, Wikimedia Commons, CC BY-SA 3.0
Z tą historią łączy się ważne pytanie: czy społeczność chce coś pokazać światu przez budowę? Czy podejmuje wysiłek tylko dla siebie? Budowa schroniska awansowała do rangi wydarzenia, krążyły o niej opowieści. Jako architekci musimy zadać sobie pytanie, czy nasza działalność jest ważna, a jeśli tak, to dla kogo. Dziś trzeba niesamowicie się wysilić, by ściągnąć ludzi do wspólnego zadania. Przynajmniej w Szwajcarii wszyscy są ciągle zajęci.
MJ: Nieustanne „bycie zajętym” dotyczy też czasu teoretycznie wolnego: po pracy, w trakcie urlopu.
GC: Mimo wszystko udało nam się zebrać chętnych na krótki wysiłek, niewymagający szczególnych umiejętności. Wieżowców tą metodą nie wzniesiemy. Jeśli chcemy budować z woluntariuszami, musimy tak dostosować system budowy do możliwości, by każdy miał co robić. Nie zawsze jednak wybieramy proste rozwiązania i techniki.
MJ: Co sądzisz o przekazywaniu wiedzy architektonicznej między pokoleniami? Terunobu Fujimori powiedział kiedyś, że u japońskich architektów zawsze wiadomo, kto od kogo się uczył, bo tam respektują mistrzów, a w Europie sprzeciwiają się swoim nauczycielom. Jego zdaniem mamy tu obyczaj buntowania się. Poszedłeś drogą europejską czy japońską?
GC: Za wzór do nauki służyły mi raczej budynki niż osoby. Nie miałem mistrzów, zresztą wielkich mistrzów u nas nie było. Przede wszystkim otaczały mnie budynki i wywierały na mnie wpływ, choć często były dziełem cieśli, nie architektów.
MJ: Czyli rozwijałeś się przez obserwację sytuacji zastanej, ale wiem, że uczyłeś się rzemiosła ciesielskiego, pracowałeś jako czeladnik. Czy ten etap w twoim życiu miał znaczenie dla dalszej drogi zawodowej?
GC: Ogromne, ponieważ przede wszystkim chciałem wiedzieć, jak się buduje. Podejście teoretyczne, refleksję, rozwinąłem dużo później, dopiero jako wykładowca na ETH. Teoria jest nieodzowna, ale bez praktyki – bezużyteczna.
MJ: Czy studentki i studenci architektury w Szwajcarii mają dziś dostęp do zrównoważonego połączenia praktyki i teorii?
Fot. Maciej Miłobędzki
GC: Zdarzają się osoby, które oprócz studiów decydują się dodatkowo na praktykę stolarską lub ciesielską. Na pewno coś z niej wyniosą. Moim nowym pracownikom dość szybko przydzielam poprowadzenie nieskomplikowanej budowy. Architekt musi rozumieć, co i jak się wykonuje. Często w biurze coś się projektuje z przeświadczeniem, że sięgnęliśmy po łatwe rozwiązanie, ale jeśli trzeba się z nim zmierzyć na placu budowy, sprawy się komplikują.
Wciąż szukam wzorców. Często podchodzę do inspiracji jak do metafory, można powiedzieć, że się do nich odnoszę. Nie wolno ich traktować dosłownie, jeden do jeden, trzeba rozumieć cechy charakterystyczne. Na przykład projektując hotel Maistra 160 w Pontresinie, inspirowałem się malarstwem – nie dosłownie, lecz w zakresie nastroju, emocji, którymi chciałem nasycić poszczególne pomieszczenia. To nie jest jednak sytuacja uczenia się, jaką opisałeś na przykładzie japońskich architektów. Mogę powiedzieć, że Peter Zumthor jest moim dobrym przyjacielem. Był konserwatorem zabytków we Vrin i zanim zaczął projektować, zrobił inwentaryzację miejscowości To też dobry przykład do naśladowania.
MJ: Ludzie, w tym architekci, lubią podkreślać swoją indywidualność lub podążać za nową modą. Czy to źle?
GC: Mieszkańcy Vrin przeżyli taki okropny epizod chęci odróżnienia się od poprzedników. Zbiegł się nadejściem architektów, którzy chcieli się wykazać jako moderniści. W każdej wsi kontrast względem przeszłości jako program architektoniczny grozi wstąpieniem na drogę do upadku. W tym kontekście opowiadam się za kontynuacją. Programowe podkreślanie kontrastu prowadzi do zaburzenia „kwantum podobieństw”, wyznacznika tożsamości miejsca. To jest trucizna! Cieszę się, że tamta epoka się skończyła. W latach 60. konserwatorzy zabytków uznawali doktrynę wyraźnego rozróżniania nowej i starej tkanki architektonicznej. Mówili: „Pokażcie, co jest nowe. Nowe ma wyglądać na nowe, wtedy stare będzie chronione”. To była iluzja.
MJ: Efekt kontrastu łatwo uzyskać tylko wtedy, gdy dodajemy jeden nowy element do spójnej całości. Przy kolejnych dodawanych elementach zwykle zaciera się czytelność takiego konceptu.
GC: Właśnie. Powstaje hybryda. W Wiedniu szklana elewacja znanego budynku banku odbija starą zabudowę, czyli te wszystkie kamienne domy wokół. Zainspirowała mnie do rozważań: gdyby nie było starych budynków wokół, co by się odbijało? Czy twórcy się nad tym zastanowili?
MJ: Dziś mamy też wiele innych powodów, by ograniczyć zastosowanie szkła: ochronę ptaków, energooszczędność…
GC: Budynki powinny mieć swój ciężar. Mnie jednak przede wszystkim martwi powtarzalność. Współczesną masową architekturę wznoszoną w poziomych warstwach: pas szkła, pas betonu, nazywam kremówkami. Trudno się od nich uwolnić, podobne powstają na całym świecie.
MJ: Równolegle nasila się pewnego rodzaju moda na drewno, zwłaszcza klejone. Czy ona ma sens?
GC: Staram się raczej stosować drewno lite, nie klejone. Z litego zbudowaliśmy leśne schronisko w Domat/Ems i halę wielofunkcyjną we Vrin. Dla niej wymyśliliśmy system nośny z desek zbijanych gwoździami, coś więcej niż pomysł konstrukcyjny, bo finalnie te elementy decydują o charakterze wnętrza. Na pewno łatwiej byłoby to zaprojektować z drewna klejonego, ale wolę drewno lite, chociaż wybierać trzeba zawsze dla konkretnego przypadku. Nie istnieje materiał uniwersalny.
MJ: Projektujesz tylko w Szwajcarii czy także za granicą?
GC: Projektowałem już za granicą, ale w ramach wyjątku, nie reguły. Najchętniej projektuję we Vrin, tyle że we Vrin nie ma już co budować. (śmiech) Dlatego budujemy teraz więcej w miastach i uzdrowiskach, w różnych miejscach. Dostałem oferty z Dubaju, propozycję hotelu na Sri Lance i w wysokich górach w Albanii, ale nie przyjąłem. Pracy i tak mam dużo za dużo jak na mój sześcio-, siedmioosobowy zespół. Oczywiście mógłbym zatrudniać więcej osób, ale wtedy nie pracowałbym tak, jak lubię.
Właściwie zawsze postępuję tak samo. Zaczynam od idei, szkicu. Często powstaje w trzydzieści sekund, przekazuje esencję. Wystarczy mi tyle czasu, bo kilkoma kreskami podsumowuję wcześniejsze przemyślenia, długie. Potem rozmawiam ze współpracownikami i dalej już oni rozrysowują projekt, rzuty itd. Każda z tych osób pracuje też nad innymi projektami, zawsze opracowujemy kilka mniejszych tematów naraz. Część zespołu studiowała u mnie na ETH, część przychodzi z innych szkół. Każdy musi zostać przynajmniej na tyle długo, by skończyć projekt. Nierzadko jednak zostają na dłużej, pracują po dziesięć lat.
MJ: Zaprojektowane przez ciebie budynki we Vrin są znane na świecie i stawiane za wzór do naśladowania. Czy architektura pomogła tej miejscowości, zmagającej się z problemami przede wszystkim natury demograficznej?
GC: Nieszczególnie. Na początku myśleliśmy, że pomożemy, będziemy przeciwdziałać odpływowi ludzi, ale nic nie wskóraliśmy, bo po prostu rodziny są dziś mniejsze. Kiedyś w każdej było sześcioro, siedmioro dzieci, dziś może dwoje. Tak jest w całym kraju, ale dla Vrin to oznacza, że wieś się zmniejsza. Trendu nie da się zatrzymać.
Fot. Maciej Miłobędzki
Na początku współpracowałem z profesorem agronomii z ETH, moim dobrym kolegą. Organizował studenckie wymiany międzynarodowe, proszę sobie wyobrazić, że także z uczelnią z Krakowa. Vrin studiowano jako przykład właściwego rozwoju peryferii. Wtedy panowała opinia, że te miejscowości przetrwają bez większych zmian, że uda się zatrzymać odpływ ludności. Budowaliśmy szkoły i rozmaite usługi. Ale to było trzydzieści, czterdzieści lat temu. Teraz już nie podejmujemy takich prób, wiemy, że daliśmy się uwieść iluzji. Miasta przyciągają młodych. Mam trzech synów, we wsi został jeden, próbuje stąd pracować. Dostęp do internetu trochę zmienił sytuację na korzyść wsi dzięki możliwości pracy zdalnej. Jeszcze kilka lat temu wyjeżdżali wszyscy młodzi.
W tej sprawie architektura nie wniosła wiele… Lecz miejscowość zyskała uznanie, i owszem. Dostaliśmy dużo nagród, niektórzy mieszkańcy poczuli się dumni. Wzmocnili się w poczuciu własnej wartości. Coś podobnego wydarzyło się w Valendas, tam też budowaliśmy. Kiedyś ludzie się wstydzili, że są stamtąd, mieli wrażenie, że w ich wsi nic nie ma. Dziś młodzi wydają się raczej dumni z miejsca pochodzenia.
MJ: To wielka różnica!
GC: Tak, w wymiarze tożsamościowym architektura przynosi zmiany. Ostatnio dostaliśmy jakąś chińską nagrodę dla najlepszej inwestycji turystycznej za projekt w Valendas. To paradoksalna sytuacja, gdyż uważam turystykę za problematyczną. Zapewniałem ludzi, że nigdy nie zaprojektowałem we Vrin nic dla turystów. Pracowałem dla mieszkańców. Oczywiście turyści odkryli atrakcyjność naszej miejscowości i zaczęli przybywać. Turyści zawsze próbują przejąć najlepsze miejsca, ze szkodą dla mieszkańców. Lokalna ludność zwykle jest mniej zamożna od przybyszów i nadchodzi moment, gdy nie stać jej na zakup nieruchomości we własnej wsi. To smutna strona tej historii. W Szwajcarii w miastach nie brakuje bogatych osób, którym marzą się dodatkowe mieszkania wakacyjne lub domy w pięknych miejscach. Na szczęście kilka lat temu w Szwajcarii zabroniono budowania „drugich” domów i mieszkań. Inicjatywa była oddolna, pomógł niezwykły, szczęśliwy traf. Skorzystały na nim Vrin i jemu podobne miejsca.
Tłumaczenie z niemieckiego: Maciej Jagielak
Autor dziękuje firmom Geberit Polska i Clever Communication, a także Hubertowi Trammerowi za organizację wykładów i konferencji „Gion A. Caminada i architektura miejsca” oraz pomoc w umówieniu spotkania i przeprowadzenia wywiadu.





































































