Doświadczenia ukraińskich monumentalistów
Walka o wolność twórczą w warunkach totalitaryzmu przebiega inaczej niż w ogarniętej wojną młodej demokracji, bo w niej twórcy mogą wchodzić w dialog z biurokracją i społeczeństwem. Choć metody się zmieniły, opór wobec gry według zasad narzuconych przez władzę łączy różne pokolenia ukraińskich artystów.
Wiatr zmian
Z Ołeną Zarecką spotkałam się pod mozaiką Wiatr. Stworzyła ją babcia mojej rozmówczyni, Ałła Horska, sześćdziesiąt lat temu. Kilkumetrowe panneau ze szkła i ceramiki udekorowało fasadę modnej restauracji Wiatrak. Lokal już nie istnieje, a budynek zasłoniły wieżowce.
Dzieło łączy motywy ludowe i awangardowe. Sprawia wrażenie zaniedbanego, wiele elementów poodpadało. W sprawie rekonstrukcji jedynego dzieła Horskiej i jej grupy (w składzie: Wiktor Zarecki, Borys Płaksij, Hryhorij Synycia, Anatolij Łymajew i Borys Smyrnow), które przetrwało w Kijowie, napisano petycję. Większość projektów artyści zgromadzeni wokół Horskiej zrealizowali we wschodniej Ukrainie. Stolicę dusiła wzmożona kontrola ideologiczna, a Donbas pozostawał otwarty na sztukę monumentalną. „Przyjeżdżajcie, działajcie” – zachęcali podobno swoimi kanałami tamtejsi urzędnicy, artyści ochoczo korzystali więc z zaproszenia.
– Horską nazwano wtedy Wiatrem Zmian. Doskonale rozumiała, że sztuka wielkoformatowa jest narzędziem propagandy i można jej używać do przemycania zakazanych idei. Dlatego babcia tworzyła dzieła monumentalne, jakby czuła, że musi zostawić jak największą spuścizn ę – naświetla kontekst Zarecka.
Horska przeżyła zaledwie czterdzieści lat.
Grupa projektowała mozaiki na tematy górnicze: Węglowy kwiat, Prometeusz, ale w przemysłową treść zgrabnie wplatała elementy ukraińskie, na przykład słoneczniki, kolory żółty i niebieski. Zadanie było niełatwe, każdy projekt musiała zaakceptować odpowiednia komisja artystyczna, organy wydawały wyroki niczym stalinowscy prokuratorzy. Jeśli praca nie przypadła im do gustu, zabraniały jej sfinansowania. Biurokratom nie spodobała się między innymi mozaika Drzewo życia: w korzeniach dopatrzyli się odniesień do ukraińskości, a paradygmat sztuki socjalistycznej zakładał korzystanie z uniwersalnej symboliki radzieckiej, bez odniesień lokalnych ani narodowych. Artyści musieli na bieżąco wymyślać odpowiednie interpretacje: tym razem tłumaczyli się, że formalnie nawiązali do szybów górniczych i kopalnianych wież.
Fot. OnoOno / Wikimedia Commons Creative Commons Zero, Public Domain Dedication
Bez sierpów i młotów
Zdobyć przychylność komisji nie było łatwo. Od Zareckiej dowiaduję się, że głośnym echem odbiły się perypetie witrażu Horskiej z postacią Tarasa Szewczenki.
– Strażnicy poprawności politycznej w sztuce uznali, że taka wizja poety „nie odpowiada wizerunkowi człowieka radzieckiego”. Tylko że ukraiński wieszcz zmarł lata przed powstaniem Związku Radzieckiego! Artystka nie grzeszyła dyplomacją: na takich naradach babci puszczały nerwy, wrzeszczała, nie zgadzała się na zmiany. Jej zachowanie: ekscentryczne, szczere i bezpośrednie, nie miało szans spotkać się z akceptacją władz. Zazwyczaj negocjacje brali na siebie pozostali członkowie zespołu, to do nich należało wypracowanie kompromisów. Udawało się, jak przy mozaice Sztandar zwycięstwa. Nie trafił na nią żaden radziecki symbol, choćby jeden sierp albo młot.
Na ścianach donbaskich szkół dzięki kompromisowemu podejściu grupy wykwitały wyraziste mozaiki z elementami haftu huculskiego lub ornamentyką nawiązującą do pisanek. Przypominały rdzennym mieszkańcom i migrantom z innych regionów ZSRR o ukraińskiej tożsamości regionu. Prace ekipy Horskiej jaskrawo odcinały się od szarej górniczej codzienności.
Fot. Siarhei Prokharau
Rozstrzelane mozaiki
Jednocześnie reżim zastraszał artystów i starał się ich złamać. Ich bliscy trafiali do łagrów. Władza bezpardonowo niszczyła wszelkie potencjalne ośrodki nonkonformizmu. Postulaty wprowadzenia wolności obywatelskich, religijnych i narodowych, także te wysuwane w wąskim gronie, uważała za działalność antypaństwową. System uznawał, że nawet pojedynczy kontestatorzy władzy radzieckiej mogą zasiać ziarno wątpliwości w całym społeczeństwie. Dysydenci byli izolowani, trafiali do więzień albo szpitali psychiatrycznych. Represje nie zniszczyły artystycznego ruchu sprzeciwu, wręcz przeciwnie – wzmocniły go.
Horska twierdziła, że sztuka monumentalna pochłania jednostkę niczym morze: artyści ryzykują utratą indywidualności, ale wspólnie zostawiają po sobie głębszy ślad. Być może taki pogląd narzuciło Horskiej wychowanie w radzieckim kolektywizmie. Oburzała się jednak, gdy w 1968 roku jej imię zostało wykreślone z wykazu artystów pracujących przy muzeum Młoda Gwardia w Krasnodonie (dziś Sorokyne w obwodzie ługańskim). Naraziła się podpisaniem otwartego Listu 139 – sprzeciwu wobec represji, jakim władze poddawały ukraiński świat sztuki. „Odebrano mi autorstwo, pozbawiono imienia” – poskarżyła się w liście do przyjaciela, rzeźbiarza Opanasa Załywachy. Adresat przebywał wówczas na zesłaniu.
Niedługo potem Ałłę Horską zamordowano. Okoliczności zbrodni władza zamaskowała, w świat wypuściła narrację, że artystka padła ofiarą konfliktu rodzinnego. Na jej dziedzictwo reżim starał się spuścić zasłonę zapomnienia. Donbaskie mozaiki niszczono pod pretekstem prac remontowych, gruba warstwa tynku pokryła wówczas fantasmagoryczne kompozycje Sokół i Drzewo życia w Mariupolu. Cudem odnalezione w trakcie rekonstrukcji budynków, poddano troskliwej rewitalizacji, ale podczas rosyjskiego oblężenia miasta w 2022 roku w obie uderzyły pociski artyleryjskie i poważnie je uszkodziły. W okupowanym mieście losem dzieł sztuki nikt się nie przejmuje. Zarecka boi się o ich przyszłość.
– Martwię się, że Rosjanie odnowią je w taki sposób, żeby przywłaszczyć sobie Horską i zrobić z niej typową artystkę radziecką. Te kłamstwa są straszne. Przecież babcia miała poglądy antyimperialne.
Fot. Iwan Stanisławski / Wikimedia Commons CCA SA 4.0 International
„Zawsze obawiałam się systemu totalitarnego”
Monumentaliści z lat 60. mieli nadzieję, że ich spuścizna przetrwa stulecia. Współcześni artyści street artu ucieszą się, jeśli ich murale będą istnieć za dekadę. Czas przyspieszył – mówią.
Kijowianka Jewhenija Fułłen stoi na czele grupy artystów muralistów. Trafiła już w niejeden wir skandali. Oskarżano ją o niszczenie zabytków, władze miasta wydały nawet nakaz likwidacji – na wczesnym etapie prac – jej kompozycji zadedykowanej narodowi francuskiemu w podziękowaniu za wsparcie wojskowe dla Ukrainy. Na muralu Fułłen zamierzała przedstawić bohaterów powieści Wiktora Hugo Katedra Marii Panny w Paryżu: Quasimodo trzyma w objęciach Esmeraldę, za nimi stoi gargulec.
– Mieliśmy wszystkie pozwolenia i zgodę sąsiadów. Cóż z tego, skoro niektórym przesądnym mieszkańcom nie spodobał się stwór. Wierzyli, że przyciągnie rosyjską rakietę. Tłumaczyliśmy im, że podobne maszkary przesiadują na kościołach katolickich całej Europy i nie ma w nich nic złego. – Malarka wzdycha.
Ostatecznie władze miasta „przypomniały sobie”, że budynek ma status zabytku. Szkic pracy został zamalowany, artyści musieli poszukać innego miejsca na swój mural.
Na tym nie koniec. Przypadek Katedry… doprowadził do powstania komisji zajmującej się muralami w Kijowie. Jej inicjatorzy uznali, że krajobraz stolicy zaśmiecają prace wątpliwej jakości. Teraz malarskie prace plenerowe wymagają oficjalnego zezwolenia. Fułłen przypuszcza, że komisja będzie wydawała zgody wyłącznie dla murali wpisujących się w nieformalny „trend państwowy”: patriotycznych, na pewno nie w nurcie hiperrealizmu ani abstrakcji.
– Zamiast oferować artystom możliwości rozwoju, miasto skaże ich na regres. Zawsze obawiałam się systemów totalitarnych i represji, a teraz czuję, że zmierzamy w tym kierunku, władza chce kontrolować artystów. W komisji zasiada osiem czy dziewięć osób, wśród nich autorzy murali, mamy więc do czynienia z konfliktem interesów. Każą naszykować stos dokumentów, przyjść na zebranie, przedstawić wizualizacje pracy ze wszystkich stron. Dopiero potem komisja się zastanowi, czy wydać zgodę. Nie wykluczam, że nie obejdzie się bez łapówek. A my chcemy tylko, żeby w mieście było o jedną odrapaną ścianę mniej, bez biurokracji.
Fot. Siarhiej Procharau
Murale i polityka
Grupa Fułłen specjalizuje się w pracach osadzonych w kontekście społecznym, na przykład przemocy domowej, przetrzymywaniu jeńców wojennych przez Rosję. Niedawno pomalowała parkan na terenie domu dziecka i zaczęła prace na terenie schroniska dla zwierząt. Podejmuje się także realizacji portretów, uhonorowała w ten sposób między innymi żołnierza Ołeksandra Chmila, ukraińskiego hokeistę, który stracił życie na froncie. Projekt sfinansowała żona poległego.
Przy realizacji muralu z wizerunkiem Walerija Załużnego, byłego dowódcy ukraińskiej armii, doszło do zgrzytu. Malunek powstał na murach placówki dla dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Nakazano go usunąć – podobno źle wpływał na podopiecznych instytucji, gdyż na jej teren wkraczali gapie, by zrobić sobie zdjęcie z muralem. Fułłen wskazuje jednak inny powód.
– Poszło o gierki polityczne. Ktoś uznał, że dzieło ma charakter agitacyjny. Uważam, że w twórczości chodzi o autoekspresję, zwłaszcza w wolnym kraju, wśród wolnych ludzi, a podobno w takim żyjemy. Tymczasem decydenci starają się wcisnąć nas w jakieś ramy. Jeśli z kimś nie współpracujemy, to znaczy, że jesteśmy przeciwko niemu. Chcieliśmy uczcić bohatera, który uratował naszą ojczyznę, powstrzymał rosyjską agresję, ale okazało się, że nie mamy do tego prawa. Postacie historyczne są bezpiecznym tematem, ludzi żyjących współcześnie lepiej nie ruszać.
Fot. Kyryło Peliwanow / Wikimedia Commons CC BY-SA 4.0
Cena niezgody
– Ojciec miał zasady. Nigdy nie szedł na kompromisy z władzą, nawet gdy upór prowadził do katastrofy – twierdzi syn Borysa Płaksija, znanego artysty z lat 60. ubiegłego wieku.
Mieszkanie w zwykłym bloku przypomina muzeum. Na ścianach wisi mnóstwo obrazów, w pokoju i na korytarzu jeden przy drugim stoją rzeźbione meble z chimerycznymi ornamentami. Siadamy przy ladzie barowej w kuchni, gospodarz, także Borys, wspomina:
– To nie było zwykłe mieszkanie, tata do końca życia miał tu pracownię. Wspólnie z Horską tworzył mozaiki ze szkła i elementów ceramicznych, lecz w drewnie pracował sam. Byle gałąź podniesioną z ulicy potrafił zamienić w dzieło sztuki. Angażował mnie do pomocy, kazał mi coś wycinać. Jeździłem z nim pod Czerkasy, pracował tam przy parku gigantycznych drewnianych rzeźb związanych z Szewczenką.
Rozmachu twórczego Borys Płaksij senior zasmakował dopiero w epoce upadku ZSRR. Wcześniej na własnej skórze mocno odczuł praktyki KGB. On też podpisał List 139, na efekty nie musiał długo czekać. Dostał nakaz przerobienia wnętrza restauracji Chreszczatyj Jar w centrum Kijowa, z malowidłami naściennymi przedstawiającymi dziesiątki współczesnych, lewicowych pisarzy. Płaksij kategorycznie odmówił, więc dzieło zdrapali ze ścian zwykli budowlańcy, a niepokorny twórca wyleciał z działu monumentalizmu Kijowskiego Kombinatu Artystycznego.
– Dali tacie wilczy bilet. Jako że nie było innych zamówień niż państwowe, został bez grosza przy duszy. Przyjaciele starali się mu pomóc, przekazywali swoje zamówienia na kopie portretów Lenina. Nie nadążali z zapotrzebowaniem na tę propagandową masówkę. Musiał je przyjmować. W końcu pojechał na Syberię i tam pracował jako malarz. Zdecydował się na wymuszone samozesłanie.
Wrócił do Kijowa po prawie dziesięciu latach. W tym czasie władza praktycznie zdławiła ruch dysydencki, Płaksijowi udało się odnowić kontakt tylko z nielicznymi spośród dawnych przyjaciół.
Jestem wandalem, ale moje pomysły się podobają
Charkowianin Hamłet Zinkiwski specjalizuje się w czarno-białym street arcie. Przez wiele lat władza miejska traktowała ekspresję artystyczną Zinkiwskiego jak wandalizm, pracownicy komunalni zamalowywali te prace. Paradoksalnie na korzyść artysty zadziałała rosyjska inwazja na obwód charkowski. Mural Zinkiwskiego zdobi główne wejście do budynku rady miejskiej zbombardowanego w 2022 roku. Przedstawia symboliczne koktajle Mołotowa i nikt nie śmie ruszyć dzieła. Idąc za ciosem, charkowianie zaczęli chronić też inne murale tego artysty. Ku jego zadowoleniu.
– Charków jest moją uliczną galerią. Wszyscy tu wiedzą, kto jest autorem prac, i w razie czego stają w ich obronie. Mnie to cieszy! Walczymy o wspólną przestrzeń. Gdy ludzie przeżywali pierwszy szok po rosyjskim ataku, zrobiłem masę graffiti, jak barbarzyńca. Gdyby za każde z nich straże miejskie wlepiły mi mandat, kwota byłaby nie do ogarnięcia. Jestem wandalem, ale moje pomysły się podobają. Szykuję miasto na powrót emigrantów po wojnie.
Murali Zinkiwskiego nie sposób przeoczyć, są na każdym kroku. Artysta nie ogranicza się do parkanów i ścian, realizuje się twórczo również na mniej oczywistych lokalizacjach: niestraszne mu budki transformatorowe, metalowe drzwi, garaże. Każdą pracę uzupełnia jakimś krótkim zdaniem: „Czas słyszy nas”, „Klucze czekają na swoich gospodarzy” itp. Uczynił z tych adnotacji swój znak firmowy.
– Nie utrzymuję kontaktów z władzą miejską, nie zauważam jej. Nie interesuje mnie współpraca z urzędnikami, chociaż takie propozycje się pojawiały. Potrafię na siebie zarobić. Policjanci nie wchodzą mi w drogę. Jeśli mnie zatrzymują, to po to, żeby zrobić sobie ze mną selfie. Jasne, nie zawsze tak było, kiedyś zwijali mnie na posterunek, ale od kiedy moje nazwisko zrobiło się głośne, mam carte blanche na twórczość.
***
Ukraińscy artyści – zarówno w epoce ZSRR, jak i podczas współczesnej wojny – tworzą pod presją okoliczności zewnętrznych. Nauczyli się używać języka symboli oraz zachować godność dzięki sztuce, niełatwe czasy wzmocniły siłę ich przekazu. Monumentaliści lat 60. i 70., z Ałłą Horską na czele, potrafili zaszyfrować elementy narodowej tożsamości w radzieckich mozaikach i panneau. Dzięki temu fortelowi zmieniali przestrzeń publiczną w teren cichego oporu. Współcześni streetartowcy i muraliści na swój sposób kontynuują tę tradycję, pracując z tematami wojny, strat i odbudowy. Odporność kulturowa daje ukraińskim artystom rozpoznawalność i zrozumienie w świecie, Polacy szczególnie cenią znaczenie sztuki jako formy sprzeciwu. Ukraińska sztuka ulicy nie ogranicza się do estetyki – tworzenie jest aktem przetrwania, pamięci i solidarności.
Tłumaczenie z ukraińskiego: Maciej Piotrowski
Tekst powstał w ramach programu stypendialnego Rozstaje. Projekt jest współfinansowany przez rządy Czech, Węgier, Polski i Słowacji w ramach Grantów Wyszehradzkich z Międzynarodowego Funduszu Wyszehradzkiego. Misją Funduszu jest rozwijanie pomysłów na zrównoważoną współpracę regionalną w Europie Środkowej.













































































