Dokąd mamy szansę dojść, jeśli zamiast odcinać się od przeszłości, dostrzeżemy w minionych czasach nieoceniony rezerwuar rozwiązań do ponownego wykorzystania? Gdybyśmy zamiast snuć futurologiczne wizje, dalekie od znanego nam świata, wyodrębnili to, co najlepsze, z obecnych i niegdysiejszych praktyk? Gdybyśmy z rozważań o jutrze wyeliminowali negowanie wczoraj? Gdyby tożsamości wypracowane przez wieki zakotwiczały nas w niespokojnych czasach stabilnie niczym silne korzenie? Czy przyszłość budowana na przeszłości mogłaby być lepsza?

Zanim poszukacie odpowiedzi, zanurzcie się ze mną w świat retrofuturologicznych rozwiązań. Aby przybliżyć się do potencjalnie lepszej przyszłości, niejednokrotnie potrzebujemy innego spojrzenia na otaczający nas świat. Wyrobimy je sobie, pracując z pojęciami, pozwoli to zarówno dostrzec zalążki pozytywnych zmian, jak i ponownie zakorzenić się w tradycji, czerpać z niej jak ze źródła siły i innowacji. Lepsza przyszłość już tu jest, ale na razie rozproszona[1].

Praktyki ogrodowe Spółdzielczej Farmy MOST
Fot. dzięki uprzejmości Joanny Erbel

Retrofuturyzm jako metoda kształtowania wyobraźni

Sposób myślenia zwany retrofuturyzmem rozpoznaje, że innowacja nie zawsze rodzi się z nowości. Często wyrasta z przetwarzania dawnych rozwiązań, z odzysku tego, co niegdyś działało, ale zostało porzucone w imię modernizacyjnego pośpiechu. W tym sensie retrofuturyzm wspiera regenerację albo renowację wyobraźni[2]. Pomaga przywracać sens i funkcję dorobkowi uznanemu w cyklu postępu za zbędny lub zbyt dobrze znany – zdążyliśmy tę spuściznę odłożyć na bok, choć wciąż sprawdzałaby się w nowych warunkach.

Na poziomie urbanistyki taki los spotkał między innymi targowiska jako centra życia społecznego (powoli wracają do łask) oraz ideę miast ogrodów. Na poziomie organizacji społecznych coraz łaskawszym okiem patrzymy na  modele korzystające ze współpracy, na przykład spółdzielczość – sto lat temu, w czasach wojennych niepokojów i związanych z nimi niedoborów, odgrywała istotną rolę w zakresie organizowania się. Popularność odzyskują tradycyjnego metody ziołolecznicze i przetwory, zwłaszcza kiszonki. Na szkolne podwórka, miejskie nieużytki i przydomowe parcele wracają sady, i to sprzed epoki monokultur – zanim nastała, zarówno w przypałacowych ogrodach, jak i przy chałupach włościan między różne gatunki drzew owocowych dosadzano krzewy owocowe i warzywa. Odbudowujemy wrażliwość na naturę. Coraz częściej ofertę najbliższej okolicy przedkładamy nad eksplorowanie drugiego końca świata – naśladujemy w tym supermoc, którą dysponują dzieci, zanim nauczymy je, że należy cenić to, czego się nie ma.

Retrofuturyzm zanurza nas w przeszłości, ale nie jest nostalgią. Napędzają go ciekawość i otwartość na hakowanie przyszłości. Powroty do tego, co już dogłębnie poznaliśmy na dobre i na złe, niejednokrotnie oszczędzają czas, bo pozwalają pójść na skróty.

Retrofuturyzm modyfikuje strukturę wyobraźni. Zamiast myśleć o przyszłości jak o nieznanym terytorium, dokłada ją jako kolejną warstwę do tego, co już istnieje. Zmienia status miast i regionów – z tabula rasa na palimpsest: pomaga odczytywać, interpretować i ponownie aktywować sposoby życia nadpisywane przez kolejne pokolenia. Pamięć przestrzeni otwiera swoją skarbnicę innowacji. Aby w pełni z niej czerpać, musielibyśmy realizować zakorzenione praktyki narzędziami przyszłości, ale na drodze staje nam blokada mentalna. Przez lata karmiono nas przeciwieństwami: dawność kontra nowoczesność, wieś kontra miasto, rękodzieło kontra nowoczesne technologie.

Opozycja tradycja–innowacyjność odwraca naszą uwagę od rozwiązań czerpiących z obu tych typów wiedzy. Tym bardziej cieszy każdy przykład ich splecenia. Koncepcja Internetu Natury (IoN) łączy współczesną infrastrukturę cyfrową z ekosystemową wiedzą o mieście jako środowisku życia. Systemy sensorów, zdjęcia satelitarne, uczenie maszynowe i analizy danych w czasie rzeczywistym pozwalają monitorować stan zieleni miejskiej, jakość gleby, retencję wody i zdrowie drzew. Technologia nie zastępuje relacji z przyrodą – przeciwnie, umożliwia jej lepsze zrozumienie. Wykorzystując dane środowiskowe, Internet Natury wspiera podejmowanie decyzji uwzględniających rzeczywiste potrzeby miejskich ekosystemów – od planowania zieleni po diagnostykę stresu drzew i lokalną adaptację do zmian klimatu. Do działania zaprzągł infrastrukturę cyfrową już obecną w wielu miastach: sieci sensorów, rejestratory danych, zdjęcia satelitarne, kamery, algorytmy sztucznej inteligencji i przetwarzanie w chmurze. Zasób danych wzbogaca tak zwaną inteligencję ekosystemową – bazę wiedzy o miejskich zasobach przyrodniczych przydatną w planowaniu działań z zakresu zarządzania zielenią, rewitalizacji terenów zdegradowanych, adaptacji do ekstremalnych zjawisk pogodowych. Wspiera zarządców infrastruktury, ale też włącza lokalne społeczności, na przykład poprzez aplikacje – mieszkanki i mieszkańcy mogą zgłaszać zmiany w stanie zieleni, udostępniać zdjęcia i współtworzyć mapy miejskiej bioróżnorodności.

IoN pozwala szybciej zauważyć niepokojące zmiany i umożliwia identyfikację na wczesnym etapie wielu problemów natury w mieście: niedoborów wody, chorób drzew, nadmiernego nagrzewania się powierzchni. Znacznie ułatwia planowanie działań naprawczych. Służy nie kontroli nad środowiskiem, lecz poprawie efektywności decyzji związanych z jego ochroną i utrzymaniem dla bardziej precyzyjnego i responsywnego zarządzania zieloną infrastrukturą w miastach. Cyfrowa kontynuacja tradycyjnego wsłuchiwania się w środowisko dołączyła do pracy pokoleń opiekunów krajobrazu: ogrodniczek i ogrodników, zielarek, leśników, rolników. Nowe narzędzia pozwalają odzyskać relacje z przyrodą.

Praktyki ogrodowe Spółdzielczej Farmy MOST
Fot. dzięki uprzejmości Joanny Erbel

Podobnie działają elektroniczne systemy nawadniania, tym bardziej efektywne, im lepiej dostosujemy nasadzenia do lokalnych warunków klimatycznych oraz zadbamy o to, żeby poszczególne gatunki wspierały się nawzajem. Najbardziej znanym przykładem gildii roślinnej są Trzy Siostry, czyli posadzone razem kukurydza, dynia i fasole. Liście dyni osłaniają ziemię przed nadmiarem słońca i chronię glebę przed parowaniem, kukurydza tworzy stabilny stelaż dla fasoli, ta z kolei, jako roślina motylkowa, ściąga do gleby azot dla dyni i kukurydzy. Na naszej spółdzielczej farmie MOST Trzy Siostry rosną na grządce urządzonej według zasad permakultury, a podlewane są kropelkowo, przez system węży podłączonych do pompy niegdyś głębinowej, a obecnie elektrycznej. Gdybyśmy mogli go podłączyć do aplikacji łączących elektronikę z biologią (bieżącą wiedzą o stanie roślin) i meteorologią, byłby jeszcze bardziej efektywny.

Najnowsze osiągnięcia nauki – zwłaszcza inspirowane podejściem systemowym i ekologicznym – potwierdzają trafność wiedzy i praktyk rdzennych społeczności, zbyt długo odrzucanych jako „prymitywne”. Ich relacyjne podejście do świata, oparte na obserwacji, cyklach i współodczuwaniu, dziś dostarcza nam klucza do przetrwania i wspólnego, regeneratywnego życia. Coraz częściej doceniana jest także wartość Traditional Ecological Knowledge (TEK), czyli wiedzy ekologicznej przekazywanej przez pokolenia. Obejmuje między innymi złożone systemy agroleśnictwa (jej nieprzebraną skarbnicą są rdzenne społeczności Amazonii, gdyż przez wieki współkształtowały leśne ogrody o wysokiej bioróżnorodności) oraz szczegółową znajomość mikroklimatów (lokalne społeczności musiały ją posiąść, by zarządzać wodą i uprawami w sposób precyzyjnie dostosowany do warunków na swoim terenie)[3].

Znajomość kontekstu, czyli szczegółowa wiedza o ekosystemie, dorównuje ważnością wpisaniu się w rytm natury. Zmierza on w kierunku coraz większej nieprzewidywalności, mimo to stare drzewa wciąż wiedzą, kiedy bezpiecznie wypuścić liście. Doświadczeni ogrodnicy umieją na podstawie wieloletnich doświadczeń i znajomości cykli przyrodniczych określić, czy kolejne lata będą obfite w plony, czy ubogie. Mądrość ciała wspiera dziś technologia: sztuczna inteligencja łączy w całość złożone dane i wyszukuje w nich prawidłowości. Przez ostatnie stulecia człowiek odcinał się od przyrody. Koalicja empirii, intuicji i technologii pozwoli nam nadgonić stracony czas, pod warunkiem, że będziemy czerpać z przeszłości jak ze źródła wiedzy i z powrotem przyjmiemy cykle przyrodnicze za nasz punkt odniesienia.

Praktyki ogrodowe Spółdzielczej Farmy MOST
Fot. dzięki uprzejmości Joanny Erbel

Spirale odporności zamiast wizji nieograniczonego wzrostu

Cykliczność nadaje rytm naszemu życiu. W naturze nie istnieje postęp rozumiany jako liniowy wzrost; energia, materia i informacja nieustannie krążą. W przyrodzie nic nie ginie – każdy rozkład płynnie przechodzi w początek nowego obiegu. Tak działają zdrowe ekosystemy. Nasz świat w dużym stopniu przeczy tej logice, lecz powoli zaczynamy dostrzegać zagrożenia wpisane w tę strategię. Coraz częściej zdajemy sobie sprawę, że ulegliśmy fantazmatowi – wizja wiecznego wzrostu doprowadziła nas na skraj przepaści. Żaden organizm nie rośnie wiecznie, zasoby Ziemi są skończone, przestrzeń zabudowy miast podlega fizycznym ograniczeniom. Dążenie do uzyskania materiałów zarazem trwałych, jak i najtańszych, produkowanych masowo przypłaciliśmy zalewem niemal nierozkładalnych odpadów, przede wszystkim plastiku, toksycznych związków i elektrośmieci.

Potrzebę posiadania coraz to nowych rzeczy generuje kapitalizm – system oparty na wzroście. W jego logice przedmioty wymagają wymiany nie dlatego, że są zepsute, uszkodzone; zawiniły, bo przestały być nowe. Obietnicę ratunku składa gospodarka obiegu zamkniętego, ale dopóki funkcjonuje w świecie karmiącym się nadmiarem i plecami odwróconym do tego, co minęło, troska o zasoby nie legnie u podstaw organizacji procesów produkcji.

Brytyjska ekonomistka Kate Raworth zaproponowała dla nowego modelu rozwoju gospodarczego metaforę obwarzanka. Zamiast nieograniczonego wzrostu postuluje rozwój w granicach planetarnych i społecznych. W wewnętrznym pierścieniu obwarzanka usytuowała minimum dobrostanu, czyli podstawowe potrzeby człowieka: dostęp do wody, pożywienia, energii i mieszkania, możliwość kontaktu z innymi ludźmi, zdrowie, edukację, dochód i pracę, a także wartości i prawa obywatelskie: pokój, sprawiedliwość, równość płci i prawo do głosu politycznego. Zewnętrzny pierścień wyznacza granice ekologiczne. Obejmują: zmianę klimatu, zakwaszanie oceanów, zanieczyszczenia chemiczne, przeżyźnienie wód azotem i fosforem, pobór słodkiej wody, przekształcanie gruntów, utratę bioróżnorodności, zanieczyszczenie powietrza oraz uszkodzenie warstwy ozonowej. Ich przekroczenie prowadzi do naruszenia równowagi Ziemi. Między kręgami mieści się przestrzeń bezpieczna i sprawiedliwa – w tym obszarze życie może się rozwijać bez naruszania granic planetarnych i godności człowieka.

Raworth podkreśla, że w ślepą uliczkę doprowadzi nas pojmowanie ekonomii przyszłości na wzór maszyny, którą da się naprawić jednym ruchem; ludzkość potrzebuje ogrodu, on zaś wymaga troski, pielęgnacji i współpracy. Bujność ogrodu zależy od różnorodności, współzależności i zdolności do regeneracji. Tak samo odporność w gospodarce wyrasta z obecności wielu połączonych elementów: ludzi i innych form życia, instytucji, technologii. Wspólnie podtrzymują całość systemu.

Praktyki ogrodowe Spółdzielczej Farmy MOST
Fot. dzięki uprzejmości Joanny Erbel

Obwarzanek wyznacza ramy naszego bezpieczeństwa, lecz nie uwzględnia czasu i procesów, które nieustannie przekształcają świat. Rzeczywistość nie trwa w statycznej równowadze, jest organizmem w ruchu. Lepsze wyobrażenie o niej daje spirala, bo pozwala myśleć o rozwoju jako powracaniu i przekształcaniu, nie zaś obiegu zamkniętym. W spirali zawierają się i rozpad, i odnowa; pokazuje, że każdy kryzys możemy uczynić punktem zwrotnym, jeśli wyciągniemy właściwą lekcję z procesów regeneracyjnych – społeczne i przyrodnicze są równie ważne. Na poziomie klimatycznym czekają nas równoczesna walka o utrzymanie temperatury Ziemi, adaptacja do zmian i odbudowa zdolności systemów do życia w nowych warunkach. W modelu spiralnym zmiana nie oznacza przerwania ciągłości, lecz zagęszczanie tego, co już istnieje. Kolejne warstwy rozwoju nawiązują do wcześniejszych – jak miasto, które rośnie w głąb swojego dziedzictwa, a nie tylko na zewnątrz.

Tak rozumiemy też proces przekształcania terenu spółdzielczej farmy MOST na warszawskich Siekierkach. Dawny, zarośnięty nawłocią kanadyjską nieużytek stopniowo zamieniamy w bioróżnorodną przestrzeń wspólnej uprawy. Pracujemy w duchu rolnictwa regeneratywnego, czyli obchodzimy się z glebą nie jak z podłożem do produkcji, lecz jak z żywym organizmem – domem mikroorganizmów, grzybni i korzeni. Rolnictwo regeneratywne odbudowuje warstwy próchnicy, zatrzymuje wodę w krajobrazie, zwiększa zdolność ziemi do pochłaniania dwutlenku węgla i wspiera sieci życia, które utrzymują równowagę ekosystemu.

Na tym terenie odtwarzamy dawne struktury myślenia i działania i łączymy je z nowymi formami użytkowania. W miejsce jednolitej nawłoci wprowadziliśmy rzadkie odmiany warzyw i owoców: głąbika krakowskiego (starą polską odmianę sałaty), miechunkę (łączy walory użytkowe i ozdobne). Uprawiamy też warzywa i owoce znane z targowisk, by zachować ciągłość lokalnych przyzwyczajeń i smaków. Między nimi bogactwo ziół i kwiatów przyciągają zapylacze i wzmacnia bioróżnorodność. Odmładzamy stare drzewa owocowe: sadzimy wokół nich gildie roślinne z ziół, krzewów i bylin.

Nasza działalność jest formą spiralnej regeneracji – nie zaczęliśmy od pustego pola, pracujemy z tym, co już jest: z pamięcią gleby, samosiejkami, zasobem istniejących drzew. Zamiast usuwać przeszłość, włączamy ją w nową warstwę życia. Na farmie historia terenu i nowoczesne praktyki ekologiczne splatają się we wspólny organizm, a przyszłość wyrasta z tego, co przetrwało. Na poziomie tradycji kultywujemy dziedzictwo podwarszawskiego regionu Urzecze – od średniowiecza aż do połowy XX wieku ta okolica karmiła Warszawę. Krążymy myślami wokół dawnych gospodarstw nadwiślańskich, ogrodów i sadów, w których łączyły się wpływy mazowieckie i wiślane, a praca przy zbiorach była wspólnym rytuałem. Celebrujemy lokalne święta, w tym majowe objawienie z 1943 roku, upamiętnione budową pobliskiego kościoła Matki Bożej Nauczycielki Młodzieży. Te praktyki przypominają, że ciągłość nie polega na odtwarzaniu przeszłości, ale na świadomym włączaniu jej w teraźniejszość.

Jednocześnie uczyniliśmy farmę punktem wyjścia dla działań na większą skalę. Zachęcamy miasta, by wpisywały suwerenność żywnościową do swoich strategii rozwoju. Z ziemi wyrasta więc praca polityczna i edukacyjna: z tej samej gleby, na której sadzimy drzewa i zioła, kiełkują idee i instytucje. Z naszej praktyki współtworzenia ekosystemu zrodził się Kongres Miasta dla Suwerenności Żywnościowej, a w trakcie jego obrad zawiązała się Koalicja Suwerenności Żywnościowej. Lokalne działania i praktyki codzienności połączyły się ze zmianą systemową, a w przestrzeni farmy spirala regeneracji obejmuje zarówno glebę, jak i społeczne wyobraźnie.

Zgodnie ze spiralną logiką rozwoju podejmujemy się w danym momencie tylko tego, co możemy wykonać dobrze – z troską o jakość i ciągłość działań. Każdy sezon przynosi okazję, by na bazie wcześniejszych doświadczeń udoskonalić dotychczasowy dorobek. Obejmuje planowanie upraw, sianie i sadzenie, organizację dystrybucji plonów oraz wymiar wspólnotowy: święta sezonowe (powitanie wiosny, dożynki) i przedsięwzięcia o szerszym zasięgu, w tym Kongres Miasta dla Suwerenności Żywnościowej. Praktyka rolnicza, rytuał i refleksja polityczna układają się w ciągłą spiralę uczenia się, w której każda warstwa wzmacnia następną.

Spiralny porządek pozwala łączyć nowe z ukształtowanym historycznie. Wspólnoty, które rozumieją ten proces, nie dążą do czystych początków; za cel stawiają sobie regenerację: przywracanie do życia struktur, relacji i miejsc. W miastach muszą korzystać z istniejącej infrastruktury, z odzyskanych materiałów, z pamięci lokalnych praktyk. Jako wartość wkracza długie trwanie – zdolność do współistnienia wielu warstw czasu i znaczeń. Miasto spiralne nie niszczy swoich poprzednich form, włącza je w nową całość. Tak rozumiana regeneracja polega nie na odbudowie form minionych, ale na utrzymaniu żywotności systemu, aby potrafił się dostosowywać, zachowując ciągłość. Każdy obrót spirali pogłębia relację z miejscem: z jego glebą, wodą, historią i ludźmi. W tym sensie spirala obrazuje żywe trwanie – ruch zmierza w nim nie do końca, ale do coraz pełniejszego zrozumienia, jak współtworzyć świat w granicach jego możliwości. Jako wartość wkracza długie trwanie – ciągłość, która pozwala włączać dawne warstwy w nowe formy życia.

Praktyki ogrodowe Spółdzielczej Farmy MOST
Fot. dzięki uprzejmości Joanny Erbel

Nowe średniowiecze ramą dla myślenia o przyszłości

Do naszej współczesności coraz ściślej przylega termin „czas polikryzysów”. Rzeczywiście nakładają się w niej tąpnięcia i zawirowania gospodarcze, polityczne, ekologiczne, społeczne. Skutki jednego załamania wzmacniają inne w sieci wzajemnych powiązań i napięć. By wyjść z tej sytuacji, nie wystarczą proste rozwiązania ani linearne modele postępu. W Polsce przez ostatnie trzy dekady upraszczaliśmy rzeczywistość – sprowadzaliśmy ją do wyceny pieniężnej, standaryzacji procesów, tworzenia schematów o globalnym zasięgu lub ich narodowych odmian. W rezultacie utraciliśmy wrażliwość na świat, gdyż jego złożoność wymyka się takim kategoriom.

Nowe wyzwania ujawniają ograniczenia dawnych ram. W warunkach wojny o znaczeniu regionu decyduje położenie – odległość od linii frontu oraz zdolność terenu i instytucji do utrzymania podstawowego bezpieczeństwa. Katastrofy ekologiczne: powodzie, pożary, nie zważają na granice administracyjne ani polityczne. Także w obszarach suwerenności żywnościowej i niezależności energetycznej coraz większe korzyści przynosi myślenie w skali regionów, powiązanych ekosystemami, a nie w kategoriach państw narodowych. Choć zmiana paradygmatu prawdopodobnie wymaga zupełnie nowych wizji przyszłości, zgodnie z duchem retrofuturyzmu warto sięgnąć do historii – głębokiej, bo aż do średniowiecza.

W 1924 roku ukazał się esej Nikołaja Bierdiajewa Nowe średniowiecze. W reakcji na wstrząs I wojny światowej i kryzys nowoczesnej cywilizacji rosyjski filozof wzywał do odejścia od racjonalizmu i centralizacji państwa na rzecz duchowo zakorzenionych wspólnot lokalnych. Nowe średniowiecze zdefiniował jako czas odrodzenia – nie cofnięcia się, lecz ponownego odkrycia sensu życia wspólnotowego i moralnych podstaw porządku społecznego.

Współczesne rozumienie neomediewalizmu w naukach politycznych i stosunkach międzynarodowych wprowadził pod koniec lat 70. XX wieku Hedley Bull. Posłużył się tym pojęciem w sposób analityczny, dla opisu zjawiska zaniku monopolu państwa narodowego i pojawiania się wielowarstwowych, sieciowych struktur władzy. Wskazał siedem kluczowych cech nowego średniowiecza: rozmycie suwerenności państw, współistnienie wielu poziomów władzy, pojawienie się aktorów niepaństwowych jako sił politycznych, erozję monopolu państwa na przemoc, nakładanie się jurysdykcji prawnych, fragmentację lojalności i tożsamości politycznej, brak jednego suwerennego centrum decyzji. Taki porządek porównywał do średniowiecznego ładu w zachodniej Europie, gdzie władza była rozproszona między cesarzem, papieżem, książętami, miastami, gildiami i Kościołem. W wersji współczesnej podobny system wielowarstwowych relacji tworzą państwa, organizacje międzynarodowe, korporacje, wspólnoty lokalne, religijne i cyfrowe. Władza nie ma już jednego centrum ani sztywnych granic – rozciąga się w poprzek struktur i tożsamości, a lojalność ludzi i instytucji dzieli się między różne, nierzadko sprzeczne porządki[4].

Do polskiej dyskusji nowe średniowiecze wprowadził Grzegorz Lewicki, w ramach jednego z foresightów dla Wrocławia – Miasta w nowym średniowieczu[5]. Zwrócił uwagę, że w tym konstrukcie przyszłość tworzy się poprzez powroty – reinterpretację dawnych wzorów działania oraz ich adaptację do współczesnych warunków. Koncepcja Lewickiego doskonale wpisuje się w myślenie o retrofuturyzmie i spiralnej odporności: rozwój nie oznacza oddalenia się od przeszłości, zakłada ciągłe uczenie się z niej, by współcześnie odpowiadać na złożone wyzwania. Neomediewalizm wykroczył poza metaforę historyczną i teorię stosunków międzynarodowych; zyskał wymiar narzędzia analizy i planowania przyszłości.

Lewicki postrzega nowe średniowiecze jako język opisu złożoności współczesnego świata, w którym przenikają się porządki społeczne, technologiczne i kulturowe. W „neomediewalizmie sieciowym” państwo narodowe utraciło status jedynego centrum władzy, jego funkcje rozkładają się między miasta, regiony, wspólnoty, korporacje, organizacje społeczne i cyfrowe. Każdy z tych poziomów zachowuje częściową suwerenność, a decyzje zapadają w sposób rozproszony – przez współdziałanie, nie hierarchię. Autorytety nie są uniwersalne, lecz przypisane do grupy, niezależnie od jej postaci: czy jest wytworem platformy cyfrowej, czy opiera się na tożsamościach typowych dla danego regionu.

Hedley Bull opisał rozpad modernistycznego ładu; Lewicki nie poprzestał na diagnozie kryzysu, szuka skutecznej terapii, by z sieci paralelnych struktur wyłonił się nowy porządek zdolny do utrzymania równowagi. Zarysowuje ramę działania, w której świat testuje nowe formy współistnienia i współzależności. Bierdiajew chciał odnaleźć odnowę duchową, Lewicki proponuje podejście praktyczne – neomediewalizm jako metodę foresightu. Uczy ona, że przyszłość rozwija się nie liniowo, lecz spiralnie: poprzez powroty, reinterpretacje i przekształcenia dawnych rozwiązań w nowych kontekstach. Nie znika, cierpliwie czeka jako materiał do ponownego użycia. Koncepcja Lewickiego dostarcza więc narzędzi do uczenia się odporności – ukazuje rozwój jako złożoną spiralę przekształceń, w której dawne doświadczenia wracają w nowych konfiguracjach. Blisko temu myśleniu do idei retrofuturyzmu codzienności i spiralnej odporności.

W tej samej publikacji propozycję korzystania z doświadczeń przeszłości złożył Michał Zabdyr-Jamróz. Zwrócił uwagę, że współczesnym instytucjom często brakuje wymiaru, który niegdyś istniał, lecz został porzucony w toku modernizacji. Nie jesteśmy więc skazani na tworzenie zupełnie nowych rozwiązań, wystarczy renowacja – odzyskanie zapomnianych elementów ładu, szczególnie tych, które sprzyjały równowadze i współodpowiedzialności. Zabdyr-Jamróz wykazał, że z doświadczeń średniowiecznych miast można czerpać wizję polityk miejskich opartych na kompromisie między totalizmem planowania a chaosem nieograniczonego rynku. Tak rozumiany neomediewalizm polega na rezygnacji z czysto racjonalistycznego podejścia do polityki na rzecz praktyki, która dopuszcza emocje, kontekst i relacje w działaniu publicznym. Sztywna racjonalność prowadzi do „widzenia tunelowego”, czyli zawęża pole debaty i premiuje silnych aktorów kosztem słabszych. Renowacja myślenia neomediewalnego przywraca więc polityce miejskiej charakter wspólnotowy – otwarty na różnorodność interesów i zdolny do negocjacji pomiędzy nimi[6]. Otwarcie na wielość rozwiązań, każde potencjalnie dobre, znacznie łatwiej docenić, jeśli porzucimy marzenia o jednym idealnym modelu, typowe zarówno do rozpadającej się na naszych oczach globalizacji, jak i unifikującej siły neoliberalizmu.

Na czasy polikryzysów potrzebujemy nie jednej wizji lepszego świata, ale wielu różnych modeli działania, które będą się nawzajem wspierać jak rośliny, zwierzęta i grzyby w permakulturowym siedlisku. Współcześnie zmienia się rozłożenie akcentów – wzmógł się nacisk kładziony na suwerenność w wielu jej wymiarach, a w każdym dostęp do żywności, bezpieczeństwo energetyczne i umiejętność poradzenia sobie z kataklizmami przyrodniczymi ma wymiar terytorialny. W ostatnich latach pandemia COVID-19, napływ milionów migrantek i migrantów z Ukrainy po pełnoskalowej agresji Rosji oraz powódź w niektórych miastach Kotliny Kłodzkiej i we Wrocławiu dobitnie pokazały konieczność gromadzenia tych strategicznych zasobów w bliskiej okolicy. Schematy działania sprawiają wrażenie podobnych, lecz w praktyce to lokalne społeczności, a nie struktury państwowe i ponadnarodowe, mają największe kompetencje, żeby odpowiednio reagować (nawet jeśli potrzebują zewnętrznego wsparcia w postaci dostępu do żywności, materiałów medycznych, środków finansowych na odbudowę). Coraz trudniej opracować procedury gotowe do skopiowania. Zastąpi je proces ciągłej adaptacji i wymusi na nas zarówno sprawne umysły, jak i wrażliwe ciała, potrafiące korzystać z intuicji, ta zaś buduje się dzięki znajomości miejsca zamieszkania.

Foresight Miasta w nowym w średniowieczu w przyszłym roku skończy dziesięć lat. Początkowo przechodził bez większego echa na poziomie myślenia o strategii; obecnie coraz wyraźniej widać, że Wrocław podejmuje kroki, by definiować się nie tyle w odniesieniu do kraju i innych miast europejskich, ile do otaczających go terenów. W październiku przyjął strategię rozwoju do 2050 roku; wśród najważniejszych założeń figuruje spójność z całym regionem, a jej elementem jest wzmacnianie autonomii żywnościowej[7]. Wrocław – wzorem miast średniowiecznych – traktuje siebie i swoją strefę żywicielską (utożsamianą z Wrocławskim Obszarem Funkcjonalnym) jak obszary ściśle ze sobą powiązane. Powrót do rozpatrywania miast w kontekście regionu, a nie globalnej sieci metropolii, podsuwa okazję do przemyślenia miejskości. Jeśli z tej furtki skorzystamy, łatwiej będzie nam projektować bezpieczną przyszłość opartą na lokalnych zasobach.

Holobiont, napój etnobotaniczny na bazie jabłek i ziół stworzony przez Spółdzielczą Farmę MOST
Fot. dzięki uprzejmości Joanny Erbel

Ekopolis i droga do suwerenności

W miarę, jak miasta uczą się widzieć siebie jako część większych układów przyrodniczych, wyobraźnia urbanistyczna skręca od ekspansji ku zdolności do podtrzymywania życia. W mieście przyszłości z wizji ekopolis obieg materii i energii przypomina funkcjonowanie ekosystemu. Rolnictwo, woda, odpady i energia tworzą w nim zamknięty cykl, a infrastruktura wspiera procesy regeneracyjne, zamiast je przerywać. Budynki i ulice wpisują się w żywą sieć: magazynują deszczówkę, oczyszczają powietrze, wytwarzają energię. Woda z pozycji odpadu awansowała do rangi składnika miejskiego metabolizmu. Odpady organiczne wracają do gleby w formie kompostu, żywność krąży po trasie: gospodarstwa miejskie, lokalne targowiska, kuchnie społeczne. Autonomia w świecie opartym na zasadach ekopolis realizuje się na wielu poziomach, a wszystkie się uzupełniają, zamiast konkurować. Każdy odpowiada za inny wymiar podtrzymywania życia – od codziennych praktyk po zarządzanie zasobami wspólnymi.

Poza zakres funkcjonowania miast wykraczają regiony o granicach wyznaczonych zlewniami rzek. Woda spaja, nie dzieli. Zamiast państw narodowych powstaje sieć regionów wodnych – te organizmy społeczno-przyrodnicze zarządzają swoimi zasobami w sposób zrównoważony. Regiony koordynują przepływy między lokalnościami: dzielą energię, wiedzę i materiały, ponoszą odpowiedzialność za ochronę ekosystemów. W tym porządku rzeki odzyskują status podmiotów, a decyzje dotyczące gospodarki wodnej są podejmowane z ich udziałem, reprezentowanym przez ludzi, byty pozaludzkie i technologie. Metropolie pełnią funkcję węzłów łączących obiegi lokalne i regionalne. Ich autonomia bierze się nie z dominacji, lecz ze zdolności do samodzielnego wytwarzania energii i przetwarzania zasobów w zamkniętym cyklu. Zasilane lokalnie – przez biogazownie, turbiny wiatrowe, elektrownie wodne i fotowoltaikę – metropolie testują współpracę między człowiekiem, technologią i środowiskiem. Koordynują przepływy i udostępniają infrastruktury, bez centralizacji władzy. Cały system stoi na fundamencie ekopolis.

Podstawową jednostką samowystarczalności jest lokalność. Obejmuje terytoria, które potrafią zapewnić sobie wodę i żywność z lokalnych źródeł. Wspólnoty gromadzą wodę deszczową, utrzymują retencję w krajobrazie, prowadzą gospodarstwa regeneratywne, ogrody społeczne i miejskie farmy. Produkcja żywności, przetwórstwo i wymiana odbywają się w zasięgu pieszym lub rowerowym.

Ze strefą pozamiejską, w tym obszarami rolnymi, miasto łączą bazarki. Współcześnie odzyskują należne im uznanie jako miejsca znaczące zarówno w wymiarze społecznymi, jak i z perspektywy planowania przestrzennego. Mieszkańcy przekonują się do bazarków jako atrakcyjnych miejsc zakupów i życia lokalnego. Nad przyszłością targowisk jako strategicznie ważnego ogniwa w łańcuchu dostaw pochyliły się już Wrocław i Kraków. Jeśli wzmocnimy (lub odbudujemy) lokalne łańcuchy dostaw, wykluje się rynek zbytu dla mniejszych gospodarstw rolnych. W dodatku bazarki są ostoją demokracji, bo wciąż zaopatrują się na nich młodsi i starsi, mniej i bardziej zamożni, a chodzi się tam nie tylko po zakupy, ale również pobyć z innymi ludźmi. Bazarki bliżej niż inne sklepy łączą nas z lokalnymi rolnikami, bo nawet jeśli producentów naszej ulubionej żywności nie spotykamy osobiście, to wyłącznie na bazarkach pytamy o „swoje” warzywa, owoce, przetwory.

Ekopolis łączy miejskie z wiejskim, materialne z cyfrowym, ludzkie z pozaludzkim. Jego autonomia wynika ze zdolności do regeneracji – do odnawiania zasobów i więzi, zamiast ich wyczerpywania. W świecie ekopolis miasto nie jest zamkniętą strukturą, lecz częścią federacji regionów i bioregionów, które uczą się współistnieć. Technologia – w tym systemy cyfrowe i sztuczna inteligencja – działa w ramach społecznej infrastruktury, transparentnie, a nie jako narzędzie kontroli: wspiera decyzje wspólnot, tłumaczy rytmy przyrody na język zrozumiały dla ludzi, pomaga zarządzać energią, wodą i produkcją żywności. Sednem autonomii technologicznej nie jest niezależność od maszyn, lecz współpraca z nimi na zasadach wzajemnego zaufania i kontroli społecznej.

Ostatni wymiar autonomii dotyczy modelu demokracji. Głos, bezpośrednio lub pośrednio, ma wszystko, co żywe. Przyroda nie sprowadza się do tła dla ludzkiej działalności, jest współobywatelką. Drzewa, rzeki, grzyby i zwierzęta dysponują własną reprezentacją w procesach decyzyjnych – nie w imię „ochrony”, ale współodpowiedzialności. Demokracja rozszerza się poza gatunek ludzki, na inne formy życia i środowiska, które umożliwiają nasze trwanie. Stąd starania o to, żeby Odrę uczynić osobą prawną i przyznać jej prawo do bycia stroną w postępowaniach prawnych. Analogiczne myślenie praktykujemy na farmie MOST: na warszawskich Siekierkach ziemia nie jest gruntem inwestycyjnym ani miejscem pracy, lecz osobą przyrodniczą – współtworzy farmowy kolektyw. Nazywamy ją Adamah, od hebrajskiego słowa oznaczającego żywą ziemię. Nasza osoba przyrodnicza ma ciało: korzenie, pnie, korony, glebę pełną mikroorganizmów, grzybni i nasion dawnych upraw. Ma również reprezentantkę w radzie nadzorczej, biolożkę Agnieszkę Chołuj.

Podmiotowość osoby przyrodniczej przyjęła formę materialną – jest zapisana w statucie spółdzielni. Każda decyzja dotycząca farmy musi uwzględniać jej integralność i zdolność do trwania w czasie. W praktyce oznacza to, że decyzje o nasadzeniach, retencji wody, kompostowaniu lub użytkowaniu terenu podejmujemy w dialogu z osobą przyrodniczą. Obserwujemy, jak reaguje gleba, jakie gatunki pojawiają się po zimie, gdzie zatrzymuje się woda. Korzystamy z prostych czujników i obserwacji terenowych, ale równie ważne są doświadczenie, dotyk i codzienna obecność. Nasza osoba przyrodnicza, członkini wspólnoty, jest partnerką w procesie uczenia się miejsca. Dzięki niej farma działa jak mikrodemokracja ekosystemowa. Ludzie, rośliny i mikroorganizmy współtworzą decyzje o kierunku i metodach rozwoju przestrzeni, o właściwym dla niej tempie odnowy. Technologia wspiera ten proces – pomaga słuchać, rejestrować, rozumieć – ale nie zarządza nim. Ziemia przypomina nam, że wspólnota obejmuje także to, co pod stopami: glebę, wodę, organizmy, które z nami współżyją. Czy postulujemy zwrot ludzkości wyłącznie do średniowiecza? Oczywiście, że nie. Zależy nam na powrocie do tego, co aktywnie zapomnieliśmy: do dziecięcej wrażliwości oraz świata sprzed monoteistycznych bogów. Marzy się nam świat, w którym dojrzałość, dorosłość, polegają na odpowiedzialności za otoczenie. Czy go zbudujemy? Mamy szanse, ale najpierw musimy wstąpić na drogę ku lepszej przyszłości.