Strategie zamieszkiwania w PRL-u
Marta Karpińska rozmawia z Agatą Szydłowską
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
Marta Karpińska: Zapisane w zbiorowej wyobraźni stereotypy o mieszkalnictwie w czasach PRL-u dają się umieścić między parodią rzeczywistości w serialach Stanisława Barei a ponurym patosem z Dekalogu Krzysztofa Kieślowskiego. Tymczasem pani imponująca rozmachem badawczym książka Futerał. O urządzaniu wnętrz w PRL-u unaocznia, jak bardzo zróżnicowane były realia poprzedniego ustroju i jak głęboko przemieniły tożsamościowo nasze społeczeństwo. Zacznijmy od wielkiej utraty. Przywołuje pani dane Ministerstwa Odbudowy: tuż po wojnie szacowało, że ponad 40 procent zasobu mieszkaniowego w nowych granicach Polski zostało zniszczone lub znacznie uszkodzone. Gdzie znajdowali dach nad głową i co czuli ludzie, których domy zostały zburzone?
Agata Szydłowska: Mieszkania legły w gruzach, ale to nie znaczy, że te ruiny opustoszały. Ludzie wracali pod swoje dawne adresy i jeżeli z budynku cokolwiek zostało, próbowali się urządzać. Władze delegalizowały tę praktykę, ponieważ często kończyła się katastrofą. W grożącej zawaleniem kamienicy mieszkają bohaterowie komedii filmowejLeona Buczkowskiego Skarb, z 1948 roku. Znanym motywem fotograficznym z tamtego czasu jest scena popołudniowej herbatki na tle ruin miasta: zieją w pustce po zbombardowanej ścianie. Na wpół zburzone domy zajmowali również przypadkowi ludzie szukający jakiegokolwiek schronienia.
MK: Ryzyko, jakie podejmowano, decydując się na życie w takich warunkach, świadczy o tragicznej sytuacji mieszkaniowej. Pisze pani, że zniszczenia wojenne zrównały ludzi na skalę nieosiągalną dla żadnej późniejszej władzy. Jak w powojennym chaosie kształtowały się relacje międzyludzkie?
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe
AS: Nie znalazłam ani jednej wzmianki o tym, żeby ktoś siłą zajął cudze mieszkanie albo prawowity właściciel nieruchomości wyrzucił przybyszy. Źródła, które badałam, nie opisują takich procederów, co nie znaczy, że działania przemocowe się nie zdarzały, po prostu raczej nimi nie chwalono. W powojennych relacjach pojawiają się za to różne sposoby na szukanie porozumienia: wraca właściciel, przygodny lokator grzecznie się wyprowadza, bo zakłada, że znajdzie jakiś pustostan dwa domy dalej. Niejeden amator cudzego mieszkania zdążył dostać od nowych władz przydział kwaterunkowy. W takich sytuacjach obcy sobie ludzie po prostu zamieszkiwali razem i dzielili przestrzeń mniej lub bardziej pokojowo. Ówczesne prawo nie stało po stronie właścicieli, to raczej osoby zasiedlające cudze mieszkania mogły liczyć na wsparcie lokalnej administracji.
MK: Jak się odradzało życie w ruinach?
AS: Najważniejszym elementem zabezpieczającym wnętrze było okno. O jego fundamentalnym znaczeniu przypomniała nam trwająca wojna w Ukrainie. W odbudowującej się Polsce największe wzięcie miały mieszkania, w których zachowały się okna. W pozostałych częstą praktyką był montaż ram okiennych i drzwiowych wygrzebanych z ruin. Urządzić się pomagały organizowane naprędce targowiska i przede wszystkim szaber. Z czasem do miast zaczęły napływać meble i przedmioty mniej lub bardziej legalnie pozyskiwane z mieszkań opuszczonych przez okupantów i z poniemieckich terenów po wojnie przyłączonych do Polski. W Najlepszym mieście świata Grzegorz Piątek opisuje zorganizowaną przez samorząd stolicy odnowę sprzętów sanitarnych. Z ruin wydobywano umywalki i muszle klozetowe, czyszczono je, naprawiano i przekazywano do ponownego użytku. Podstawowym sposobem pozyskiwania sprzętów domowych był jednak szaber.
MK: Przyjrzyjmy się tej aktywności, bo wiele jest w niej zaszytych emocji społecznych. Kto szabrował i gdzie?
AS: Zrujnowaną Warszawę pod kątem łupów przeszukiwali mieszkańcy podstołecznych wsi. Szabrowano też po sąsiedzku. Ten proceder w powojennym chaosie próbowały ukrócić grupy sąsiedzkie: w roli wielogłowego szeryfa działały w obrębie jednego domu albo kamienicy. Oczywiście za bezpańskie uznawano mienie pożydowskie. Na podstawie swoich badań kulturoznawczyni Justyna Kowalska-Leder poczyniła obserwację, że przywłaszczanie sobie przedmiotów po Żydach było z jednej strony powszechne, a z drugiej podszyte wstydem, strachem i dziwnym poczuciem niezręczności. Etniczni Polacy woleli ten wstydliwy wyimek ówczesnych realiów przemilczeć. Tuż po wojnie powstawały wspomnienia mocno ugrzecznione, raczej nie odnoszą się do wątków wzbudzających dylematy moralne. Nieruchomości pożydowskie znalazły się w gestii samorządów, często skorumpowanych. Ich praktyki przypominały działania współczesnej „mafii reprywatyzacyjnej”. Rzecz jasna, nie opowiadano o tym otwarcie.
Za to szabrowanie mieszkań należących przed wojną do ludzi zamożnych realizowano entuzjastycznie i z poczuciem sprawiedliwości dziejowej. Lud z Pragi wchodził do Śródmieścia i przeszukiwał gruzy bez oporów, bez poczucia winy. A już z totalną swobodą zawłaszczał wyposażenie mieszkań poniemieckich.
MK: Kraków wyszedł z II wojny światowej ze zniszczeniami tkanki materialnej znacznie mniejszymi niż wiele miast przedwojennej Polski. To tutaj po wojnie napływali dawni mieszkańcy Warszawy, Lwowa, dlatego Kraków był wyrazistym przypadkiem procesu dokwaterowywania. Jego przymusowy, odgórny charakter prowadził do różnych napięć emocjonalnych w „duchowej stolicy Polaków”, kulturowo zdominowanej przez inteligencję, mieszczaństwo i duchowieństwo. Jak wyglądało współdzielenie przestrzeni mieszkalnych przez zupełnie obce osoby?
AS: Do Krakowa sprowadziło się także ziemiaństwo po tym, jak musiało opuścić swoje majątki. Zdarzało się, że w mieście wyposażenie szlacheckich rezydencji upychano w dwóch ciasnych pokojach. Zdeklasowana arystokracja wyprzedawała się później w Desie. W Krakowie rzeczywiście zachowały się mieszkania w dobrym stanie i szybko zainteresowały się nimi władze komunistyczne. Do wielopokojowych apartamentów mieszczańskich dokwaterowywano w pierwszej kolejności funkcjonariuszy reżimu: wojskowych, pracowników administracji. Dotychczasowi właściciele musieli odstąpić lokatorom znaczną część przestrzeni.
Głównym zmartwieniem przedwojennych elit było utrzymanie habitusu – pielęgnowanie w pogorszonych warunkach wyuczonych praktyk związanych z uroczystościami rodzinnymi, życiem towarzyskim. Emblematycznym meblem zaświadczającym o statusie był fortepian, więc za wszelką cenę starano się go upchać wśród obrazów, mebli i innych pamiątek po poprzednim życiu. Do tego dawnym gospodarzom przyszło teraz dzielić przestrzeń z zupełnie obcymi ludźmi. Kilka rodzin w jednym mieszkaniu musiało ustalić zasady i harmonogram korzystania z kuchni i łazienki, rozdysponować sprzęt do gotowania i sprzątania, wytypować lokatorów pokojów przechodnich. Wiele zależało od rozkładu wnętrza i umiejętności dogadywania się współmieszkańców między sobą.
Fot. Zofia Rydet / PAP
Bywało różnie. Jedne relacje opisują dosyć harmonijną koegzystencję, inne donoszą o ciągłych konfliktach. Motywem wielu wspomnień jest też kontrast pomiędzy zachowanymi śladami przedwojennego luksusu a zupełnie nielicującymi z eleganckim wyposażeniem sposobami użytkowania wnętrz przez ludzi z różnych klas i środowisk. Śladami utraconej przeszłości były mosiężne klamki, eleganckie parkiety, piękne kafle w zagraconych i zatłoczonych pomieszczeniach. Praktyka dokwaterowywania trwała do lat 80. XX wieku i dotyczyła nie tylko obszernych lokali w kamienicach. Zdarzało się, że przydzielano lokatorów również w nowo budowanych blokach. Sytuacja wspólnego zamieszkiwania mogła trwać przez dekady, nie ograniczała się do kilkunastu powojennych lat.
MK: Peerelowskie powojnie wzbogaciło się o istotną przestrzeń tak zwanych Ziem Odzyskanych. W centralnej Polsce ludziom doskwierał niedobór lokali, a na Dolnym Śląsku i Pomorzu Zachodnim można było przebierać w mieszkaniach, często w pełni wyposażonych. Jaki stosunek mieli napływowi mieszkańcy do poniemieckiej masy spadkowej? Jak odnajdywali się w obszernych metrażach i typologii mieszkań?
AS: Zajmowaniu mieszkań po Niemcach towarzyszyły skrajne emocje: od mocnego dyskomfortu, na granicy przerażenia i grozy, po zachwyt. W książce przytaczam wspomnienie jednej z osadniczek, która nie potrafiła przełamać się psychicznie i zamieszkać w miejscu wypełnionym cudzym dobytkiem. Jako przerażające, dziwne, smutne i dojmujące opisywała wejście w otoczenie, w którym niemal wyczuwało się ciepło ciał poprzednich mieszkańców. Po wysiedlonych Niemcach zostawały rodzinne zdjęcia, wysiedziane fotele, wychodzone kapcie. Autorce wspomnień oferowano przejęcie różnych, często obszernych i pięknych kwaterunków, ale nie potrafiła się przełamać. Szukała jak najbardziej pustego mieszkania, żeby wyposażyć je od nowa przedmiotami nieobciążonymi emocjonalnie historią innych ludzi. Dręczyła ją nie tyle wizja odziedziczenia przedmiotów po „złych Niemcach”, ile myśl o zamieszkaniu w pozostałościach po czyimś życiu.
Na drugim biegunie osadniczych emocji dominowała fascynacja materialnym bogactwem, z którego można było czerpać, pomieszana z lękiem, że za chwilę Niemcy wrócą i wszystko przepadnie. Dużo o tym lęku i poczuciu tymczasowości pisze Karolina Kuszyk w książce Poniemieckie. Opisała na przykład historię mężczyzny – a ja przytoczyłam ją w Futerale – który zajął wielopokojowy dom i stopniowo doprowadził go do ruiny. Kiedy jedno pomieszczenie przestawało nadawać się do użytku, przenosił się do następnego, nie inwestował w żadne naprawy ani remonty. Uznał, że nie warto ponosić kosztów, Niemcy i tak w końcu upomną się o swoje.
Na dyskomfort narażało osadników także niezrozumienie układów przestrzennych w mieszkaniach i funkcji różnych nowoczesnych urządzeń, które zastawali w poniemieckich domach i obejściach. Repatrianci ze wschodnich wsi bali się używać odkurzacza albo przerabiali nowocześnie urządzoną kuchnię na bardziej swojską. Inteligenci i niegdysiejsi ziemianie pogardzali burżuazyjnym wyposażeniem poniemieckich kamienic. Adam Zagajewski napisał, że repatrianci w Gliwicach ustawiali hierarchie przedmiotów od najbardziej przez nich cenionych, „arystokratycznych”, czyli przywiezionych ze Lwowa, po te gorszego sortu: „mieszczańskie”, czyli poniemieckie, i „socjalistyczne”, czyli wyroby przemysłu peerelowskiego.
Poczuciem tymczasowości można tłumaczyć wielki zapał, z jakim zagospodarowywano rzeczy poniemieckie. Choć komunistyczne władze tępiły nielegalny handel przedmiotami pozyskanymi z szabru, dobytek znikał z „Ziem Odzyskanych” błyskawicznie. Wywożono całe wagony dywanów i mebli. Dostrzegam w tym działaniu jakąś gorączkowość, żeby zabrać, pozyskać jak najwięcej i jak najszybciej, bo kto wie, kiedy eldorado się skończy.
Fot. Zbyszko Siemaszko / Narodowe Archiwum Cyfrowe
MK: Za synonim zamieszkiwania w PRL-u uchodzi wielopiętrowy blok, spora część społeczeństwa żyła jednak w historycznej zabudowie miejskich dzielnic. Mieszkanie w kamienicy chyba nie kojarzyło się z wówczas z komfortem?
AS: To ciekawy i nieintuicyjny wątek. Urodziłam się i całe życie spędziłam w Warszawie. Z mojej perspektywy budynki historyczne jawią się jako sto razy cenniejsze niż najlepszy blok. Mam zakorzenione wyobrażenia o pięknym, wysokim wnętrzu mieszkalnym w porządnej starej kamienicy. W PRL-u jednak nawet do lat 80. przedwojenne budownictwo często kwalifikowano jako substandardowe. W całym kraju przydział kwaterunkowy w starych budynkach dostawały osoby najmniej uprzywilejowane, z samych dołów peerelowskiej drabiny społecznej. Do starej zabudowy zniechęcały zniszczenia wojenne, ale też zły stan znacznej części tego zasobu. Jeszcze przed 1939 rokiem prosił się o gruntowne remonty. Składały się na niego głównie kamienice czynszowe z podwórkami studniami i suterenami. Tam nigdy nie mieszkało się dobrze.
MK: Dziewiętnastowieczna patodeweloperka.
AS: Tak. Przez kilka dekad od powstania tanie czynszówki zdążyły mocno podupaść. Dzieła zniszczenia dopełniły wojna i zaniedbania w okresie PRL-u. Nowe władze nie chciały inwestować w mieszkaniowy symbol zgniłego kapitalizmu, modernistyczne bloki prezentowały się korzystniej na tym nędznym tle. Narracja o socjalistycznym państwie, które wyprowadza ludzi z wilgotnych suteren do jasnych i ciepłych mieszkań w blokach, sama się narzucała. Propaganda była szyta grubymi nićmi, ale trudno zaprzeczyć, że lepiej żyło się w bloku z bieżącą wodą i centralnym ogrzewaniem. Zarazem w najgorszych warunkach często mieszkali rzekomi bohaterowie tego systemu. W Łodzi w niesamowicie zdegradowanych, zagrzybionych, wilgotnych mieszkaniach bez toalet i kuchni męczyły się głównie pracownice przemysłu włókienniczego, wiele z rodzinami.
MK: Zasiedlanie obszarów poniemieckich było tylko częścią ogromnych ruchów migracyjnych w granicach nowej Polski. Wraz z nastaniem stalinizmu rozpoczął się proces gwałtownej powojennej industrializacji i urbanizacji, one zaś wymusiły wielki przepływ ludności ze wsi do miasta. Jak przybysze asymilowali się do nowej rzeczywistości? Jak przyzwyczajenia wyniesione z wiejskiego życia przekładały się na życie w mieście?
AS: W początkowym okresie PRL-u przybysze ze wsi często zamieszkiwali w hotelach robotniczych. Sporo wiemy o panujących w nich warunkach, zwłaszcza w Nowej Hucie. Flagową inwestycję okresu stalinizmu szeroko wykorzystywała propaganda, a w czasie odwilży, przy okazji licznych rozliczeń, powszechnie przywoływano realia osiedla w założeniu wzorcowego, socjalistycznego. Reportażyści i autorzy dokumentów filmowych obnażali koszmarne warunki mieszkaniowe robotników i robotnic z nowohuckiego kombinatu. W równie złym świetle przedstawiali hotele robotnicze w Warszawie i innych miastach. Małgorzata Fidelis w książce Kobiety, komunizm i industrializacja w powojennej Polsce zwraca jednak uwagę, że hotele robotnicze były również przestrzenią wolności i niezależności. Znacząca część ich mieszkanek po raz pierwszy mogła na siebie zarobić i samodzielnie decydować o swoim życiu. Poza wiejską wspólnotą robotnice zyskiwały swobodę także w sensie obyczajowym: w ramach nowoczesnego życia w mieście upowszechniało się prawo do wyboru partnera, chodzenie na randki.
Fot. Grażyna Rutkowska / Narodowe Archiwum Cyfrowe
Mimo to wśród emocji dominowały upokorzenie i zawiedzione nadzieje. Najboleśniej odczuwano je w Nowej Hucie, bo przecież miała być rajem dla ludzi pracujących, a w stalinizmie państwo bezpardonowo ich tam wyzyskiwało. Ofiarą tej przemocy padli też mieszkańcy wsi, których wywłaszczono, by zbudować kombinat i miasto Nowa Huta. Nawet jeśli dostali mieszkanie w bloku, to kosztem gwałtownej utraty dotychczasowego życia, habitusu, wszystkiego, co było im drogie: domu, ziemi, ogrodu, zwierząt… Mieszkańców hoteli robotniczych goryczą napawało poczucie, że system się zmienił, a oni znowu wylądowali najniżej w hierarchii społecznej. Może stąd brał się backlash w postaci wandalizmu i pijaństwa. Publicyści na piśmie dawali upust zgorszeniu, wielu – jak się wydaje – kierowało się inteligenckim klasizmem i miało raczej paternalistyczny stosunek do bohaterów i bohaterek swoich tekstów.
MK: Stopniowo jednak państwo wywiązywało się z obietnic poprawy warunków bytowych i kończyła się udręka zakwaterowania w hotelu. Jak nowi mieszkańcy miast czuli się w blokach?
AS: Niezależnie od tego, czy ktoś wprowadzał się do kamienicy, czy do bloku, trafiał do wnętrz dostosowanych do miejskiego trybu życia. Każde pomieszczenie miało tam konkretną funkcję: kuchnia służyła do przygotowywania posiłków, łazienka do czynności higienicznych, w pokojach się spało, uczyło, spędzało czas wolny. Przybysze ze wsi podporządkowywali miejskie mieszkania własnym obyczajom i przyzwyczajeniom. Rządził podział na izby: białą i czarną. W tradycyjnym wiejskim domu czarną izbą nazywano kuchnię. Stał w niej piec, ściany pokrywała sadza, ale było ciepło, dlatego w tym pomieszczeniu koncentrowało się życie rodzinne. Biała izba na co dzień nie była używana; czekała na specjalne okoliczności odświętna, czysta, ale nieogrzewana. Jedna z moich rozmówczyń opowiadała, że ksiądz chodzący po kolędzie najbardziej lubił odwiedzać jej dom, bo ogrzewała wszystkie pokoje. Sąsiedzi przyjmowali kapłana w schludnym, niestety wychłodzonym pokoju.
Wyobraźmy sobie, że w ciasnym mieszkaniu w bloku jeden pokój zostaje całkowicie wyłączony z użytku i czeka na święto. Nie wpuszcza się tam dzieci, żeby nie nabałaganiły. Warunkowy wstęp zyskały dopiero wtedy, gdy w odświętnym pokoju stanął telewizor. W tym pomieszczeniu dywan często przykrywano folią, żeby zabezpieczyć go przed brudem. Ze wsi przeniesiono również zaścielanie posłań stosami piernatów, na tej górze kładziono serwety, a na czubku sadzano misie i lalki. Pełniły funkcję dekoracyjną, dzieciom nie było wolno dotykać tych zabawek. Jeśli rodzina miała do dyspozycji drugi pokój, gnieździła się w nim na co dzień; jeśli nie, funkcje brakującej przestrzeni przejmowała kuchnia.
Oczywiście takie rozwiązanie było bardzo niepraktyczne. Wiele źródeł świadczy o frustracji nowych mieszkańców miast, którzy nie do końca odnajdywali się w sposobie formatowania stylu życia wymuszonego przez rozkład ciasnych mieszkań. Ówcześni eksperci od spraw mieszkalnictwa załamywali ręce nad nieracjonalnym gospodarowaniem przestrzenią i nad brakiem higieny: w kuchni powinno się przecież wyłącznie gotować, ewentualnie też spożywać posiłki, a tymczasem wstawiano do niej posłania dla członków rodziny usytuowanych najniżej w rodzinnej hierarchii: babci, dziecka.
MK: Pisze pani, że wraz latami upływającymi od zakończenia wojny narastała frustracja spowodowana koszmarną ciasnotą i przymusowym zamieszkiwaniem z obcymi albo i własną rodziną. Cytuje pani Leopolda Tyrmanda: „Tęsknota za oddzielnością wyznaczała świadomość mas”. Polityczna odwilż przyzwoliła na stopniowe poszerzanie sfery prywatności. Przyzwolenie przyzwoleniem, a jak wyglądały realia? Czy ludzie mieli gdzie spokojnie się pokochać?
AS: Realia wciąż nie nadążały za wieloma pragnieniami, ale przynajmniej ludzie zaczęli głośno artykułować własne potrzeby. Odwilż na pewno odegrała rolę w rozluźnieniu atmosfery obyczajowej, swoje dołożyły prądy płynące z kultury zachodniej, przede wszystkim odkrycie młodzieży jako ważnego aktora społecznego, odrębnej grupy. W latach 60. doprowadzi ona do rewolucji kulturowej. Na poziomie peerelowskiego poradnictwa wciąż panowała spora pruderia, nie podnoszono otwarcie kwestii seksualności. Głośnym echem odbiła się natomiast książka Marka Hłaski Ósmy dzień tygodnia, w 1958 roku przeniesiona na ekran przez Aleksandra Forda. Bohaterami są zakochani młodzi ludzie. Ona gniecie się z sublokatorem i opresyjną rodziną w jakimś zagraconym mieszkanku, on wegetuje w walącej się kamienicy. Opowieść snuje się wokół prób znalezienia miejsca na intymność.
Fot. Zofia Rydet / PAP
Kultura odbijała ponurą rzeczywistość ciągłego braku mieszkań i potwornej ciasnoty. Trafiłam na wiele przejmujących relacji o małżeństwach żyjących osobno. On w akademiku albo hotelu robotniczym, ona z rodzicami; on w jednym mieście, ona w drugim. Czytałam historię pary, która miała już dzieci, ale wciąż była przestrzennie rozdzielona. Małżonkowie zatrudnili pomoc domową, żeby pomagała im w logistyce ciągłego przemieszczania się między miejscami zamieszkania członków rodziny. W rozkładach mieszkań nie przewidziano osobnej sypialni, pokoiku, w którym będą tylko łóżko i szafa. Każdy pokój pełnił wiele funkcji, miejsce do spania rozkładano na noc. Poradniki proponowały, żeby przynajmniej spróbować wydzielić osobny kącik dla każdego członka rodziny.
MK: Dojmujący obraz tego zagęszczenia przedstawiła Hanna Krall w reportażu z 1981 roku, o sześcioosobowej rodzinie gnieżdżącej się na dwudziestu metrach kwadratowych. Niesamowity jest zapis rodzinnej choreografii i ściśle przestrzeganego harmonogramu: kto pierwszy wstaje, kto korzysta z łazienki. Babci wolno się podnieść ze swojego tapczaniku dopiero wtedy, kiedy reszta rodziny rozjedzie się po szkołach i zakładach pracy.
AS: Bohaterka tego reportażu, matka dorastających dzieci, z zawodu nauczycielka, zamyka się w łazience, kiedy wszyscy idą spać, i sprawdza prace domowe uczniów, siedząc na desce sedesowej.
MK: Prawdziwe piekło behawioralne. Potem nastał okres małej stabilizacji, przybywało przestrzeni mieszkaniowej, ludzie mościli się w swoich gniazdkach, gromadzili drogie sprzęty elektroniczne, meblościanki, różne gadżety. Wyposażenie mieszkań świadczyło o gospodarności i zaradności. W rozdziale, którego bohaterem jest Miron Białoszewski, dla wyjaśnienia kolekcjonerskiej pasji poety cytuje pani jego przyjaciółkę: „bo to nie miłość posiadacza rzeczy, tak dzisiaj rozpowszechniona, tak użytkowo-konsumpcyjna albo estetyzująca i wyrafinowana. To była miłość człowieka, który wszystko stracił, został z pustymi rękami, bez dachu nad głową. Nie posiadanie, nabywanie, ale utrata była źródłem jego ubóstwienia rzeczy”. Czy ostatnich dwóch zdań tej wypowiedzi nie należałoby odczytać jako szerszej diagnozy społecznej? Czy potępiane przez peerelowskich publicystów „mieszczanienie” socjalistycznego społeczeństwa, rozumiane jako potrzeba otaczania się przedmiotami, reżim czystości, podkreślanie statusu materialnego, nie brało się właśnie z budowania wszystkiego od zera?
AS: Coś w tym jest. Pustka była ekstrawagancją, przywilejem wybranych. W książce zamieściłam zdjęcia artystycznie pustawego mieszkania Jerzego Skolimowskiego: materac, lampa, stos książek, nic więcej.
Skoro pustka była ekscesem, nadmiar musiał być jej odwrotnością, czyli czymś powszechnym. Oczywiście istniały różne wersje nadmiaru. Felicja Uniechowska, historyczka sztuki, trendsetterka urządzania wnętrz w PRL-u, lubiła prezentować mieszkania artystycznie zatłoczone. Na zjawisko szybkiego zapełniania pustki zwróciła uwagę kulturoznawczymi Weronika Parfianowicz: ludzie kupowali całe serie wydawnicze – w ten sposób można było błyskawicznie zbudować spory księgozbiór – i zapełniali nimi półki w meblościankach. Operowano gotowcami, mogły to być na przykład kolekcje kryształów. Próbowano też odtwarzać atmosferę starych mieszkań, gdzie przedmioty narastają latami. Justyna Jaworska przeanalizowała inteligenckie mieszkania, w których gromadzono meble z różnych źródeł: a to z Desy, a to od znajomych. Swojska zbierania „każde krzesło po innej ciotce” miała dawać efekt zakorzenienia. Czy zasadna będzie teza, że nadrabianie strat było efektem biedy i wojennych zniszczeń? Tego nie jestem całkowicie pewna, stawiałbym też na ogólnoeuropejski trend rozbuchanej konsumpcji, charakterystycznej dla przełomu lat 60. i 70.
MK: Nędznie wyposażone były w PRL-u łazienki. Przede wszystkim z powodu tej nędzy, a mniej ze względu na intymne czynności, uchodziły za miejsce wstydliwe.
AS: W mieszkaniach prezentowanych na łamach czasopisma „Ty i Ja” – dziś nazwalibyśmy je lajfstajlowym – rzadko pojawia się łazienka, design nie napawał dumą. Z łazienkami wiązało się kilka problemów. Po pierwsze, nie zawsze były, a jeśli już, to mocno niedoposażone. Umywalkę długo uznawano za zbytek, do mycia wystarczały miski. Na niejednym zdjęciu z epoki widać łazienkę z miejscem i doprowadzoną instalacją, ale wanna ani umywalka z jakiegoś powodu nie zostały zamontowane. W blokach z wielkiej płyty łazienki oddawano do użytku w stanie „deweloperskim”. Mieszkańcy własnym sumptem musieli doposażać te pomieszczenia. Awarie instalacji wodno-kanalizacyjnych były bardzo częste, ludzie woleli więc zostawiać rury na wierzchu, niż co chwilę skuwać i od nowa montować zdobyte z wielkim trudem kafelki. Eksperci od urządzania wnętrz mieli na co narzekać: użytkownicy adaptowali łazienki do różnych funkcji, ze składzikiem na mało reprezentacyjne sprzęty i psie legowisko włącznie. Takie praktyki spędzały sen z powiek higienistkom i higienistom. Wreszcie, akustyczne piony łazienkowe w blokach mieszkalnych wykluczały intymność. Ciekawa rzecz, o ile do seksualności autorzy poradników wnętrzarskich podchodzili z wielką pruderią, o tyle intymność na poziomie sanitarnym ekspertki i eksperci omawiali dosyć otwarcie. Czynności toaletowe nie były tematem tabu.
MK: Bardzo ciekawie analizuje pani wymiar płciowy polskiej przestrzeni mieszkalnej. Jak przypisane kobietom i mężczyznom role społeczne i kulturowe odciskały się na polskich wnętrzach?
AS: W stalinowskiej Polsce narracja polityczna mocno podkreślała równość płci i zachęcała kobiety do pracy w fabrykach i na budowach. W żaden sposób nie przekładała się jednak na przestrzeń domu, tu nie było rewolucji. W Polsce nie zdecydowano się na eksperymenty rodem z ZSRR za czasów Lenina, gdy budowano tam mieszkania bez kuchni, a żywiono się w stołówkach. U nas funkcjonowały stołówki przyzakładowe, ale nie przyjęły się jako forma żywienia rodziny. Przez cały okres PRL-u kuchnię konserwatywnie uważano za miejsce kobiety. Tu i ówdzie postulowano jakieś otwarcie przestrzenne kuchni, żeby matka karmicielka miała oko na bawiące się dzieci, kontakt z resztą domowników, żeby jej nie zamykać w klitce z piekarnikiem niczym służącej. Pojawiały się inicjatywy zachęcające mężczyzn, aby włączali się do prac domowych, na przykład kampania społeczna „Ludwiku, do rondla!”, zainaugurowana w 1958 roku. W książce Po męstwie Wojciech Śmieja pisze o nowoczesnych mężczyznach, którzy czynnie wspierali żony w obowiązkach domowych. Ale to były wyjątki, większość społeczeństwa odtwarzała konserwatywny podział ról, a projektowane przestrzenie kuchenne sprzyjały jego umacnianiu.
Fot. Zofia Rydet / PAP
Domeną pana domu było majsterkowanie. Mocno naznaczało przestrzeń mieszkania własnoręcznie wykonanym zestawem półek, pawlaczami. Działalność mężczyzn jako naprawiaczy domowej przestrzeni szczególnie uwidoczniła się w kryzysowych latach 80., kiedy wszystkiego brakowało. Genderowy podział ról w polskim domu został wówczas doprecyzowany. Kobiety zajmowały się aprowizacją, zdobywały jedzenie, przygotowywały weki, przetwory, zapasy, wyczarowywały obiad z niczego, szyły, cerowały, dziergały. Mężczyźni – złote rączki – konstruowali, naprawiali, kładli parkiety i boazerie.
MK: Na przełomie lat 70. i 80. w polskiej przestrzeni na dobre zakrólował zestandaryzowany modernizm osiedli z wielkiej płyty, tymczasem wnętrza mieszkań uciekły w rustykalne horror vacui. Pisze pani w Futerale: „Stan wojenny pozamykał obywateli w domach, jeszcze bardziej odseparował od świata w bezpiecznej, domowej przytulności. Tego, co na zewnątrz, po prostu się bano, dom na powrót stał się futerałem chroniącym przed niepewnością i kryzysem”.
AS: W latach 80. malownicza rustykalność przeszła do mainstreamu. Wszystkie te boazerie, obrusy w kratę, firaneczki, warkocze czosnku u sufitu, ciepłe kolory tkanin, ekspozycje słoików z różnokolorowymi przyprawami w jakiś sposób uszczelniały mieszkanie swoim nadmiarem. Tworzył się klimat leśnej chaty. Drewno boazerii zapewniało izolację cieplną i akustyczną, odgradzało od surowości świata zewnętrznego. Zapanowała moda na saunową przytulność, nawet łazienki wykładało się boazerią. Dodatkowy bufor akustyczny i termiczny zapewniały drzwi wejściowe obite gąbką i skajem. To wszystko łączyło się ze wspomnianą zapobiegliwością, z własnoręcznie wykonanymi schowkami, pawlaczami i półkami przygniecionymi toną przetworów zgromadzonych na zapas. Mieszkania zmieniały się w dziuplo-schrony.
MK: Z rozczarowania systemem PRL-u i standaryzacją modernizmu zrodziła się moda na retro, typowa dla lat 80. Jej ekstremalnym przejawem jest trzydziestometrowe mieszkanie w stylu Ludwika XVI, w bloku, zaprojektowane przez Andrzeja Grzybowskiego. Do jakiego stopnia ten trend wiąże się z antysystemowym buntem, zaprzeczeniem wiejskiemu pochodzeniu polskiego społeczeństwa i wiarą, że my wszyscy ze szlachty?
AS: Rzeczywiście w tym czasie pojawiły się spektakularne realizacje wnętrzarskie z panopliami, porożami na ścianach, skórami – coś przedziwnego! Moim zdaniem nastąpiło odrodzenie prawicowych, konserwatywnych wartości. Rytuały, tradycja, religia zaczęły się manifestować w dekoracjach mieszkań, a coraz częściej także domów jednorodzinnych, własności zamożnych ogrodników, lekarzy. Cudownym źródłem informacji o tych ostatnich było czasopismo „Mój Dom”, wydawane we Wrocławiu. W literaturze narastający konserwatyzm schyłku PRL-u oddaje Jeżycjada Małgorzaty Musierowicz, seria powieści dla nastolatek. Główni bohaterowie, inteligencka rodzina Borejków, mieszkają w secesyjnej kamienicy w centrum Poznania. Przerzucają się cytatami z Horacego i gardzą wulgarną nowoczesnością. Jej reprezentanci, zaprzeczenie Borejkowych wartości, mieszkają w blokach z wielkiej płyty.
MK: Możemy już z pewnym dystansem spojrzeć na procesy, które ukształtowały nasze społeczeństwo po II wojnie światowej. Koniec końców naszym dziadkom i rodzicom udało się zbudować różne kapitały – i materialne, i kulturowe, które legły u podstaw także współczesnej Polski. Co jest z pani perspektywy badawczej najważniejszym lub najtrwalszym dziedzictwem mieszkalnictwa PRL-u w wymiarze zarówno materialnym, jak i społecznym?
AS: Na pytanie o dziedzictwo materialne nietrudno udzielić odpowiedzi. Są nim nieźle zaprojektowane modernistyczne bloki i tonące w zieleni, świetnie skomunikowane osiedla. W modernistycznych mieszkaniach dziś urządzimy się wygodniej niż kiedyś nasi rodzice i dziadkowie, bo jest nas mniej. Z moim partnerem we dwoje mamy do dyspozycji pięćdziesięciometrowe mieszkanie w bloku z lat 50., zaprojektowane dla pięcioosobowej rodziny. Kuchnie jak były, tak pozostały ciasne, ale z ich zagospodarowaniem radzimy sobie za pomocą rozwiązań podsuwanych nam przez pewną szwedzką korporację. Łazienki nadal są akustyczne, cóż poradzić… Większy kłopot mam z odpowiedzią o spuściznę społeczną. Czasem nachodzi mnie refleksja, że pod tym względem więcej straciliśmy, niż nam zostało. Straciliśmy przede wszystkim przekonanie, że mieszkanie jest prawem, nie towarem. Na poziomie społecznym chyba wciąż tkwią w nas opór i nieufność wobec nowoczesności. Warto jednak docenić odziedziczone po poprzednim ustroju zróżnicowanie społeczne, typowe dla polskich osiedli. Wymieszaliśmy się w tym PRL-u i wyszło nam to na dobre.
















































































