Dawno temu, zanim świat nabrał kształtu, a lądy były jałowe, z morza, spośród duchów wodnych, wyłoniła się wielka Anakonda. Pełzała po suchym lądzie w poszukiwaniu pożywienia. Gdy wgryzła się w ziemię, z jej paszczy wysypały się nasiona. Wkrótce wykiełkowały w bruzdach, które Anakonda pozostawiła po sobie, i dały początek rzekom, drzewom i kwiatom dzisiejszego lasu.

Z nasion zasianych przez Anakondę oprócz lasu wyrośli ludzie. W każdym miejscu, w którym spoczęła, rodziły się wspólnoty – każda z własnymi zwyczajami i językami, ale wszystkie połączone wodami rzek wytyczonych przez Anakondę. Rzeki te zbliżyły ludzi, zespoiły w jedną wielką rodzinę pod opieką lasu.

Po zakończeniu pracy Anakonda wróciła do wody i żyje tam do dziś. Mówi się, że nieustannie czuwa nad rzekami i istotami zamieszkującymi las, i że zawsze, gdy las potrzebuje pomocy, Anakonda powraca, by go chronić.

Stworzenie wszechświata opowiedziane przez Anitaliję Pijachi Kuyuedo, przywódczynię ludu Okaina (Dyo’xaiya), las amazoński1

Wygląda na to, że cywilizacja zachodnia – androcentryczna i kapitałocentryczna – wyczerpała już swoje narracje dotyczące budowania bezpiecznego świata, zarówno dla ludzi, jak i wszelkich bytów pozaludzkich. System nastawiony na nieustanne pomnażanie i gromadzenie kapitału doprowadził do narastającego kryzysu środowiskowego.

Trudno o optymizm; by system potrafiłby samodzielnie się naprawić, musiałby bowiem podważyć swoje podstawowe założenie – bezwzględną akumulację kapitału. Żeby przetrwać, potrzebujemy alternatywnego scenariusza przyszłości. Pomogłoby go zbudować uważne słuchanie tych głosów, które przez lata pomijano i tłumiono, na przykład plemion Ameryki podbitych przez Europejczyków.

Trop podsuwa Donna Haraway. Jej uważność wykracza poza historie, dotyczy również ich autorów, okoliczności i miejsca powstania: „Ważne, czym myślimy o tym, co myślane; ważne, jakimi historiami tłumaczymy historie; ważne, jakie węzły wiążą węzły, jakie myśli myślą myśli, jakie słowa słowią słowa, jakie więzi splatają więzi. Ważne, z jakich historii rodzą się światy i w jakich światach rodzą się historie”2. Holistycznym ujęciem Haraway wprowadza nas w chthulucen, system alternatywny do antropocenu, świat nowych form wspólnotowych, w tym ludzko-pozaludzkich, opartych na wzajemnej odpowiedzialności i współtworzeniu w trosce o planetę. Interesuje nas właśnie przedrostek „współ-”.

Budynek gospodarski, osada Gamboa
Fot. Adrian Krężlik

Równocześnie w obecnej, niemal beznadziejnej i przedapokaliptycznej rzeczywistości chcemy dać przestrzeń głosom, które zachodnia cywilizacja przez lata ignorowała. Przybliżamy polskim czytelnikom perspektywy inne niż powszechne i androcentryczne, wyrosłe z wiedzy rdzennych kultur. Takie narracje istniały kiedyś także nad Wisłą, Bugiem, Odrą, tyle że zostały zakryte przez późniejsze i dla nas, autorów tego tekstu, wciąż pozostają w dużej mierze nieznane. W polskiej i europejskiej codzienności są już prawie nieobecne, obumarły. Każda taka narracja, zakorzeniona w rzeczywistości i światopoglądzie jej twórców, ma coś istotnego do przekazania. Wezwanie Haraway, by narracjami stwarzać światy, otwiera drogę do spojrzenia na Amazonkę nie jako krajobraz, lecz sieć praktyk, pamięci i zamieszkiwania.

Sądzimy, że my, Europejczycy, najlepiej napiszemy kolejny rozdział historii razem – tak, aby żadna narracja nie narzucała się innym, otwierała za to przestrzeń dla wielu perspektyw. Ich współobecność pozwoli osiągnąć międzykulturową harmonię, udostępni różnym społecznościom wiedzę i doświadczenia pozostałych, a przy okazji pogłębi świadomość i wagę relacji międzygatunkowych oraz będzie pielęgnować i wzmacniać współistnienie ludzi z naturą. Interesuje nas splatanie głosów, które ze sobą rezonują. Budują dziedzictwo troski i wspólnotę z uwzględnieniem dobrostanu i sumak kawsay3.

Szukanie nowych i dawnych narracji, ich analiza, tłumaczenie na współczesność, wydają się krokiem zarazem dobrym i trudnym, lecz niezbędnym. Splatamy wiele narracji i równocześnie proponujemy różne perspektywy. Posłuchamy między innymi głosów Anitalii Pijachi, rdzennej mieszkanki puszczy amazońskiej, Robin Wall Kimmerer, botaniczki z plemiona Potawatomi, oraz boliwijskiego kolektywu 066. Wprowadzą nas w świat innego, otworzą oczy na ich twórczą siłę i niezwykłą hojność, z jaką ofiarują nam swoją mądrość.

Nauka od kronikarek i kronikarzy nie wymaga wysiłku: wystarczy słuchać ich opowieści. W pierwszej kolejności uświadomią nam, że człowiek dopiero od niedawna zamieszkuje planetę Ziemię, a nasze dalsze trwanie wcale nie jest pewne.

Widok na podwórko i dom w okolicach Calderon, na granicy kolumbijsko- brazylijskiej. Część domu kryta strzechą, część blachą trapezową. Wyniesienie na palach chroni przed podniesionym poziomem wody po deszczu
Fot. Adrian Krężlik

Izolacja od natury i traktowanie jej jak elementu obcego, obiektu kontroli, wyrastają z tradycji judeochrześcijańskiej. Człowiek – najwyższe stworzenie Boże – dominuje w niej nad innymi istotami. Ameryka Łacińska padła ofiarą tego podejścia w wersji hard: od końca XV wieku europejscy kolonizatorzy poddawali cudze terytorium niepohamowanemu ekstraktywizmowi, a ludność podporządkowywali sobie przemocą w dowolnych formach. Naturę – obcą, dziką, nieznaną i przez to dla najeźdźców niebezpieczną – postanowili ująć w jarzma, aby podporządkować ją potrzebom rozwijającego się Starego Kontynentu.

Ludy przedkolumbijskie nie czyniły podziału między Naturą a ludzkością. Nie zakłada go między innymi koncepcja Pachamamy4, nie jest znany w świecie andyjskim. Ludzie należą do Natury, co więcej, relacje międzyludzkie zawsze są zbiorowe: zachodzą w obrębie społeczności, a nie między jednostkami. Koncepcja społeczności u Keczua i Ajmarów obejmuje ludzi, nieludzi (niektóre gatunki zwierząt i roślin), elementy abiotyczne (zwłaszcza wzgórza i góry) oraz duchy przodków. Przecież Ziemia istniała przed ludźmi i będzie istnieć po nich. Perspektywa andyjska stawia gatunek ludzki na równi z każdym innym bytem: roślinami, zwierzętami, duchami przodków, wiatrem, porami roku.

Dom w osadzie Gamboa: dach kryty palmowymi liśćmi, ściany z nieheblowanych desek. Po lewej stronie mały panel słoneczny
Fot. Adrian Krężlik

Opowieści z obu Ameryk przypominają o dawnych wartościach i prawdach. W mitach i współczesnych przekazach poszukujemy sposobów na stawienie czoła kryzysowi klimatycznemu, bo „przyszłość zależy od tego, czy potrafimy się wsłuchać w tę starożytną i milczącą tkaninę, która wciąż podtrzymuje świat”.

Tkaniną Anitalija Pijachi Kuyuedo nazywa Ziemię. Jest spleciona z historii, wspomnień, tradycji, emocji, wiedzy, troski i nadziei. Wszystkie te elementy rozwijają się jednocześnie i współcześnie wobec siebie, wzmacniając się wzajemnie właśnie dzięki swoim wzajemnym relacjom. Przeszłość nie jest spetryfikowanym monolitem, lecz żywym i zmiennym elementem.

Nie oddzielamy Natury od siebie. Nie traktujemy jej jak środowiska ani zasobu, my wszyscy tworzymy Naturę. Tworzymy część wielkiej struktury, która podtrzymuje drzewa, rzeki, zwierzęta i gwiazdy. Wszystko żyje i wszystko ma duchowego właściciela, który czuwa nad jego równowagą: wielka rzeka Apaporis5, lasy cumare6, zwierzęta, jaguar wodny7 i koliber8.

Współdzieląc daną przestrzeń i jej doświadczając, ciągle zmiennej, poznajemy tych, którzy z troską odnoszą się do niej, z czułością dbają o jej tożsamość, historię i obowiązujące umowy społeczne. Równocześnie poznajemy też innych, ich celem jest osłabienie tych wartości i niszczenie danej przestrzeni.

Typowy dom w osadzie Gamboa: część dzienna chroniona przed słońcem przez wysoki dach, całość wzniesiona na palach
Fot. Adrian Krężlik

Tylko relacje oparte na słuchaniu, zrozumieniu i empatii pozwalają terytorium na zmiany w jego fizyczności. Słuchanie, obserwowanie, pytanie, rozmowy z nim, czucie wątków tkanych od zawsze, zanim pojawił się człowiek, pozwala na nowo odkrywać terytorium. Anitalija uświadamia nas, że ludzie Okaina myślą podobnie:

Zanim dotkniemy drzewa albo jakiejkolwiek innej rośliny, prosimy o pozwolenie. Nie z lęku, ale z szacunku. Ponieważ wiemy, że ta roślina to nie tylko materia; to duch, pamięć, słowo. Jeśli zerwiemy tę świętą więź, skrzywdzimy nie tylko siebie; zaburzymy równowagę całego świata.

Jedyne dobre życie to życie w harmonii. Dbając o las, dbamy o siebie. Jeśli zaszkodzimy wodzie, my również umrzemy. To, co się dzieje w ciele ziemi, odbija się w naszych ciałach i w naszym życiu.

Do słów Anitalii możemy się od razu zastosować na naszych podwórkach, ulicach i w miastach. Nie wymaga to wysiłku. Wystarczy zadbać o trawnik, po upalnym dniu podlać drzewa pod oknem, może sprzątnąć śmieci z chodnika, zimą ustawić karmnik dla ptaków, dokręcić śrubkę w ławce, zanim deska się wyłamie. Moi dziadkowie takie rzeczy robili odruchowo, żeby wszystkim mieszkało się lepiej.

Na mapach Amazonka widnieje jako rzeka, ale w realnym świecie wykracza poza tę kategorię. Rozległe ekosystemy, gęsta sieć zlewni i wysoka bioróżnorodność upodabniają ją do morza, z zatokami, wyspami i lagunami. Z bogactwa natury wyłonił się równie bogaty, złożony i rozproszony świat wielu kultur ludzkich. W środkowym biegu Amazonki, na granicy Brazylii, Peru i Kolumbii, na obu jej brzegach rozwinęła się prężna konurbacja. Początki osadnictwa współczesnego i napływowego sięgają czasów gorączki kauczuku na przełomie XIX i XX wieku. Na tereny mniejszych plemion, między innymi Uitoto, Yagua, Okaina, przybysze dotarli tu z miejsc położonych dalej w górę Amazonki. Tak zaczęła się historia Tikuna, plemienia wody, w tej części lasu. Nie wiadomo, czy byli zbiegłymi niewolnikami białych eksploratorów, czy ściągnęli tam z własnej woli. Mówią, że nigdy nie zostali pokonani przez białych.

Prosty dom z nieheblowanych desek, kryty blachą trapezową. Wyniesienie dachu i dolne podcięcie ściany ułatwiają cyrkulację powietrza
Fot. Adrian Krężlik

Jak każde osadnictwo, przynieśli własne formy budowania i zajmowania przestrzeni. Uitoto, czyli ludzie ziemi, zamieszkiwali z dala od brzegów Amazonki, na terenach wyżej położonych, gdzie nie sięgały coroczne rozlewiska. Tikuna żyli w rytmie wody, w ciągłych negocjacjach z nurtem, przypływem i tymczasowością lądu. Różnica nie sprowadza się do praktyki, ma konsekwencje kosmologiczne, definiuje sposób bycia wobec świata. Uitoto unikają wody, polują na zwierzęta z lasu; Tikuna łowią ryby, przemieszczają się wodą, ich topografia opiera się na biegach rzek.

W latach 80. XX wieku nowa fala migrantów Tikuna założyła osadę Gamboa. Przynieśli architekturę wernakularną, wyrosłą z wiedzy budowlanej i lokalnych materiałów, ale do tradycyjnych palafitów wprowadzili elementy zachodniej globalności, między innymi blachę trapezową, deski cięte piłą, gwoździe, drzwi na zawiasach, tekstylia. Nie zrezygnowali jednak z rezyliencji testowanej przez pokolenia, a pod niektórymi względami ją wzmocnili.

Architektura wernakularna jest w ciągłym procesie zmian, każde pokolenie wnosi do niej nowe elementy i materiały, stara się ulepszać istniejące rozwiązania. Badacze architektury i architekci często szukają „oryginalnej” architektury jakiegoś regionu, niezmienionej od dziesiątek lat, a może od stuleci, a taka przecież nie istnieje. Uporczywe szukanie niezmienionej, dawnej architektury wernakularnej prowadzi na manowce. Formy i materiały mutują również pod wpływem kultury zachodniej, ona dociera wszędzie, a dokądkolwiek dotrze, zmienia praktyki budowania i zamieszkiwania. Przypomina o tym jedna z mieszkanek Gamboa: „Przecież my też chcemy mieć czystą wodę, prąd i dostęp do internetu. Jak widzisz, nie chodzimy już w białych przepaskach na biodrach i na bosaka”.

Żelbetowy budynek wspólny w osadzie Gamboa
Fot. Adrian Krężlik

Od początku pory deszczowej, czyli od grudnia, aż do jej końca na początku czerwca wody Amazonki zalewają między innymi osadę Gamboa. Mieszkańcy przemieszczają się w łodziach i balsach. Budowanie nad Amazonką wymaga gotowości na zmiany poziomu wody i mniej lub bardziej przewidywalne rozlewiska. Lud Tikuna przystosował się po mistrzowsku. Domy buduje na wysokich palach z drewna cumaru, twardego i odpornego na organizmy ksylofagiczne, pospolitego w tej okolicy. W porze suchej platformy wiszą wysoko nad ziemią, w porze deszczowej niemal pływają, woda zakrywa strome schody. Tam, pod szerokim, wysoko zawieszonym dachem ganku, miejscowi spędzają dużą część dnia: pracują, jedzą, leżą w hamakach, odpoczywają po pracy. Dach, kryty liśćmi palmy chapaja (lub – coraz częściej – blachą trapezową), przeplecionymi przez drewnianą więźbę z cedrzyka wonnego, dzięki warstwowemu układowi włókien i porowatej strukturze materiału chroni od palącego słońca, nie pozwala na przegrzewanie się przestrzeni pod nim ani na gromadzenie się ciepła w części mieszkalnej. Technika układania liści wymusza filtrację powietrza: ciepło ucieka ku górze, więc powietrze stale się porusza i ogranicza kondensację wilgoci.

Części mieszkalna i sypialna są jedno- albo kilkuizbowe. Cienkie ściany domu chronią głównie przed wzrokiem sąsiadów, bo przecież wewnątrz i na zewnątrz panuje taka sama temperatura. Wystarczy parę desek, niekoniecznie oheblowanych, z lekkiego i łatwego w obróbce drewna quinilly. Również między nimi konstrukcja, forma, materiały i sposób ich łączenia sprzyjają przewietrzaniu, co poprawia komfort cieplny i zapobiega gromadzeniu się wilgoci, a więc też pęcznieniu drewna, rozwojowi mikroorganizmów i grzybów, czyli butwieniu. Gatunki drewna dobiera się w zależności od funkcji w budynku, ale też z uwzględnieniem odporności na degradację9. Na tarasach i w deskowaniach wystawionych na deszcz – gdzie materiał jest silnie narażony na wilgoć i działanie grzybów – najlepiej sprawdza się drewno roxinho. Jest odporne na zgniliznę białą (rozwija się ona przy stałej wilgotności), pod względem trwałości wytrzymuje porównanie z gatunkami ipê i astronium, lecz wykazuje najwyższą odporność na zgniliznę brunatną (ta rozwija się przy zmiennej wilgotności). Niestety jest dość rzadkie, czyli również drogie, więc stosowane jako materiał wykończeniowy i okładzinowy.

Domy przy nadbrzeżu kanału Amazonki
Fot. Adrian Krężlik

Elementy konstrukcyjne wewnątrz: belki, słupy, często powstają z drewna ipê, odpornego na zgniliznę brunatną i czynniki atmosferyczne w klimacie lądowym10. Jest stabilne, trwałe i łatwe w obróbce11. Gatunki drewna w Amazonii i ich właściwości konstrukcyjne starannie przebadali inżynierowie, na przykład z Instytutu Badań Technologicznych i z Centrum Technologii Zasobów Leśnych – CTFloresta w São Paulo, lecz niewiele studiów konfrontuje tradycyjną wiedzę z badaniami wytrzymałości, odporności na czynniki środowiskowe i ksylofagi.

Domy Tikunów są formą otwartą, nigdy nieskończoną, koegzystują z rytmem przyrody. W niestabilnym środowisku Amazonii stabilność konstrukcyjna nie ma racji bytu, przeczyłaby logice otoczenia. Elementy konstrukcji: pokrycie dachowe, belki, ściany, naprawia się, odbudowuje lub wymienia wtedy, kiedy ich cykl życia dobiegnie końca. Wracają do natury jako materia organiczna: rozkładają się, zamieniają w ściółkę i karmią rośliny. Dom łatwo się adaptuje do aktualnych potrzeb mieszkańców. Właśnie przez adaptowalność i cykliczność, nie zaś trwanie, buduje swoją odporność.

Domy ludu Tikuna współtworzą jego kosmologię, są żywym i zmiennym elementem ekosystemu, a nie egzotyczną ciekawostką. W ich materialności konkretnie realizuje się kosmologia – sposób zamieszkiwania wynikający z myślenia relacyjnego. Drzewo przestaje być drzewem, przeobraża się w część konstrukcji domu, a jednocześnie nie traci swojej tożsamości drewna cumaru. Tikuna postrzegają dom zarówno jako las sam w sobie, jak i jego część.

Kultura zachodnia oddziela miasto od natury. Mit o założeniu Rzymu głosi, że miasto zostało zbudowane na polanie wyciętej w gęstym lesie. Wszystko, co poza kamiennym miastem, zwano barbaricum – terytorium barbarzyńców. Po drugiej stronie świata i mentalności, na połaciach ziemi w dorzeczach Amazonki, ludne i złożone społeczeństwa przed nastaniem europejskiego kolonializmu żyły w lesie. Przekształcały go i równocześnie kształtowały jego ekologię ludzko-pozaludzką12. Las w tej kosmologii wymyka się poza binarność kultury zachodniej, wykazuje cechy artefaktu kulturowego.

Paulo Tavares, brazylijski badacz architektury i architekt, zauważa, że w tym krajobrazie granice między udomowionym a dzikim, uprawianym a nieuprawianym, sztucznym a naturalnym nigdy nie są ostro zarysowane w krajobrazie i praktycznie nie mają znaczenia dla sposobów, w jakie większość rdzennych społeczności Amazonii postrzega i tworzy las oraz w niego się angażuje. Na przykład Achuarowie uważają go za przedłużenie wioski, rozległy sad, ogród.

Ćwiczenia holistyczne
Rys. Jesus Cruz Cab

Robin Wall Kimmerer ancestralne sposoby organizacji przestrzeni i wzajemnych relacji pozaludzkich opisuje na przykładzie popularnej w Amerykach metody uprawy zwanej Trzema Siostrami13. Trzy rośliny rdzenne dla Ameryki Północnej: kukurydza, fasola i dynia, uprawiane razem, dbają o siebie nawzajem i się wspierają, aby odnosić wzajemne korzyści dla wzrostu. Wiele cywilizacji prekolumbijskich zbudowało na nich odżywczy, społeczny i kulturowy fundament. Współdziałanie oraz przestrzeganie naturalnych rytmów przyrody i uprawy przynosiło obfite plony, później celebrowane w czasie zbiorów. Święta i uroczystości budowały poczucie tożsamości, przynależności i spójności społecznej

Nasiona sadzi się na tym samym polu w tym samym czasie, ale pierwsza kiełkuje kukurydza. Rośnie prosta i sztywna. Wysoka łodyga wypuszcza liść za liściem, niczym szczeble drabiny, każdy z długimi wypustkami, na których mogą się oprzeć pędy fasoli. Najpierw kukurydza chce przede wszystkim uformować silną łodygę, zarówno dla późniejszych owoców, jak i dla swojej młodszej siostry, fasoli. Ta zaś wypuszcza na pniu kukurydzy parę sercowatych liści, potem kolejną i jeszcze jedną, wszystkie blisko ziemi. Fasola koncentruje się na wzroście liści, kukurydza pnie się do góry. W okresie dojrzewania fasoli jej hormony wprawiają wierzchołek pędu w ruch nutacyjny. Pęd się kręci, aż znajdzie to, czego szuka: łodygę kukurydzy lub inną pionową podporę. Na niej się zakotwicza.

Ćwiczenia holistyczne
Rys. Jesus Cruz Cab

W tym czasie dynia, najmłodsza w rodzinie, rośnie tuż przy ziemi. Nie oddala się od kukurydzy i fasoli. Jej szerokie parasolowate liście falują na końcach pustych ogonków. W miarę, jak się rozrastają, zatrzymują w glebie wilgoć u podstawy kukurydzy i fasoli oraz uniemożliwiają dostęp innym roślinom.

Ta symbioza stwarza najlepsze warunki do silnego i zdrowego wzrostu wszystkich trzech roślin, a przy okazji korzysta na niej całe pole: ma uregulowaną wilgotność gleby i jej skład mineralny, szkodniki nie mają tam dostępu, wiosenne słońce, letnie deszcze i jesienne wiatry są w pełni wykorzystane.

Boliwijski Kolektyw 066 podkreśla, że ​​prawdziwy potencjał krajów andyjskich tkwi w agroekologii – rolnictwie opartym na relacjach między gatunkami, cyklach i różnorodności praktyk. Potrzebują jednak zbudowania suwerenności żywnościowej w społecznościach rdzennych i chłopskich, wspieranej przez państwo sieciami produkcji, wymianą jej plonów, kredytami, upowszechnianiem tradycyjnej wiedzy i lokalnych innowacji. Członkowie kolektywu chcieliby, by postęp naukowy uwzględniał perspektywę lokalną, społeczną, publiczną, wspierał społeczności boliwijskich Andów. Wiedza przodków musi współbrzmieć z postępem technologicznym, zwłaszcza jeśli przyczynia się on do przywrócenia równowagi z naturą. Stawianie lokalnej i społecznościowej produkcji w centrum nie oznacza zaniedbywania przedsiębiorstw państwowych i usług publicznych, przecież nie wszystkie działania na większą skalę muszą mieć negatywny wpływ na środowisko i ludzi. Kraje o dużej społeczności endemicznej, niezmienionej przez zachodni kapitalizm (zalicza się do nich Boliwia) nadal mogą wytyczać sprawiedliwą i bezpieczną ścieżkę rozwoju oraz nią podążać, w harmonii z naturą. Większość krajów tzw. Globalnej Północy ma przed sobą znacznie trudniejsze zadanie: muszą na nowo odkryć i przedefiniować wartości, wyznaczyć sobie nowe cele i wypracować sposoby ich osiągania. Propozycje agroekologiczne Kolektywu 066, choć osadzone w Andach, rezonują z logiką narracji amazońskich: współdziałania zamiast dominacji.

Ćwiczenia holistyczne
Rys. Jesus Cruz Cab

Tak zwany rozwój albo wzrost zszedł na manowce. Zepchnęło go tam całkowite skoncentrowanie na ekonomii, z pominięciem wszelkich innych wartości. Podział na kraje „rozwinięte” i „rozwijające się”, zapoczątkowany we Francji w latach 50. XX wieku, relikt po neokolonializmie, służył sprowadzeniu różnorodności świata do uproszczonych kategorii. Świat zachodni twierdzi, że jest bardziej rozwinięty, uczy innych. Czy aby na pewno? Tak zwane kraje rozwinięte budują miasta z betonu, zajmują cudze terytoria, do wymiany towaru potrzebują zakodowanych walut, tworzą zorganizowane i ściśle zhierarchizowane struktury społeczne. Arogancka perspektywa zachodnia dopuszcza stronniczy redukcjonizm i uproszczenia, kategoryzuje wszystko, co poza centrum, w odniesieniu do niego trywializowała różnorodność i bogactwo tego, co nieznane, wzmacniając koncentrację dóbr i władzy. Nie ma jednej przyszłości, tak jak nie było jednej przeszłości. Przez lata żyliśmy w przeświadczeniu, że wszystko da się zglobalizować, ustandaryzować, ujednolicić, usieciowić. Dopiero teraz uczymy się, że to nieprawda. Dlatego w momencie zsynchronizowanych i splecionych kryzysów potrzebujemy innych głosów, historii i perspektyw wybrzmiewających wspólnie z naturą, wzmacniania tożsamości i pisania pozytywnych scenariuszy.

Ćwiczenia holistyczne
Rys. Jesus Cruz Cab