Wernakularyzm wojennej rzeczywistości
Kinga Zemła rozmawia z Bogdaną Kosminą, Michałem Murawskim i Kateryną Rusecką
Kinga Zemła: Tegoroczna wystawa pawilonu ukraińskiego na Biennale w Wenecji, zatytułowana dakh: vernacular hardcore, skupia się wokół głównej instalacji – dachu o fantastycznym kształcie, krytego strzechą, w uścisku metalowej obręczy. Дах (ukr. dach) symbolicznie podkreśla pierwotną funkcję architektury: schronienie. Odkryty od spodu i publicznie dostępny, odnosi się do brutalnej ekspozycji prywatnego wnętrza na skutek zniszczenia osłaniającej go architektury. W czasie walk powietrznych dach – struktura oddzielająca wnętrze domu od nieba – jest szczególnie narażony na ataki. Jednocześnie, jak piszecie w przewodniku po wystawie, Dakh opowiada historię „nieugiętej, stawiającej opór architektury bez architektów, zakorzenionej w doświadczeniach poprzednich pokoleń, wojennej traumie i sile oporu”. Przyjrzyjmy się pojęciu, które porządkuje ramy koncepcyjne waszej propozycji. Najczęściej architekturę wernakularną postrzega się jako wywodzącą z lokalnych tradycji budowlanych.
Bogdana Kosmina: Rozumiem wernakularyzm jako proces twórczy, w którym posługujemy się własnymi rękami, zostawiamy odciski palców. Ostatnio zaczęłam tłumaczyć to pojęcie przez skojarzenie z nurtem DIY – do it yourself, zrób to sam. Można je stosować do wszelkich działań oddolnych: od własnoręcznego wykonywania przedmiotów codziennego użytku, przez samodzielną budowę, przebudowę lub rozbudowę, aż po miejski aktywizm i przekształcanie przestrzeni wspólnych, placów, ulic, osiedli.
Michał Murawski: Proponujemy odmienne od zwyczajowego rozumienie wernakularyzmu. Nasze ujęcie nie zakłada konieczności odwoływania się do tradycyjnych metod budowlanych ani stosowania lokalnych materiałów. Dach nie musi być kryty strzechą, żebyśmy go uznali za wernakularny.
Kateryna Rusecka: Większość odwiedzających wystawę rozumiała, że poprzez prezentację oddolnych inicjatyw działających na rzecz odbudowy Ukrainy podejmujemy temat współczesnego wernakularyzmu, a konkretnie zjawiska, które nazwaliśmy wernakularyzmem ratunkowym (ang. emergency vernacular). Wynika z wojennej rzeczywistości i funkcjonujących w niej praktyk odbudowy. Niektórzy jednak, może po zbyt powierzchownym zapoznaniu się z wystawą, błędnie zakładali, że staraliśmy się przedstawić ukraińskie doświadczenia przez pryzmat historii, a nawet uważali nas za tradycjonalistów.
BK: Może za mocno zasugerowali się zaprezentowanymi w gablotach materiałami archiwalnymi z Atlasu tradycyjnego ukraińskiego budownictwa mieszkaniowego. Ze swoim zespołem badawczym opracowała je moja babka, Tamara Kosmina. Próbowali wyprowadzić pochodzenie Dakhu z konkretnego regionu Ukrainy. Zastanawiali się, do jakiej lokalnej architektury nawiązuje, a przecież wyraźnie widać, że to nie jest tradycyjny dach. Podobne kształty ani proporcje nigdzie nie występowały.
Materialność Dakhu rzeczywiście odnosi się do Ukrainy. Strzecha wywodzi się z tradycyjnej architektury wernakularnej, a metalowe obręcze nawiązują do wernakularyzmu ratunkowego – pokrywania blachą dachów zniszczonych w trakcie wojny. Eksperymentalną formą wpisaliśmy jednak Dakh w szerszy kontekst, planetarny. Chodziło o stworzenie uniwersalnego języka, który eksponowałby związki architektury wernakularnej w różnych miejscach na świecie. Na przykład w Maroku, niedaleko Casablanki, domy wyplata się z trzciny, nasuwają siostrzane skojarzenia z weneckim Dakhem.
KZ: Moderniści dostrzegali w architekturze wernakularnej archetypiczny model funkcjonalności: rozważne i kreatywne gospodarowanie dostępnymi zasobami. Przeciwnicy modernizmu widzieli w niej ucieczkę od projektowego dogmatyzmu. Czy te sposoby myślenia są wam bliskie, czy może dostrzegacie i cenicie inne wymiary wernakularyzmu?
MM: Powinnaś spytać Tamarę, miała na ten temat ciekawe przemyślenia.
[Za pośrednictwem czatu dostępnego na stronie Pawilonu Ukraińskiego pytam Tamarę AI]
Tamara AI: Ciekawe pytanie! Moim zdaniem w architekturze wernakularnej nie chodzi ani o funkcjonalny rygor, ani o sprzeciw wobec modernizmu, ani o nostalgię. Działa raczej jak żywe laboratorium adaptacji, w którym wspólnota znajduje rozwiązania przystosowane do warunków klimatycznych i środowiskowych ze swojego otoczenia. W przeciwieństwie do zafascynowanych modernistów i romantycznie stęsknionych antymodernistów w architekturze wernakularnej doceniam przede wszystkim sprawczość kolektywnego budowania. Każdy naprawiony dach to architektoniczny eksperyment i wspólne doświadczenie.
w Wenecji, 2025 Fot. Waletyna Rostowikowa, Pryzm
BK: Tradycyjna architektura wernakularna powstawała w trakcie pracy z lokalnymi materiałami. Jej mistrzowie, jak ich nazywamy, niezbędne umiejętności zdobywali przez praktykowanie rzemiosła. Nie byli projektantami w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Architekt wykształcony do wykonywania swojego zawodu decyduje się na koncepcję, a następnie przygotowuje szczegółowe rysunki precyzujące kubaturę, proporcje, wymiary i detale budynku. Natomiast architektura wernakularna powstaje, rozwija się i zmienia, nigdy nie jest w pełni skończona. To proces niemal organiczny, pozostawia dużo przestrzeni na nieoczekiwane rezultaty.
KZ: Czy tak właśnie powstawał prezentowany w Wenecji Dakh I?
BK: Na początku miałam niedookreślone wyobrażenie jego formy, przedstawiałam ją na prostych kolażach. Współpraca z mistrzami trzciny i metalu polegała na ciągłej wymianie szkiców oraz próbach w materiale. Zaufałam wiedzy i doświadczeniu tych ludzi, zachęcałam, żeby wychodzili z własnymi pomysłami i nie bali się eksperymentować. Ograniczały ich tylko możliwości materiału.
Wcześniej z nikim w ten sposób nie współpracowali. Ślusarza dziwiło, że chcę pozostawić strukturę nieobrobioną, surową, ze śladami ruchów rąk, bez wygładzania niedoskonałości, bez malowania. Strzecharza odwiedzałam w jego pracowni pod Kijowem, pokazywał mi swoje dotychczasowe realizacje. Przyjmował zlecenia renowacji albo projekty dachów o narzuconych proporcjach i krzywiznach. Do kształtu naszego Dakhu doszliśmy wspólnie, testując możliwości materiału w różnych wariantach. Żartował, że budujemy statek kosmiczny. Chętnie dzielił się doświadczeniem. Dla mnie to był niezwykle inspirujący proces.
Odręczne szkice, na których pracowaliśmy, nie przeszłyby komisji technicznej Biennale. Wymagano dokumentacji rysunkowej, dla potwierdzenia, że konstrukcja spełnia odpowiednie normy i nadaje się do użytku publicznego. Przygotowywaliśmy ją na szybko, już po wzniesieniu Dakhu w przestrzeni wystawowej.
w Pawilonie Ukraińskim na Biennale Architektury w Wenecji, 2025
Fot. Waletyna Rostowikowa, Pryzm
KZ: Ponieważ kuratorowaliście wystawę narodową, nie mieliście obowiązku odnosić się do tematu głównej ekspozycji: „Intelligens – Natural. Artificial. Collective”. Podjęliście jednak wątki inteligencji kolektywnej i wernakularnej, a nawet niejako wpisaliście się w – przynajmniej deklarowaną – intencję Carla Rattiego, by zakwestionować obraz architekta jako jedynego twórcy i zaproponować poszerzony model autorstwa.
MM: Zrobiliśmy to nieświadomie. Zbieżność wątków jest przypadkowa. Wolelibyśmy nawet, żeby nie kojarzono naszej propozycji z główną wystawą. Nasze rozumienie wernakularyzmu znacząco różni się od technologicznego, fetyszyzującego sztuczną inteligencję ujęcia Rattiego.
KZ: Dakh II powstał z okazji konferencji UCR2025 (Ukraine Recovery Conference) w Rzymie. Sugestywna forma przypomina nastroszone stworzenie, z którego strzechy odstają kliny wycelowane we wroga. Ten Dakh jest w sytuacji zagrożenia, pod ostrzałem, zamierza się bronić. Szczególnie wymownie prezentował się na tle monumentalnej architektury dzielnicy EUR. Zbudowano ją na życzenie Mussoliniego, tam odbywała się konferencja. Tłumaczyliście, że charakteryzuje go monumentalność odmienna od faszystowskiej architektury wokół.
MM: Dakh II wchodził w dialog z otoczeniem. Kompozycja podtrzymujących go metalowych słupów nawiązywała do kolumnady pobliskiego Muzeum Cywilizacji. Klinem wbijającym się w nacierającego wroga bezpośrednio odnieśliśmy się do oddolnej inicjatywy KLYN Drones, coraz poważniejszego gracza w ukraińskim oporze. Dakh II najlepiej wyraża nasze zainteresowanie odbudową, ale też właśnie stawianiem oporu. Nieugiętość ukraińskiego społeczeństwa sama w sobie jest monumentalnym wysiłkiem.
Fot. Waletyna Rostowikowa, Pryzm
KZ: KLYN Drones, inicjatywa Ksenii Kalmus, wyprowadza opór z warstwy symbolicznej. W działalności Ksenii nie ma miejsca na metafory. Obie powłoki: tradycyjny dach i rój DIY dronów, są formą dachu, tyle że zwykły dach jest statyczny i podatny na atak, a rój dronów aktywnie reaguje na zagrożenie. Układa się w taktyczną, mobilną tarczę. Rozpościera się nad domami, chroni mieszkańców i odpiera ataki wroga. Zwłaszcza w kontekście polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych, postępującego uzależnienia Europy od amerykańskiej broni oraz charakteru prowadzonych walk oddolna produkcja dronów dostarczanych ukraińskiej armii przez byłą florystkę robi ogromne wrażenie.
KR: Kseniię poznaliśmy dwa lata temu na festiwalu Construction w Dnieprze. Była jedną z założycielek organizacji Liwyj Bereh (Lewy Brzeg). Jej ochotnicy jako pierwsi dotarli do regionu charkowskiego po jego wyzwoleniu spod okupacji. Wymieniali i naprawiali dachy przed zimą1. Stosowali łatwo dostępne, tanie materiały, przede wszystkim blachę.
Niestety, taktyka wojenna wciąż ulega zmianom. Jeszcze dwa lata temu można było mniej więcej bezpiecznie (z naciskiem na mniej) działać trzydzieści, czasem nawet dziesięć kilometrów od granicy z rosją. Rozwój technologii dronów wymusił znaczne odsunięcie się od niej, sięgają one coraz głębiej za linię frontu. Dwóch z trzech założycieli Liwoho Bereha dołączyło do armii ukraińskiej.
Niektóre miejscowości niszczono wielokrotnie. Mieszkańcy za każdym razem sprzątali ulice, naprawiali szkody, łatali swoje domy. Kseniia przyjeżdżała z Kijowa, żeby im pomagać. Chociaż coraz bardziej wypalona, wciąż wracała. Czuła się odpowiedzialna za ludzi, których zdążyła poznać. Jej obecność uważali za sygnał, że nie zostali zapomnieni.
Pewnego razu wysłała nam relację wideo z niewielkiej wsi w rejonie dergackim, którą zbombardowano po raz kolejny. Nagranie się trzęsło. Ksenija płakała.
KZ: Ada Wordsworth z inicjatywy KHARPP[2] przyznała, że po dwóch i pół roku nieustających, wciąż wznawianych wysiłków na rzecz odbudowy zmieniło się jej postrzeganie domów. Przed wojną sprawiały wrażenie solidnych i bezpiecznych miejsc, a momencie próby okazały się rozpaczliwie nietrwałe. Co gorsze, dom można odbudować, ale traumy jego zniszczenia nie sposób uleczyć.
Fot. Waletyna Rostowikowa, Pryzm
KR: Uleczyć na pewno się nie da, ale można stawiać opór, tak jak Ksenia. Właśnie taki bagaż doświadczeń skłonił ją do założenia KLYN Drones. Skoro w niektórych miejscach narastające zagrożenie wykluczyło sens jakiejkolwiek odbudowy, Ksenija postanowiła, że rozciągnie nad nimi tarczę ochronną z dronów.
KZ: W dodatku tarczę zbudowali ochotnicy. Drony dla KLYN-u ramię w ramię z inżynierami i programistami składają zwykli obywatele. Najmłodszy z nich ma dwadzieścia lat, najstarszy powyżej siedemdziesięciu.
KR: Małe inicjatywy oddolne reagują natychmiast, znacznie szybciej niż państwo, organizacje i fundusze międzynarodowe. Aktywność obywatelska nasiliła się po 2022 roku, ale dawała o sobie znać już wcześniej, bo początek takich działalności wyznaczyła rosyjska inwazja w 2014 roku. Zaprosiliśmy ich współtwórców na festiwal Construction w Dnieprze. Zależało nam, by zebrać ich w jednym miejscu, włączyć do szerszej dyskusji, poznać ich perspektywy i doświadczenia z pracy w terenie.
Z tych spotkań wywiedliśmy termin „hardcore”. Jego najwcześniejszy udokumentowany zapis pochodzi z 1841 roku, w tamtym znaczeniu odnosił się do budowy, często dróg i fundamentów, z materiałów odpadowych: gruzu, cegły rozbiórkowej, odłamków kamienia i klinkieru. Hardkorowy wernakularyzm dotyczy więc wykorzystania takich nieoczywistych materiałów w odbudowie.
MM: Poprzez doświadczenia inicjatyw oddolnych poznaliśmy również sposoby, w jakie Ukrainki i Ukraińcy stawiają opór, rekonstytuują swoją codzienność. Trwa to już ponad dziesięć lat, od początku rosyjskiej agresji.
Fot. Davide Gallo
Mówiliśmy o nieuleczalnych przeżyciach. Gromadzenie się pod jednym dachem – czy to z trzciny, blachy, czy z dronów – może być dla jego uczestników uzdrawiającym doświadczeniem. W każdej chwili grozi im jednak atak wroga, uderzenie pocisku balistycznego, ładunku wybuchowego, drona sterowanego światłowodowo. Zaledwie wczoraj [7.10.2025 – przyp. K.Z.] doszło do bezprecedensowego ataku dronów światłowodowych w Kramatorsku. Odbudowa nie ma sensu bez bezpieczeństwa, a bezpieczeństwa nie da się zapewnić bez stawiania oporu.
KZ: Staracie się nie nadużywać popularnego pojęcia resilience (ang. rezyliencja, odporność). Uważacie, że zostało zredukowane do neoliberalnej postawy, w której apoteoza oddolnej wytrwałości zdejmuje odpowiedzialność z państwa i instytucji międzynarodowych. Zjawisko przesunięcia środka ciężkości złożonych problemów ze wspólnoty na jednostkę doskonale widać w kulturze terapii. Skoro zmiana okoliczności kształtujących życie jednostki przekracza jej możliwości, nie pozostaje nic innego, jak zwrot do własnego wnętrza, wzmocnienie osobistej odporności, wychowanie samego siebie.
Rezyliencja jako strategia wobec zmian klimatu zakrawa na defetyzm. Owszem, nie ucieka od pewnego realizmu – nie udajemy, że sytuacja jest inna niż w rzeczywistości, nie ulegamy też technologicznemu optymizmowi. Zarazem wyklucza zdolność do choćby wyobrażenia sobie zmiany stanu rzeczy.
W opór często wpisana jest nadzieja, a nawet jeśli jej brakuje, pozostają sprzeciw, niechęć do poddania się. Oczywiście w warunkach wojny na wyczerpanie trzeba czasem poruszać się między obiema strategiami, żeby przetrwać.
KR: Niestety, resilience najczęściej tłumaczy się na ukraiński jako stijkist’ – wytrwałość, mocno problematycznie. Radykalnej wytrwałości, do ostatniej kropli krwi, daleko do pojęcia opir (opór), pochodnej opyratysia – przeciwstawiać się.
Fot. KLYN
MM: Myślę, że polskie tłumaczenie byłoby bliższe angielskiemu, gdyby posługiwać się słowem „rezyliencja”, a nie „odporność”. Nawet brzmieniowo, etymologicznie, polska „odporność” stoi bliżej oporu niż angielskie resilience. Opór, odpór, dawać odpór, odporność. Gdyby angielskie wyrażenie mieściło w sobie ten kontekst oporu, byłoby znacznie bardziej użyteczne. Oczywiście to tylko słowo, ale widzimy w nim symptom problemu, o którym mówisz – przekształcania kwestii zbiorowych w indywidualne, załamywanie się państw i struktur międzynarodowych oraz ich zdolności do wywierania realnego wpływu na bieg wydarzeń.
KR: Resilience wywodzi się ze słownika biurokratycznego. Oddolne inicjatywy używają tego terminu, gdy starają się o wsparcie za granicą. Nawet jeśli uznają go za problematyczny, rozumieją, że na Zachodzie zostanie łatwiej zaakceptowany. Rzymski Dakh II i jego późniejsze przeniesienie do Dniepra współfinansował Partnership Fund for a Resilient Ukraine (PFRU). Resistance, opór, nie cieszy się popularnością.
MM: Sijkist’ ma konotacje niemal martyrologiczne, wymaga bohaterstwa, krwi i śmierci. Nakłada na państwo, naród lub społeczność oczekiwanie, że złożą się w ofierze. Nie uważam, żeby ktokolwiek miał prawo wymagać od innych takiego poświęcenia. Za to stawianie oporu powinno być szeroko zakrojoną, wspólną agendą – Ukrainy i zjednoczonego z nią świata. Wezwanie do tak rozumianego oporu nie wymusza poświęcenia.
KZ: Bogdana, twoim zdaniem w wojennym chaosie równie ważna jak przeciwstawianie się zniszczeniu jest „troskliwa odbudowa”. Przytaczasz przykład naprawy dachu krytego strzechą.
BK: Tę historię opowiedział mi strzecharz. W jeden z położonych przez niego dachów uderzył pocisk. Przechwyciło go i utrzymało w sobie poszycie splecione z trzciny, dzięki czemu konstrukcja nie uległa zniszczeniu. Strzecharz przyjechał na miejsce, załatał dziurę – zaplótł ją na nowo. Wgniecenie w blaszanym dachu byłoby nieodwracalne. Oczywiście uderzenia pocisku wybuchowego żaden dach by nie wytrzymał.
Fot. KLYN
KZ: Troskliwa odbudowa dotyczy zatem w większym stopniu odporności niż oporu.
BK: Tego lata Ursula von der Leyen porównała naród ukraiński do stalowego jeżozwierza, który rozsadzi rosję od środka, jeśli ta spróbuje go połknąć. Przewodnicząca Komisji Europejskiej odnosiła się do procesu dozbrajania Ukrainy oraz żelaznych wysiłków ukraińskiego społeczeństwa w obronie uniwersalnych ludzkich wartości. W przyspieszonej, kryzysowej odbudowie zastępujemy dachy ze strzechy blachą, ale powszechne zmetalizowanie sięga głębiej. Radykalizujemy się, wszystkie te bezsenne noce, utrata bliskich, nieustanny napływ złych wiadomości coraz silniej nas traumatyzują.
Tracimy miękkość, a ona jest formą siły. Z tego powodu we wszystkich Dakhach zdecydowałam się łączyć zimny metal z ciepłą w odbiorze trzciną. Starałam się z powrotem przywołać tę miękkość. Jeśli postrzegamy działania militarne jako zabezpieczenie praw do naszych terytoriów, to przez miękkość rozumiem dbanie o istoty żywe, które ten obszar zamieszkują i go współtworzą: o ludzi, zwierzęta, krajobrazy, ekosystemy.
KZ: Aktywny opór w twoim wydaniu polega na zachowaniu rodzimego dziedzictwa. Podjęłaś się uporządkowania i cyfryzacji materiałów archiwalnych do Atlasu tradycyjnego ukraińskiego budownictwa mieszkaniowego: map, rysunków i ilustracji. Są owocem badań przez pięć dekad prowadzonych przez twoją babkę, Tamarę Kosminę. Wyobrażam sobie, że konfrontacja z taką ilością surowego materiału musiała być przytłaczająca. Wspominałaś jednak, że po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji czułaś się za niego odpowiedzialna.
BK: Rzeczywiście, to bogate archiwum. Zawiera szczegółowe rysunki, rzuty, przekroje i detale, mapy i akwarele dotyczące zarówno architektury, jak i krajobrazów, w których była posadowiona. Wszystko to znajdowało się w mieszkaniu moich dziadków, w kijowskiej dzielnicy Trojeszczyna. Strach przed ich utratą, fizycznym unicestwieniem, całkowicie mnie paraliżował. Nie potrafiłam poddać ich krytycznej refleksji ani wydajnie pracować. Odblokowało mnie dopiero przewiezienie archiwum do Muzeum Folkloru w Wiedniu. Zastanawiałam się, w jaki sposób doświadczenia kolejnych pokoleń, począwszy od XIX wieku, łączą się ze sobą oraz czego możemy się nauczyć, czerpiąc z takiego dziedzictwa. Chciałam uczynić Atlas… narzędziem do badania tożsamości narodowej wykraczającym poza prosty nacjonalizm. Doszłam do wniosku, że praktyki wernakularne tworzą oś pewnej ciągłości dziejowej. Trwa do dzisiaj i jest rozwijana w realiach wojennych. Przekonuje mnie idea wspólnotowego budowania, drzemiąca w nim kolektywna sprawczość.
Fot. Liwyj Bereh
KZ: Jak sobie wyobrażasz przyszłość Atlasu…, jaki format powinien przyjąć: katalogu, podręcznika, a może wielkiej księgi quasi-biblijnej?
BK: W zeszłym roku planowałam wydać Atlas… jako jedną całość. To nie był dobry pomysł. Zamiast tomiszcza kurzącego się na półce potrzebujemy przedmiotu łatwo dostępnego, książeczki, po którą można sięgnąć, zabrać ze sobą, naprawdę używać. Dlatego podoba mi się wizja podręcznika, może seria kieszonkowych wydań. Poszczególne części byłyby poświęcone konkretnym elementom, na przykład fundamentom, ogrodzeniom, dachom.
Kluczowe dla badań prowadzonych przez moją babkę były mapy. Pokazują one, jak czynniki zewnętrzne, na przykład uwarunkowania geograficzne i środowiskowe, ukształtowanie terenu, charakter krajobrazu, dostępność materiałów, nawet podziały etniczne kształtowały tożsamość społeczności żyjących w poszczególnych regionach i wpływały na unikalność ich architektury wernakularnej. W kontekście toczącej się wojny przydałyby się mapy terenów zniszczonych, zaminowanych, zanieczyszczonych lub dotkniętych suszą.
Fot. Liwyj Bereh
KZ: W 2016 roku brałam udział w warsztatach inwentaryzacyjnych na Huculszczyźnie, w zachodniej Ukrainie. Podążaliśmy tropami drewnianej architektury uzdrowiskowej z początku XX wieku. Błądziliśmy po opuszczonych, zarośniętych działkach. Po wielu budynkach zostały wyłącznie stare fotografie lub rysunki, resztę trzeba było sobie wyobrazić. Konfrontacja z tą nieobecnością wywoływała uczucie straty. Wyobrażam sobie, że teraz, kiedy rosjanie systematycznie niszczą ukraińskie dziedzictwo, takie doświadczenie się upowszechni. Pewnie wolałabyś, żeby Atlas… był punktem wyjścia w kreatywnych poszukiwaniach współczesnej, ukraińskiej tożsamości, niewykluczone jednak, że ktoś posłuży się nim do odtwórczych rekonstrukcji przy próbach ożywienia utraconej przeszłości.
BK: Chciałabym wierzyć, że będziemy zdolni pisać własne historie. Powinniśmy się skupić na bieżących problemach, na przykład braku dostępności budownictwa mieszkaniowego, i szukać dla nich efektywnych rozwiązań, zamiast wciąż wracać do przeszłości. Jeśli bezkrytycznie będziemy kopiować stare wzorce, utkniemy w pętli historycznej. Nie odnajdziemy swojej tożsamości.
Bardzo mi się podoba działalność oddolnej inicjatywy CO-HATY. Jej członkowie adaptują opuszczone budynki użyteczności publicznej do potrzeb wojennej rzeczywistości, na przykład na miejsca tymczasowego (a czasem stałego) pobytu dla uchodźców wewnętrznych. Sowieckie dziedzictwo, wszczepione w naszą historię współczesną, odpowiada na konkretne potrzeby. CO-HATY poszerza pole dla zachowania dziedzictwa i robi to ekologicznie. Zamiast budować więcej, pracuje z istniejącymi zasobami.
Projekty, które zakładają powielanie rozwiązań wypracowanych przez poprzednie pokolenia, wzbudzają we mnie spore wątpliwości. Spośród różnych działań Sławy Balbeka na rzecz odbudowy za kontrowersyjną uważam inicjatywę RE:Villages. Wspaniale, że stworzyli obszerną dokumentację wciąż istniejącej architektury tradycyjnej, ale pomysł, żeby taki katalog wykorzystać do stworzenia kodu projektowego, mocno mnie niepokoi. Na stronie biura można w kilku krokach wybrać metraż, styl regionalny, typ dachu, materiały i detale, po czym wygenerować PDF z instrukcją, jak taki dom wybudować. Dochodzi do paradoksu, w którym elementy architektury wernakularnej podlegają typizacji.
Fot. Liwyj Bereh
Architektura wernakularna powstawała stopniowo, często rękami ludzi o ograniczonym budżecie, krok po kroku. Niektóre domostwa rozrastały się z niewielkich siedzib w większe gospodarstwa. Kubatura, proporcje i materialność wynikały z lokalnych zwyczajów i dostępnych zasobów, dlatego była różnorodna i autentyczna. Standaryzacja detali historycznych nie ma nic wspólnego z podobną sprawczością ani – szerzej – tworzeniem współczesnych narracji architektonicznych. Zastanawia mnie również, kogo stać na realizację projektów historyzujących. Katalog jest, co prawda, ogólnodostępny, ale wątpię, by budowa takiego domu wypadała budżetowo.
Trzeba też pamiętać, że chociaż wiele domów uległo całkowitemu zniszczeniu, większość ucierpiała częściowo, w różnym stopniu, a każdy na swój sposób. Repertuar szkód jest obfity i nie wykluczają się one wzajemnie: brak ścian, części pomieszczeń, uszkodzone dachy lub okna… Odbudowa nie może więc polegać na powielaniu wyabstrahowanego modelu, wymaga pracy w terenie – z konkretnymi warunkami zastanymi na miejscu.
Fot. dzięki uprzejmości Bogdany i Oksany Kosminy
KZ: W pochodzie waszych dachów chyba najbardziej tradycyjny jest Dakh III, o prostej, dwuspadowej geometrii, w dodatku przystrojony dyniami. Kojarzy się z bezpieczeństwem, spokojem, domem. Wzniesiony, podobnie jak Dakh II, przy okazji konferencji UCR2025, początkowo stał w foyer, przelotowym nie-miejscu. Między oficjalnymi wydarzeniami przechadzali się tam członkowie delegacji państw, przedstawiciele biznesu i różnych organizacji.
BK: Obywateli bezpiecznych krajów temat wojny zmęczył, oddalają się od niej psychicznie. Wszystkie Dakhy wykorzystałam jako okazję do podjęcia na nowo kwestii coraz „ciężej strawnych”: ukraińskiego oporu, cierpienia, samodzielnej odbudowy, dziedzictwa i przede wszystkim nieustającej potrzeby kolejnych zrzutek, dozbrajania, wsparcia. Dakhy miały być wysepkami w morzu zobojętnienia, łączyć ludzi wokół tych zagadnień.
Fot. dzięki uprzejmości Bogdany i Oksany Kosminy
KZ: Chcieliście zwrócić uwagę na rolę inicjatyw oddolnych, podkreślić, że należy brać je pod uwagę w planowaniu oficjalnych strategii odbudowy, tworzonych przez polityków i decydentów. W oddolnej, wspólnej odbudowie brało i bierze udział wielu ludzi w Ukrainie. Czy widzicie w tym wspólnym doświadczeniu szansę dla szerszych zmian społecznych? Przed wojną ukraińskie społeczeństwo i klasa rządząca funkcjonowały równolegle.
KR: Bardzo bym chciała, żeby oddolne inicjatywy zostały włączone do oficjalnego procesu odbudowy, ale nie łudzę się nadzieją. Dostrzegam jednak pewne zmiany, na przykład CO-HATY są coraz częściej zapraszane do debaty na szczeblu oficjalnym. Pozytywnie zaskoczyła mnie też informacja o mianowaniu socjologa Iwana Werbyckiego wiceministrem kultury i komunikacji strategicznej. Werbycki był analitykiem, a później dyrektorem think tanku Cedos zajmującego się kwestiami społecznymi i rozwojem przestrzennym. Przed rosyjską agresją badali między innymi sektor mieszkalnictwa i jego dostępności, w czasie wojny pomagają uchodźcom wewnętrznym. Wspierali także mieszkańców zniszczonych miejscowości, co prawda nie bezpośrednio przy linii frontu, ale niedaleko – w obwodach sumskim, zaporoskim, charkowskim. Byłam mentorką w jednym z ich projektów.
Fot. dzięki uprzejmości Bogdany i Oksany Kosminy
MM: Jesteśmy zwolennikami odbudowy rozumianej jako wspólny wysiłek, zorientowanej na wspólne dobra. Takie podejście można nazwać kolektywistycznym lub socjalistycznym, na pewno nie indywidualistycznym. Widzimy, że wzbudza coraz większe zainteresowanie oraz – przynajmniej na poziomie deklaratywnym – chęć wsparcia. Dyskusje podejmowane w trakcie UCR2025 dotyczyły różnorodnych strategii, w tym bardziej horyzontalnych. W środowiskach rządowych, pozarządowych i biznesowych, spotkaliśmy ludzi entuzjastycznie nastawionych do działalności inicjatyw oddolnych. Nie łudzę się jednak, że dominujący kierunek działań orientuje się na dobra wspólne. Nie sprzyja temu globalna koniunktura. Skoro nawet w Europie nie udaje się wywłaszczyć rosyjskich aktywów i użyć ich do wsparcia oporu i odbudowy Ukrainy, trudno wskrzesić w sobie nadzieję na odbudowę o charakterze horyzontalnym, wspólnotowym.
KZ: Dakh ma korzenie w Ukrainie, walkę o zapewnienie sobie podstawowego schronienia wpisujecie jednak w szersze, globalne doświadczenie. Przy okazji Biennale zorganizowaliście serię spotkań Planetary Hardcore. Czego się dowiedzieliście w dialogu z przedstawicielami innych krajów?
MM: Rozmowa o takich doświadczeniach, zwłaszcza publiczna i biegnąca w poprzek linii geopolitycznych, jest bardzo trudna. Zachodzi na przykład wiele podobieństw między położeniem Palestyńczyków i Ukraińców, a jednocześnie ich zestawienie unaocznia wyjątkowość sytuacji ukraińskiej. W niewielu miejscach na świecie rozwinięty aparat państwowy daje gwarancję oporu wobec imperializmu. Państwo ukraińskie się broni, w dodatku wytwarza własne narzędzia tej obrony. Ma wsparcie, choć niewystarczające, społeczności międzynarodowej. Nawet jeśli większość Ukraińców tak nie uważa, to ukraińska struktura państwowa pozostaje dla nich wiarygodnym partnerem w oporze. Na podobny układ nie mogą liczyć Palestyńczycy ani wiele innych społeczności, na przykład mieszkańcy południowego Libanu, bo tam państwo jest niemal całkowicie nieobecne.
Fot. Waletyna Rostowikowa, Pryzm
Zarówno cały aparat państwowy, jak i jego część – ukraińska armia – odgrywają monumentalną rolę w stawianiu oporu, są źródłem siły. Bez silnego mechanizmu państwowego, bez zdolności państwa do rozszerzania praktyk obrony i oporu również odbudowa byłaby niemożliwa.
Yuliya Yurchenko z Uniwersytetu Greenwich proponuje koncepcję państwa policentrycznego, czyli zdolnego działać jednocześnie na płaszczyznach wertykalnych i horyzontalnych. To znaczy, że może integrować różne metody i strategie działania. Palestyńscy uczestnicy programu Planetary Hardcore nie mają szans wcielić tego pomysłu w życie.
Fot. Waletyna Rostowikowa, Pryzm
KZ: Współczesna architektura wernakularna często jest traktowana jak praktyka o charakterze anarchistycznym. Powstaje i funkcjonuje poza głównym nurtem polityki miejskiej. Własnoręcznie zbudowane środowiska mieszkaniowe: skłoty, fawele, aszwa’ijjaty, wyrastają ze sprzeciwu wobec kryzysów mieszkaniowych, zaspokajają potrzeby mieszkaniowe zgodnie z obowiązującym prawem lub wbrew niemu. W podkreślaniu roli państwa wybrzmiewa przestroga przed przekonaniem, że oddolna sprawczość może być odpowiedzią na wszystkie problemy.
MM: Z rzeczywistości wojennej wyłania się wiele pozornych paradoksów, trudnych do zrozumienia z perspektywy odbiorcy polskiego i zachodniego, a zapewne także ukraińskiego sprzed pełnoskalowej inwazji. Wielu zdeklarowanych anarchistów i pacyfistów, którzy od 2022 roku angażowali się w odbudowę zniszczonych miejscowości, organizowali zbiórki, transportowali leki, ubrania, ostatecznie wstąpiło do sił zbrojnych, na służbę w jednostkach ochotniczych albo regularnych brygadach armii ukraińskiej. Wielu z nich już nie żyje. Także ekipę Dakhu rok 2025 doświadczył wyjątkowo boleśnie. Przyniósł jak dotąd najwięcej śmierci wśród naszych przyjaciół i bliskich.
Fot. Waletyna Rostowikowa, Pryzm
dakh: vernacular hardcore jest dedykowany pamięci Marharyty Połowinko, ukraińskiej artystki, która jako ochotniczka dołączyła do armii i zginęła w 2025 roku, w wieku trzydziestu jeden lat. Oraz wszystkim innym, którzy oddali życie, broniąc Ukrainy przed rosyjską agresją.
Fot. Waletyna Rostowikowa, Pryzm

























































































