Głowa Asklepiosa, twórca nieznany, 325–300 r. p.n.e., British Museum — fot. Marie-Lan Nguyen / Wikimedia Commons CCA 2.5 Generic

Istnieje architektura troski, istnieje architektura beztroski oraz taka, która nie troszczy się o nic. By zrozumieć różnicę między nimi, studiujmy psychologię projektantów, a może lepiej finansowo-polityczne uwikłania tych, którzy budynki powołują do życia. Autor wraz z bogami medycyny przedzierają się przez piekło i czyściec w poszukiwaniu architektonicznego raju. Czy go znajdą?

W życia wędrówce, na połowie życia,
Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,
W głębi ciemnego znalazłem się lasu.

Dante Alighieri, Boska komedia (przeł. Edward Porębowicz)

PRELUDIUM
Słodka architektoniczna schizofrenia

Nel mezzo del cammin, połowa życia, dla Dantego to czas, gdy mężczyzna przekroczył trzydziestkę i czasem trzeba go wyprowadzić z lasu… Jakby pisał o mnie. Właśnie w tym wieku znalazłem się w Anglii – ziemi obiecanej młodych architektów na przełomie tysiącleci. Oto najbardziej prawicowy z lewicowych brytyjskich rządów stawał się wówczas katalizatorem niezliczonych inwestycji. Gros z nich planowano dla narodowej służby zdrowia – National Health Service (NHS). Miały powstawać dzięki nowemu, wychwalanemu pod niebiosa pomysłowi na finasowanie, lecz w tej koncepcji tkwił polityczno-architektoniczno-merkantylny szkopuł. Trzeba będzie kilku lat, by niebiosa się zemściły, a architekci przekonali się na własnej skórze, w jak ciemnym znaleźli się lesie.

Jako architekt przeżywałem wówczas moją prywatną słodką schizofrenię. Oficjalnie pracowałem w hightechowych biurach – uczestniczyłem na przykład w projektowaniu londyńskiego Sharda i innych wieżowców lecz gdy tylko mogłem, uciekałem na wpółnielegalne low-techowe budowy, gdzie konstruowano budynki ze słomy, z gliny, bambusa oraz papierowych tub, opon lub innych śmieci. Jako projektant i dziennikarz byłem zapraszany na przemian na ekskluzywne otwarcia i artystyczne imprezy biednej emigranckiej bohemy. Rano dyskutowałem z miłośnikami wolnego rynku, chwalącymi techniczne gadżety i potencjał globalizmu (nasze biuro miało kilkanaście filii na całym świecie); wieczorami w zupełnie innym środowisku przysłuchiwałem się wizjom świata alterglobalistycznej, antykapitalistycznej rewolucji.

Argumenty po obu stronach formułowano z równie neoficką emfazą: Globalizacja! Antyglobalizacja! Precz z socjalizmem! Precz z kapitalizmem! Podnieśmy podatki dla dobra publicznego! Znieśmy podatki dla rozwoju rynku! High-tech! Low-tech!

Nowe milenium spóźniło się o rok, a nadeszło nie za przyczyną nowych technologii, lecz terrorystów w Nowym Jorku. W Londynie wszystkie projekty wysokościowców zostały wstrzymane. Większość architektów w naszym biurze, między innymi ja, straciła pracę. Postanowiłem skończyć z rozdwojeniem jaźni i projektować coś naprawdę pożytecznego. Określiłem cel: troska o zdrowie ludzi. Rozpoczynam „Podróże z Asklepiosem” pomyślałem. Dość tej schizofrenii. Nie będę dwóm panom służył!

Bardzo się wówczas myliłem. Nie wiedziałem jeszcze, że i medycyna ma dwóch bogów…

PROLOG

Przysięgam Apollinowi lekarzowi i Asklepiosowi, Higiei i Panacei biorąc ich za świadków, że wedle swoich sił i sumienia przysięgi tej dotrzymam.

Hipokrates

MARCIN MATEUSZ: Powiedz, Asklepiosie, jak wpadłeś na swoje „logo medycyny”? Dziwaczna ta laska z wężem. Nie lepsze byłyby skalpel albo chociaż tabletka?

ASKLEPIOS: A czy zauważyłeś, że z wężem przedstawiają też moją córkę Higieję? W Polsce od niej stworzyliście słowo „higiena”. Oznacza profilaktykę, cenię ją jako najważniejszą terapię. W moich świątyniach zdrowia – Asklepiejonach – niejadowite węże pełzały po posadzkach. Zjadały insekty i utrzymywały czystość. Wąż to piękny symbol: zrzuca starą, schorowaną skórę i wychodzi nowy, lśniący. Ten antyczny znak przetrwał aż do czasów Światowej Organizacji Zdrowia.

MARCIN MATEUSZ: Zaraz, zaraz… coś się nie zgadza! Widzę też logo z laską, dwoma wężami i skrzydełkami. Spójrz na Stany Zjednoczone. Czy to zduplikowany turbo-Asklepios?

ASKLEPIOS: Nie, to kaduceusz, laska innego boga, Hermesa – patrona kupców, gaduł i… złodziei. W XIX wieku Amerykanie pomylili te laski i bóstwa. Potem chyba uznali to za zrządzenie opatrzności i od tamtej pory połową medycyny rządzimy ja z Higieją, a drugą połową – Hermes z moją drugą córką, Panaceją. W przeciwieństwie do Higiei zawsze wzbudzała dużo więcej zainteresowania i entuzjazmu. To ona sporządza drogie lekarstwa na wszystko – panaceum – a Hermes je sprzedaje.

HERMES I PANACEJA: Nie słuchaj Asklepiosa. On zajmuje się gawędzeniem, a my konkretami. Jeśli chcesz, załatwimy ci nową pracę.

MARCIN MATEUSZ: A czy może być dla ludzi… dla służby zdrowia?

PANACEJA: O tak! Oto prezent od nas: dwa ogłoszenia o pracę dla NHS!

Tak oto w 2002 roku poszedłem na moje dwie pierwsze rozmowy kwalifikacyjne w biurach projektujących dla NHS. Obie okazały się totalną porażką. Nie dlatego, że nie dostałem pracy. Wręcz przeciwnie.

HERMES I PANACEJA: Jak poszło?

MARCIN MATEUSZ: W jednym biurze zaoferowano mi pracę przy projektowaniu szpitala dla żołnierzy, a w drugim – laboratorium do testów na zwierzętach. Wiecie, że jestem pacyfistą i wegetarianinem! Musiałem przerwać rozmowy w połowie, przeprosić i powiedzieć, że szkoda czasu. Jak mogliście mi to zrobić?

HERMES: To na rozgrzewkę. Dobrze, byś wiedział, że NHS różne może mieć twarze.

PANACEJA: Ale teraz mamy coś naprawdę dużego…

MARCIN MATEUSZ: Ale czy będzie to praca zgodna z moim sumieniem? Czy będę projektował normalny szpital? Czy będę projektował dla ludzi?

HERMES: Jak najbardziej.

Z niepokojem zauważam, że na twarzy Panacei wykwita kpiący uśmieszek.

AKT 1: INFERNO
Partnerstwo Publiczno-Prywatne (?)

Zdrowie jest najpierwszym darem, piękno drugim, a bogactwo trzecim.

Platon

Kolejna rozmowa o pracę rzeczywiście zapowiadała się nieźle. Renomowane biuro Avanti Architects rozpoczynało pracę nad wielkim szpitalem uniwersyteckim w Colchester. Wyglądało to imponująco: wszechstronne centrum leczenia dla całego regionu Essex. Liczny zespół, duży budżet. „Biorę” – powiedziałem. Po jakimś czasie okazało się, że i tym razem bogowie ze mnie zakpili.

HERMES I PANACEJA: Jak poszło?

MARCIN MATEUSZ: Dopiero gdy przyjąłem pracę i podpisałem umowę, okazało się, którą część szpitala mi przydzielono… Kostnicę. Dlaczego mi to robicie? Przecież mówiłem, że chcę projektować dla ludzi!

PANACEJA: Nie mówiłeś, że żywych…

Przyjąłem jednak tę pracę. Liczyłem, że nauczę się czegoś pozytywnego, nawet jeśli zacznę od końca – od ostatniego oddziału szpitala. Dla dodania otuchy rozmawiam z Asklepiosem. Pomaga mi rozumieć to, co zaczęło wyglądać jak piekło.

ASKLEPIOS: Przestrzegałem cię przed Panaceją i Hermesem. Obawiam się, że kostnica to najmniejszy kłopot. Prawdziwy problem nie jest tu indywidualny, lecz strukturalny – to zasady, na jakich twoje biuro będzie projektować dla klienta. Ten cyrograf nazywa się PFI (Public Funding Initiative), inaczej partnerstwo publiczno-prywatne. Wprowadziły go już konserwatywne rządy Johna Majora, lecz dopiero rząd Tony’ego Blaira upowszechnił ten sposób finansowania, i to do tego stopnia, że wszystkie szpitale na początku stulecia przyjęły model finasowania typu PFI. W teorii wygląda to tak: bogaty prywatny inwestor, który nie ma do czynienia z budownictwem ani leczeniem, zobowiązuje się finansować wielką inwestycję publiczną. W zamian przez trzydzieści lat czerpie korzyści z obsługiwania tego obiektu – z zysków firm czyszczących, konserwujących, logistycznych itp.

HERMES: Tak, ale jest zobowiązany za trzydzieści lat oddać ten obiekt państwu. On skorzysta przez trzy dekady, a państwo będzie miało obiekt na zawsze. Wszyscy wygrywają. Czy nie jest to uczciwa umowa?

ASKLEPIOS: Na pierwszy rzut oka. Wygląda jednak na to, że karty rozdaje dozorca. Zobaczmy, co z tego wyniknie…

Mijały tygodnie i miesiące. Nasz zespół w sile trzydziestu architektów wgryzał się w projekt, konsultował go nie tylko z branżami budowlanymi, ale i dziesiątkami ekspertów od instalacji tlenowych, radioaktywności bomb kobaltowych, wentylacji pod- i nadciśnieniowych itp. Projektanci szpitali szybko przekonują się o ilości uwarunkowań dotyczących każdej ścianki, półki, szafki, gniazdka. Mówi się, że łatwiej zaprojektować stację kosmiczną. Nie to wszak miało okazać się przykre. Gdy spotkałem Asklepiosa, wypłakałem się w jego togę.

MARCIN MATEUSZ: Piekłem nie jest ogrom zasad i ograniczeń, lecz brak szacunku prywatnego partnera dla architektury. Apologeci PFI nie używają nawet słowa „architekt”. Szyderczo w twarz mówią nam o zawodzie na „a” i że utrudniamy cały proces. Na początku pozwolono nam zaprojektować reprezentacyjny, przypominający wielki półksiężyc dziedziniec i przestronny hall wejściowy. Im dalej jednak od wejścia i im bliżej pacjentów, tym bardziej projekt był zabiedzony. Wszystko, co miało szanse wznieść się ponad minimum, było skrupulatnie odchudzane i odcinane.

Kolorowe podłogi, które zaproponowaliśmy, by rozświetlić oddział dziecięcy, zostały zawetowane. Skoro prywatny partner ma czerpać zyski z wynajmowania firm sprzątających, najlepszym rozwiązaniem jest zatrudnienie tanich firm oszczędzających na środkach czystości. W efekcie sprzątacze oprotestowali kolory i zażądali szarego marmurka, maskującego „niedomyt pospolity”.

Cieszyliśmy się na wieść, że część budżetu została zarezerwowana na fundusz wprowadzający do szpitala elementy artystyczne. Aż dowiedzieliśmy się, że wydano go na elektroniczne wyświetlacze obrazków, ponieważ takie urządzenia będzie dostarczał prywatny partner.

HERMES: To normalna i zdrowa sytuacja przy każdej budowie. Architekt musi się przyzwyczaić do rozmów z klientem, który daje pieniądze.

MARCIN MATEUSZ: Różnica jest taka, że w tym układzie klient nie troszczy się o jakość tego obiektu… Nie zależy mu ani na medycynie, ani na architekturze.

W tej sytuacji nasi architekci pokochali prawo budowlane, standardy, normy. To one były najskuteczniejszym orężem w walce o jakość przestrzeni. Dziękowaliśmy autorom norm wymagających wygodniejszych schodów, szerszych korytarzy czy przestrzeni przy łóżkach. Bodaj największy sukces odnieśliśmy dzięki przedstawieniu prezentacji na temat prac naukowych, które dowodzą, że chorzy zdrowieją szybciej, jeśli mają kontakt ze światłem dziennym. Poskutkowały dopiero statystki wykazujące, że dobre oświetlenie naturalne skraca czas hospitalizacji [1], a personel jest mniej skłonny składać wypowiedzenia [2]. Udało się wywalczyć sale z dostępem do światła dziennego. To jeden z niewielu sukcesów. W zamian architekci byli nękani wymaganiami obniżenia standardów. Ten proces zyskał nawet elegancką nazwę VE (Value Engineering), czyli inżynieria wartości, w praktyce będące jedynie pięknym określeniem na zabiedzanie projektów.

HERMES: Cóż złego w VE i oszczędnościach? Dzięki nim można więcej za mniej. Nie zapominaj, że wasz projekt w Colchester kosztuje 220 milionów funtów.

ASKLEPIOS: W przeliczeniu 1,2 miliarda złotych. To tyle, ile budżet szpitala uniwersyteckiego w Krakowie, najnowocześniejszego w Polsce. Różnica polega na tym, że w krakowskim szpitalu 800 milionów złotych pochodzi z budżetu państwa, 225 milionów złotych z regionalnego programu operacyjnego, a reszta to pieniądze Collegium Medicum UJ i szpitala [3]. Jest też inna zasadnicza różnica: krakowski szpital został zbudowany, a ten w Colchester nie. Po trzech latach naszej pracy tamtejszy prywatny partner zauważył kryzys na horyzoncie i się wycofał. Architekci dostali pięć dni na zarchiwizowanie projektu dopracowanego do ostatniego gniazdka i parapetu, ostatniej klamki. To był jego koniec, a zbiegł się w czasie z momentem, gdy PFI osiągnęło szczyt popularności, a jednocześnie zaczęło ukazywać swoje mroczne strony. W 2007 roku wartość obiektów wybudowanych zgodnie z tą umową wyniosła 68 miliardów funtów [4]. Ponieważ pieniądze te pochodziły z długu publicznego, po uwzględnieniu odsetek rząd brytyjski zobowiązał podatników do spłacenia miliardów funtów. Nie to jednak miało się okazać największym paradoksem. Miłośnikom PFI otworzyły się oczy, gdy w czasie kryzysu finansowego w 2008 roku prywatni partnerzy zaczęli jeden po drugim wycofywać się rakiem z na wpół rozpoczętych projektów. Powstał polityczno-finansowy paradoks – państwo wykupowało długi prywatnych partnerów PFI, czyli de facto spłacało prywatną część partnerstwa publiczno-prywatnego. Przejęło całe ryzyko.

Nagle w kryzysie politycy zmienili narrację. Z dnia na dzień krytykę pod adresem PFI rozpoczął Vince Cable – szef partii liberalno-demokratycznej. Uznał, że to nieuczciwa forma ukrywania zobowiązań [5]. Nawet Philip Hammond, minister finansów w rządzie konserwatystów, grzmiał dziwnie zaskoczony, że ten pomysł nie ma sensu, skoro w kryzysie nie można polegać na prywatnym partnerze. Skąd to zdziwienie? Cała idea PFI opierała się na filozofii redukowania kosztów i ryzyka poprzez otwarcie konkurencji. W praktyce okazała się dokładnie czymś przeciwnym: ogranicza konkurencję i alternatywy, a przede wszystkim podnosi ryzyko i obniża jakość.

MARCIN MATEUSZ: Brytyjskie eksperymenty z PFI pokazują, że trudno tworzyć przestrzenie troski, jeśli korzysta się z pieniędzy ludzi, których troska nie opuściła własnego portfela… Z tą przestrogą trzeba by zwrócić się do innych krajów, także do Polski. 8 kwietnia 2020 roku marszałek polskiego sejmu podpisał obwieszczenie o partnerstwie publiczno-prywatnym (Dz. U. 2020 poz. 711).

ASKLEPIOS: Rozchmurz się. Twoja przygoda z PFI się kończy. Po przejściu tego inferno należą ci się porządne wakacje. Proponuję ukochaną Grecję – miejsce, gdzie architektura troski o zdrowie naprawdę się zaczęła.

AKT 2: INTERMEZZO
Samorządowcy z Epidauros

W zdrowym ciele zdrowy duch.

Juwenalis

Przenosimy się na Peloponez, na zorganizowane dla mnie wakacje od PFI. Jest 350 rok p.n.e. Wzgórza wokół Epidauros pachną leczniczymi ziołami.

HERMES I PANACEJA: My przynajmniej uzdrawiamy lekami, a ty, Asklepiosie, czym leczysz? Snem…?

ASKLEPIOS I HIGIEJA: O nie! Leczymy wiedzą i strategią! Wróżebny sen – enkoimesis – który kapłani-lekarze przepisują przyjezdnym w miejscu zwanym hospicjum, to wykorzystanie sił natury i diagnoza. Strategia zaczyna się, gdy przyjeżdżających kwaterujemy w katagogionie – wielkim kwadratowym hotelu na sto sześćdziesiąt osób, podzielonym na cztery części. Segregujemy ich wstępnie w zależności od stanu zdrowia. Oto historycznie pierwsza architektoniczna strategia dystansu społecznego i potencjalnego lockdownu – gdyby ktoś miał zaraźliwą chorobę. Dopiero stąd po diagnozie ludzie są kierowani albo na operacje, albo na zabiegi, albo na ćwiczenia…

HERMES: …albo do teatru. Nie zapominaj, że wszyscy znają Epidauros głównie z największego na świecie amfiteatru, na 14 tysięcy osób. Widać zależy wam na liczbie klientów. Przyznam, że jest to najbardziej wyrafinowany obiekt antycznej Grecji, gdzie natura, architektura, technika i sztuka łączą się w jedno. Tu dźwięk przedzieranej kartki dzięki akustycznym trikom słychać dokładnie aż do ostatniego rzędu.

ASKLEPIOS: Bo w Epidauros leczymy zarówno ciało, jak i duszę. Przeprowadzamy tu operacje chirurgiczne, kuracje wodne i ziołowe, mamy fizjoterapeutów, psychoanalityków, ale i teatr. Sztuka i sport to też część terapii. Są więc miejsca do ćwiczeń fizycznych, a nawet gier towarzyskich i zabaw. Kontakt z innymi ludźmi jest najlepszym lekarstwem. Inspirację dla motta: „W zdrowym ciele zdrowy duch”, spopularyzowanego przez Juwenalisa, dało właśnie Epidauros.

HERMES: Nie mydl nam oczu. Ten Asklepiejon jest przede wszystkim luksusowym kurortem. Bogaci kuracjusze, z cezarami włącznie, będą tu przyjeżdżać do czasów rzymskich. Widzę, że obok teatru stoją magazyny-sejfy na kosztowności. Odwiedzający są zobowiązywani do pozostawienia złotych monet, rzeźb i wykutej na kamiennej tablicy historii swojej choroby. Na tej tu czytamy na przykład: „Niejakiej Ambrozji z Aten ukazał się bóg, który rzekł, że będzie uzdrowiona, lecz musi świątyni złożyć w ofierze srebrnego wieprza […]. Zbudziwszy się o świcie, odeszła uzdrowiona” [6].

Bez dobrego planu biznesowego i kuracjuszy sypiących drachmami Epidauros szybko by podupadł. W starożytnej Grecji ludzie przejmują się pieniędzmi podobnie jak w innych miejscach i czasach w historii ludzkości.

Teatr w Epidauros, ok. 330 r. p.n.e., proj. Poliklet Młodszy — fot. Marcin Mateusz Kołakowski

ASKLEPIOS: Nie płaciliby, gdyby nie najwyższej jakości opieka. Są też podatki. Różnica polega na tym, że w starożytnej Grecji podatki płacą zwykle najbogatsi. Nie unikają fiskusa, lecz chwalą się opłatami, a w zamian cieszą się szacunkiem i wpływami. Podatki najbogatszych, zwane leitourgia – czyli liturgią – idą zwykle na obronność. A że w tych czasach obronę zapewnia nie tylko wojsko, lecz i bogowie, drachmy są przeznaczane też na festiwale i sanktuaria. Jednym z nich jest Epidauros jako rozbudowany Asklepiejon – czyli świątynia co pięć lat organizująca panhelleńskie święta na moją cześć.

MARCIN MATEUSZ: Widzę też inną ważną różnicę w porównaniu do systemu PFI, którego było mi dane doświadczyć. Specyfika Grecji opiera się na tym, że zamiast silnej władzy centralnej istnieją niezależne polis, zarządzane przez lokalne terytorialne władze. Greckie miasta-państwa to w pewnym sensie silnie rozbudowany system samorządowy, w którym odpowiedzialność ma twarz Peryklesa lub innych wybieranych i rozpoznawalnych osób. To zobowiązuje. Gdyby zarządzający Epidauros zajmowali się wyłącznie pieniędzmi, a nie troszczyli się o chorych, wieść o tym szybko wyszłaby na jaw i obiegła cały antyczny świat. Co ważniejsze, pieniądze zarabiane w Epidauros są wydawane w Epidauros. Zupełnie inaczej niż w systemie PFI, w którym prywatny inwestor traktuje szpital jak źródło dochodu, który inwestuje gdzie indziej… Ateny, Korynt czy Epidauros świadczą o silnej lokalnej władzy samorządowej.

ASKLEPIOS: Chciałbym wierzyć, że architektura może tak współgrać ze zdrowiem również w XXI wieku.

MARCIN MATEUSZ: Zróbmy więc architektoniczny konkurs. Kto przedstawi lepszy projekt architektury troski o zdrowie w XXI wieku?

HERMES: Wyśmienicie! Pozwól, że najpierw coś pokażę…

Maggie’s Centre w Nottingham, 2011, proj. Piers Gough — fot. Russ Hamer / Wikipedia CC BY-SA 3.0

AKT 3: PURGATORIO
Współ-czucie i Maggie’s Center

Najważniejsze jest, by nie tracić radości życia w obawie przed śmiercią.

Maggie Keswick Jencks

Jest XXI wiek. Szkocja. Postmodernizm odchodzi w niepamięć, mimo to właśnie powstaje ten jeden, bodaj najbardziej udany projekt ojca idei postmodernizmu, Charlesa Jencksa.

HERMES: Oto projekt, a właściwie seria projektów. Nazywa się Maggie’s Center. Jego realizacja nie byłaby możliwa, gdyby nie kontakty i magnetyczna moc jednego z najbardziej wpływowych krytyków architektury, Charlesa Jencksa. Ale zacznijmy od początku. Jego żona, Maggie Keswick Jencks – szkocka pisarka, artystka i projektantka krajobrazu – była towarzyska, pełna energii i życia. I takie osoby stają jednak niekiedy twarzą w twarz z chorobą. Usłyszeli od lekarza, że Maggie ma nieuleczalnego, agresywnego raka i prawdopodobnie zostały jej trzy miesiące życia. Ten dramatyczny moment zderzył się z żałosnym banałem funkcjonowania szpitala. „Przykro mi… Przepraszam – powiedział lekarz – ale mam tu także innych pacjentów i niestety musimy zakończyć wizytę” [7].

Maggie i Charlesowi właśnie zawalił się świat. Wyszli na korytarz i tam, w tłoku przepychających się pacjentów, musieli przeżyć tę tragiczną chwilę. Mimo przygnębiających okoliczności po chwili Maggie rozbłysła i powiedziała: „Na pewno da się to zrobić lepiej!”. Charles myślał, że żona mówi o chorobie, lecz Maggie chodziło o architekturę. „Na pewno da się zorganizować szpital tak, by osoby w naszym położeniu mogły przeżyć taką chwilę w lepszych warunkach”. Maggie postanowiła resztę życia – trwało jeszcze osiemnaście miesięcy – spędzić na ucieleśnianiu tego pomysłu.

Na terenie szpitala znajdowały się stare podupadłe stajnie. Dzięki swojej energii i zdolnościom przekonywania, ale i kontaktom – Charles i Maggie byli przecież parą rozpoznawaną w architektonicznym środowisku – udało się zorganizować zbiórkę pieniędzy na wielką ideę. Co równie ważne, przekonali oddział onkologiczny, by należące do szpitala stare budynki przekształcić w centrum wparcia dla osób po diagnozie nowotworowej.

Tak powstało pierwsze trudne do zdefiniowania miejsce – Maggie’s Center. Dom, który przecież nie jest domem, wspólnota duchowa, lecz nie religijna, miejsce troski o zdrowie, ale nie przychodnia. Chorzy dostaną tu poradę psychologiczną, wskazówki terapeutyczne, warsztaty artystyczne, grupy tai-chi, a nawet taneczne. Zawsze będą na nich czekały kubek herbaty, ogród i przyjazna atmosfera.

ASKLEPIOS: Przecież to jak w Epidauros! Nasza idea leczenia ciała poprzez leczenie duszy.

HERMES: Sukces polega tu jednak na tym, jak to miejsce powstało i jak funkcjonuje. Pierwszy Maggie’s w Edynburgu zaprojektował architekt Richard Murphy, tuż przed śmiercią Maggie Keswick Jencks. Dzięki aktywności ludzi, którzy ją znali, a również dzięki niezwykłemu magnetyzmowi i kontaktom jej męża niebawem powstały następne obiekty. Frank Gehry był naturalnym kandydatem na architekta centrum w Dundee, wybudowanego w 2003 roku. Przyjaźnił się z Jencksami i podszedł do zadania osobiście. Stworzył dwadzieścia modeli, aż wreszcie wpadł na pomysł centrum przykrytego dachem plisowanym jak kołnierz kobiety z dzbanem z obrazu Vermeera, który kiedyś wspólnie z Maggie podziwiali. Budynek ten był pierwszą realizacją Gehry’ego w Wielkiej Brytanii. Dostał nagrody, zainteresowała się nim prasa, ale też naukowcy. Uznana badaczka architektury Fionn Stevenson opracowała na jego temat dogłębny raport naukowy [8]. Mimo że znalazła w budynku wiele praktycznych mankamentów dotyczących wentylacji, niewystarczającego miejsca na składowanie rzeczy, problemy z oświetleniem, parkowaniem itp., musiała docenić, że bledną one wobec znaczenia tego miejsca dla chorych. „Ten budynek przez to, że go odwiedzałem, zmienił moje życie – przeprowadził z choroby do zdrowia” – cytuje Stevenson jednego z pacjentów/gości centrum.

Maggie’s Gatehouse w Glasgow, 2002, proj. Page & Park Architects — fot. Jon-Mark Creaney / Wikipedia CC BY 2.0

Sława Franka Gehry’ego wpłynęła na rozpoznawalność tej instytucji. Po nim przyszedł czas na kolejne centra przy szpitalach onkologicznych i kolejne gwiazdy architektury. W miejscowości Fife powstał pierwszy na Wyspach Brytyjskich budynek Zahy Hadid. Architektka świadomie odwróciła okna od bezosobowego prostopadłościanu szpitala i skierowała je ku zieleni parku. Następne były Maggie’s Center Richarda Rogersa w Londynie, Normana Fostera w Manchesterze, Rema Koolhasa w Glasgow i dwadzieścia pięć innych ośrodków w Wielkiej Brytanii, Chinach, Japonii, Hiszpanii [9]. Kolejne Maggie’s sygnowane przez architektoniczne sławy wzbudzały sensację. Wydłużała się kolejka chętnych do zaprojektowania następnego obiektu.

Maggie’s Centre w Oxfordzie, 2006, proj. WilkinsonEyre — fot. ELKS / Wikipedia CC BY-SA 4.0

Budynki są małe i wszystkie mają podobny układ przestrzeni: (1) zapraszające wejście, (2) miejsce, w którym można się zatrzymać i zadumać, (3) stół na dwanaście osób, z domową atmosferą; można przy nim napić herbaty, (4) jeden wielki pokój i dwa małe, (5) miejsce, gdzie można się położyć, (6) ogród, (7) przede wszystkim dużo światła.

Charles Jencks mówił, że w tym miejscu piękno zmienia się w placebo. Może właśnie wtedy, gdy zapada się na ciężką chorobę, zaczyna się bardziej doceniać piękno? Dzięki dobrym kontaktom ośrodki Maggie’s stają się małymi galeriami sztuki, a renomowani artyści chętnie oddają tu swoje dzieła. To kolejny sposób, w jaki Maggie’s przyciąga uwagę. Dobrze jest być kojarzonym z takim miejscem. Patronami i sponsorami są słynni architekci, aktywiści i artyści, ale też członkowie rodziny królewskiej… O czym więcej może marzyć jakakolwiek instytucja?

MARCIN MATEUSZ: Nie mogę przestać porównywać tych zalanych światłem przestrzeni do zinstytucjonalizowanych szpitalnych pomieszczeń, które projektowaliśmy w Colchester. Pytanie brzmi jednak, czy sukces Maggie’s wziął się z architektury, biznesplanu czy wizerunku, jaki stworzono.

HERMES: Projekt finansowo po części opiera się na tym, że buduje się na terenie szpitala, więc nie trzeba płacić za grunt. Środki na funkcjonowanie pochodzą od fundatorów, sponsorów i ze składek. Dyrektorzy dbają o to, by przejrzyście pokazywać wydatki i źródła dochodów – niezwykle bogatą gamę różnych charytatywnych akcji, imprez, crowdfundingu, biegów, koncertów itp. Nie ujmując nic projektom, myślę, że bez znajomości z architektami na skalę Franka Gehry’ego trudno byłoby aż tak rozwinąć ten pomysł.

ASKLEPIOS: Sukces tego miejsca wynika przede wszystkim z docenienia, że człowiek ma potrzeby nie tylko cielesne, lecz także duchowe i emocjonalne. Bliskość, autentyczna troska i ludzki kontakt to DNA tego projektu. Nie dajmy się zwieść Hermesowi, wciąż mówiącemu o finansach. Ten projekt jest zbudowany na empatii.

MARCIN MATEUSZ: Richard Rogers, projektant londyńskiego Maggie’s, mówił: „Dobra architektura humanizuje, a zła brutalizuje”. Porównując Maggie’s i moje doświadczenia z PFI, myślę, że tutaj „współczucie” i zrozumienie pomiędzy projektantami, zarządem a użytkownikami przekłada się na jakość. Pozostaje pytanie, czy trzeba angażować arystokrację architektoniczną i polityczną, by stworzyć takie miejsca.

ASKLEPIOS: Otóż to! Nie trzeba. By to udowodnić, pokażę ci kontrastujący projekt.

AKT 4: PARADISO (?)
Down to Earth – wybuduj swoje zdrowie

Zdrowie jest stanem pełnego dobrostanu fizycznego, psychicznego i społecznego, a jednostki lub grupy muszą mieć możliwość określania i realizowania swoich dążeń, zaspokajania potrzeb, a także zmiany środowiska bądź radzenia sobie z nim.

Definicja Światowej Organizacji Zdrowia

ASKLEPIOS: Ten projekt powinien ci się spodobać, bo do jego budowy użyto twoich ulubionych naturalnych materiałów: słomy, gliny i drewna. Nie ma nic wspólnego z arystokracją ani reprezentacyjnymi miejscami. Wręcz przeciwnie – kompleks budynków Down to Earth jest zagubiony na pustkowiu koło walijskiego miasta Swansea. Ze zdrowiem łączy je absolutnie fundamentalny związek, bo właśnie od tworzenia fundamentów się zaczyna.

Cały projekt opiera się na nietuzinkowej idei i potencjale prostego budownictwa low-tech, dzięki czemu do procesu budowania można zaprosić absolutnych laików budowlanych. Pierwsze budynki Down to Earth były połączonymi projektami budowlano-zdrowotnymi, a monitorowała je brytyjska służba zdrowia. Odbywało się to w ten sposób, że pacjenci, którzy z powodu mechanicznych urazów głowy cierpieli na zaburzenia psychiczne, dostawali zamiast recepty polecenie, by jeden dzień w tygodniu spędzili na budowie. Praca była tak zorganizowana, że każdy z uczestników projektu mimo to uczestniczył we wszystkich etapach powstawania budynku, od fundamentu po dach. Wspierali ją budowniczowie, ale i terapeuci. Proste metody każdemu, niezależnie od niepełnosprawności i dolegliwości, dawały szansę na realne uczestnictwo w pracy.

Świadectwa uczestników są wzruszające. W filmie promocyjnym Down to Earth jeden z pacjentów wyznał ze łzami w oczach: „Myślałem że to mój koniec, ale ta budowa uratowała mi życie”. Jego rokowania były złe, lekarze oceniali, że już nigdy nie będzie funkcjonował samodzielnie.

Inicjator projektu, Mark McKenna, od początku zaangażował też naukowców i badaczy zainteresowanych taką inicjatywą. Otrzymali jednoznaczne wyniki: zarówno zdrowie psychiczne, jak i stan fizyczny „robotników-pacjentów” uległy znacznej poprawie. W niektórych przypadkach aktywność na budowie przyniosła lepsze skutki niż konwencjonalne leczenie oparte na medykamentach [10].

Kompleks budynków zrealizowanych przez organizację Down to Earth, Murton pod Swansea — fot. Marcin Mateusz Kołakowski

HIGIEJA: Przykro mi, Panacejo, ale tutaj swoich tabletek nie sprzedasz. Co więcej, model okazał się na tyle skuteczny, że dał impuls do zainicjowania podobnych obiektów. Obecnie w tym systemie powstaje projekt ekomieszkań Build Me Up (Zbuduj mnie) w Pennard.

PANACEJA: To jednak projekty śmiesznie małe w porównaniu ze szpitalem. Nie ulegajmy złudzeniu, że już przekroczyliśmy bramy raju, Paradiso, bo wciąż nie wydedukowaliśmy, w jaki sposób wielkie instytucje mogą troszczyć się o ludzi.

ASKLEPIOS: Masz rację. To nie jest Paradiso na skalę krajową. Ale nie o tym mówiliśmy. „Małe jest piękne”, jak twierdził popularyzator buddyjskiej ekonomii Ernst Friedrich Schumacher [11]. Skala człowieka bywa ważniejsza. Może od niej trzeba się uczyć. Spójrz: ta rozczochrana, lecz przytulna architektura Down to Earth z zielonymi dachami mówi o swojej autentyczności poprzez niedoskonałości i ślady swoich budowniczych. Bardziej niż walorami estetycznymi wartość projektu może być wszak mierzona związkiem architektury i zdrowia, które nabiera mierzalnego, obiektywnego wymiaru – nowej terapii i nowej drogi powrotu do zdrowia.

PANACEJA: Nie zapominaj, że i tu plan biznesowy jest dogłębnie przemyślany. Projekty mają wymiar komercyjny. Najnowsze z nich – budowa domów mieszkalnych, w których znów będzie można partycypować na receptę – mogą przynieść jak najbardziej mierzalny dochód. Ośrodek koło Swansea można wynajmować na imprezy dla dorosłych i dzieci, na przykład wspólne gotowanie czy wspinanie się na drzewa, a także większe ekokonferencje, jak zjazd budujących ze słomy.

MARCIN MATEUSZ: Dochód i biznesplan to nierozłączne części każdego projektu i nie należy czynić z nich zarzutów. Istotą różnicy jest troska – empatia – umiejętność zrozumienia innych i zdolność współodczuwania z nimi.

Twórca idei Maggie’s osobiście doświadczył cierpienia ludzi, dla których stworzył ideę architektury „troszczącej się o użytkowników”. W Down to Earth budowa inicjowała kontakt między ludźmi, współpracę i współczucie. Projekty PFI oddaliły pomiot – ludzi – od przedmiotu architektury. Tak PFI utraciło poczucie odpowiedzialności i związek pomiędzy twórcami architektury a jej użytkownikami.

HIGIEJA: Zgadzam się, ale dodam, że problem wynika też z rodzaju zastosowanej techniki. Ivan Illich – niemiecki ksiądz katolicki, a przy tym krytyk Watykanu – w swoim dziele Medical Nemesis [12] wykazał, że instytucjonalizacja ochrony zdrowia czyni medycynę kosztowną, a do tego nieskuteczną. Illich mówił: „Zakład medyczny stał się poważnym zagrożeniem dla zdrowia”, i udowadniał ilościowo, że usługi medyczne mają na zdrowie mniejszy wpływ niż właściwy styl życia, higiena, harmonia i samoopieka. Z nim się zgadzam, a te projekty pokazują, że takie idee da się przekształcić na architektoniczne pomysły.

HERMES: Bez kapitalistycznego myślenia żadne z tych pomysłów nie miałyby finansowania.

MARCIN MATEUSZ: Po tylu przeżyciach dawne dychotomie „kapitalizm kontra socjalizm” brzmią dziś naiwnie i płasko. Kapitalizm warunkuje odpowiedzialność; co więcej, może wzbudzić energię i pomysłowość, z której wyrósł sukces Maggie’s i Down to Earth. PFI było raczej turbokapitalizmem korporacyjnym – a korporacja przynosi indywidualne zyski bez indywidualnej odpowiedzialności. Niemądrze jest też być wrogiem socjalizmu. Światowych kryzysów – finansowych, ekologicznych, pandemicznych – nie da się rozwiązać w skali indywidualnej ani nawet korporacyjnym planem biznesowym, jak to pokazało PFI. Myślenie w szerokiej skali społecznej szczególnie widoczne jest w kontekście finasowania służby zdrowia.

Kompleks budynków zrealizowanych przez organizację Down to Earth, Murton pod Swansea — fot. Marcin Mateusz Kołakowski

HERMES: Teraz się mówi „ochrona zdrowia”. Przestań powtarzać „służba”, bo to frazes rodem z komuny.

MARCIN MATEUSZ: Problem w tym, że od upadku „komuny” główne dyskusje polityczne na temat ochrony zdrowia skupiają się na tym, jak czynić ją bardziej ekonomiczną, jak „uszczelniać podatki”. PFI było chyba apogeum takiego myślenia. Podobnego zdania jest Wojciech Paczos – makroekonomista z Cardiff University i adiunkt w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN. Nauczyłem się od niego słowa „zabiedzony”. Przygotował wraz z innymi ekonomistami raport Lekcje z pandemii, o polskiej ochronie zdrowia. Jego autorzy podkreślają, że jeśli polska służba zdrowia jakoś przetrwała COVID-19, należy to traktować w kategoriach cudu. „Dziś środki publiczne na ochronę zdrowia to około 4,5 procent PKB. To za mało. Średnia w Unii Europejskiej to prawie 8 procent PKB, Niemcy i Szwecja wydają na ten cel ponad 9 procent PKB. Tania ochrona zdrowia to niska jakość życia obywateli. Świadczenia na ochronę zdrowia to nie studnia bez dna, lecz jedna z lepszych inwestycji w pomyślność państwa i jego obywateli” [13]. Ochrona zdrowia potrzebuje pieniędzy: czy to na lekarzy, czy na sprzęt, czy na architekturę, a one pochodzą z podatków. To ich procent przeznaczany na ochronę zdrowia jest właśnie namacalnym ucieleśnieniem „troski”.

HIGIEJA: Może załóżmy partię Asklepiosa! Mamy program: samorządowcy, kapitał bliżej podmiotu, kapitalizm wspierający kreatywność i odpowiedzialność; więcej wiary w ludzi, mniej w technikę; architektura empatii, małe jest piękne, no i podatki na opiekę zdrowotną 9 procent PKB.

HERMES I ASKLEPIOS: Zaraz, zaraz… Przecież był konkurs… Kto wygrał? Jaka będzie nagroda?

MARCIN MATEUSZ: Na razie nagrodą będzie to, że napiszę o was dla „Autoportretu”, a zwycięzcę wybiorą czytelnicy.

HERMES I ASKLEPIOS: Ale jak wybiorą?

MARCIN MATEUSZ: Głosując w następnych wyborach powszechnych.

KURTYNA