Pierwszą reakcją był strach – o bliskich, o siebie. Ponownie uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy ciałami, biologicznymi organizmami wrażliwymi na działanie innych organizmów i czynników, śmiertelnymi. Na pozór to wiemy, zarazem jednak ponowoczesna cywilizacja wypchnęła starość na margines, delegowała opiekę do specjalistycznych instytucji, a śmierć usunęła z widoku, abyśmy się z jej świadomością nie musieli konfrontować. Teraz ukryliśmy się w naszych domach jak zwierzęta w norach, zostaliśmy przymuszeni do przyglądania się swoim dłoniom podczas ich mycia, dostrzegania ust i nosa jako pola mediacji pomiędzy naszym wnętrzem a otoczeniem, do odizolowania się od niego maseczką.

Tkwimy więc w ciasnych mieszkaniach blokowisk, nieco większych „apartamentach” na strzeżonych osiedlach albo w przestronnych, choć jeszcze nie w pełni spłaconych domach z wyjściem do ogrodu. Uciekliśmy od ludnego miasta, gdzie obecność innych powoduje napięcie, a prawdopodobieństwo spotkania kogoś zarażonego niepokojąco się zwiększa. Antywirusowa kryjówka ma znaczenie. Jest ciasna. Czy w razie potrzeby każdemu członkowi rodziny umożliwia przebywanie osobno? Czy zapewnia izolację akustyczną? Ma balkon lub kawałek trawnika?

Ile osób przechodzi dziennie tą samą klatką schodową? Czy trzeba korzystać z windy? Czujemy się w naszym lokum bezpieczni czy nawet w czterech ścianach podejrzewamy zagrożenie? Czy możemy z naszego schronienia łatwo dotrzeć do sklepu spożywczego, piekarni, apteki, parku, szpitala? Czy mamy samochód – osłonę przed wirusem – którym dojeżdżamy do marketu, lasu? Kto mieszka obok nas? Sąsiedzi zachowują się odpowiedzialnie czy lekceważą zagrożenie, a my zaczynamy się ich bać? A może to właśnie sąsiad boi się nas i bez słowa przemyka obok?

Dystansowanie społeczne – termin powtarzany przez polityków i dziennikarzy, na pozór dotyczący przestrzeni (jako taki został rozpowszechniony na całym globie), ma też drugie znaczenie. Pandemia uwypukliła odległości społeczne: bogaci mają wygodne duże wille z ogrodami, biedniejsi muszą zadowolić się mieszkaniem z balkonem albo loggią. Szybko się okazało, że pomimo pozorów demokratyczności (wszak zachorowali Boris Johnson i parę innych postaci z medialnych świeczników) nie wszyscy są równi w tej chorobie. Najbardziej poszkodowani są ci, dla których izolacja w domu nie jest możliwa, bo go nie mają.

Ich kruchość ujawniła się w dwójnasób. Na boisku w Los Angeles wyznaczono farbą odległości między posłaniami: tymczasowa noclegownia dla bezdomnych wyciągnęła bezdomność z niewidzialności. Jeszcze wyraźniej bezbronność biednych widać w krajach rozwijających się, gdzie stłoczenie jest normą megalopolis. To również rzeczywistość obozów dla uchodźców. Oni nie mają szans przestrzegać nawet najprostszych COVID-owych przykazań: myj ręce i zachowuj odległość.

Także w naszej uprzywilejowanej części globu nie wszyscy mogą się schować czy pracować zdalnie. Ktoś musi zadbać o nasze – przede wszystkim biologiczne – trwanie. To producenci i dostawcy żywności, sprzedawcy, kierowcy autobusów, kurierzy, a także, a raczej przede wszystkim, lekarki, pielęgniarki, ratownicy. Mimo medialnych zapewnień rządu o pełnym zaopatrzeniu szpitali pracownicy medyczni nie mieli środków ochrony osobistej, więc do przemęczenia dochodził lęk.

Brakowało wszystkiego: maseczek, przyłbic, kombinezonów ochronnych, rękawic, czepków, osłon na buty – całej fizycznej bariery, która powinnabyła dać pierwszy odpór wirusowi. Tymczasem w nagłówkach prasowych codziennie czytałam i czytam: „Walka z wirusem trwa”. Nieszczęsna retoryka wojny i walki, te irytujące „pierwsze linie frontu”. Chociaż nasze ciała musiały się schować i odseparować od innych ciał, nasze mózgi mogły się łączyć i podłączyć. Coś, co często przeklinamy, teraz okazało się – przynajmniej chwilowym – błogosławieństwem.

Po pierwszych zawirowaniach kontynuowaliśmy pracę – na zoomach w sieci domowych sprzętów. Na portalach internetowych zaroiło się od skarg rodziców na presje edukacyjne wywierane na dzieci, które też przecież poczuły się nagle zagrożone, wytrącone ze swojej rutyny.

Osobiście z wielką ulgą powitałam powrót do rytuałów normalności i odczuwałam wobec nauczycieli wdzięczność za to, że – choć na różnym poziomie i z różnymi umiejętnościami – wrócili do swoich obowiązków, a właściwie podjęli zupełnie nowe. Dało to też jakiś rodzaj poczucia kontynuacji moim dzieciom, odzyskały kontakt z koleżankami i nauczycielami.

Uwierzyły (ja też), że przetrwamy obecne zawirowania, a nauka ma sens, bo świat po pandemii będzie istniał. Edukacja miała trwać zdalnie kosztem zaangażowania rodziców, ale przede wszystkim opierać się na zasobach nauczycieli, po części mających już swoje lata. Musieli błyskawicznie przełączyć się na zdalne działanie, i to na własnych komputerach. Zrobili to tak, jak umieli (lub nie umieli), a w „podziękowaniu” zalała ich fala roszczeń ze strony przeciążonych obowiązkami zawodowymi i domowymi rodziców.

Nie wszystkie dzieci stawiły się na zdalnych lekcjach. Z wieloma nauczyciele całkowicie stracili kontakt. Zapewne ci uczniowie nie mają komputerów ani sprawnego szybkiego łącza, a ich rodzice, jak to się eufemistycznie określa, „nie dysponują kapitałem kulturowym”. Tutaj znowu uwidocznił się „dystans społeczny”, czyli nierówności ekonomiczne i klasowe.

Podłączenie do internetu okazało się infrastrukturą podtrzymującą życie (bez niej nie zamówilibyśmy jedzenia, leków, środków czystości) i pracę, a więc umożliwiającą zdobycie środków na utrzymanie. Po dwóch miesiącach zamknięcia mówimy o zespole zmęczenia ekranami, o zagrożeniach inwigilacją państw i korporacji oraz niebezpieczeństwie cięcia kosztów w kryzysie właśnie poprzez przeniesienie wszystkiego do sieci. Do tych zagrożeń jeszcze wrócę. W początkach zamknięcia możliwość „wchłonięcia” serialu stała się dla moich nastolatków substytutem wolności, nagle i brutalnie im zabranej.

Kształt światu przed pandemią nadawał dyktat ciągłego wzrostu; komunikaty o PKB wpływały na losy firm i ludzi. Pędziliśmy w obłędzie produktywności, zużywając ograniczone zasoby Ziemi. Kapitalizowane było wszystko. Reklamy sprzedawały przede wszystkim wizję dobrego życia, w pakiecie dorzucały pięknie sfilmowane emocje. Presja produktywności w pandemii nie ustąpiła, pomimo pozorów zatrzymania. Portale społecznościowe i media toną w potopie informacji o możliwościach samodoskonalenia, medytacji, jogi czy reanimacji życia rodzinnego dzięki grom planszowym. Od razu zaczęto nam wmawiać, że możemy/musimy być kreatywni, wykorzystywać sytuację, także wizerunkowo – i to najlepiej w sposób, który da się jakoś skapitalizować lub na którym korzystają różni producenci i akwizytorzy uczuć.

Tymczasem mnie osobiście epidemia COVID-19 nauczyła, że powinnam wyzwolić się z obsesji produkcji, pozwolić sobie na niepokój, a nawet lęk, ba, na atak paniki. To jest trudny czas, więc nie musi być dobry. „Mam prawo nie czuć się dobrze, mam prawo nie móc się skoncentrować, mam prawo się bać, mam prawo się nie doskonalić” – powtarzałam sobie, próbując zebrać się do działania, które nagle pochłaniało znacznie więcej energii niż przed lockdownem. Zajmowałam się domową logistyką, organizowałam „stacje odkażania”, tworzyłam domowe szkołę i biuro, wyprowadzałam psa, gotowałam… A wieczorami właśnie w chwilach kryzysów okazujemy współczucie i angażujemy się we wspieranie słabszych[1]. Wyjęty z logiki późnego kapitalizmu świat okazuje się bardziej przyjaznym i solidarnym miejscem. Pytanie, na jak długo.

Pomoc przybrała postać wielkiej oddolnej akcji. By nie poddać się bezradności, ruszyliśmy wspierać medyków, tak konkretnie – ręcznie szytymi maseczkami, przyłbicami domowej roboty, mieszkaniami (dotychczas wynajmowanych przez Airbnb) na czas izolacji od rodziny. Codziennie odświeżałam profil Widzialnej Ręki w Krakowie z coraz nowszymi prośbami o pomoc. Pojawiła się na nie przestrzeń, usankcjonowana pandemią możliwość przyznania się, że nie dajemy rady.

Reagowało wiele osób. Wyłonili się organizatorzy akcji zarządzający oferującymi pomoc i przekierowujący do tych, którzy jej potrzebowali – od trywialnego wynoszenia śmieci i wyprowadzania psa ludziom w kwarantannie, robienia zakupów w aptece dla osób starszych, po niepokój uniemożliwiał mi zaśnięcie, więc oglądałam kolejne odcinki nie najlepszych seriali.

Doświadczenie pandemii nauczyło nas też dużo na temat tego, jak społecznymi istotami jesteśmy. Większość przedstawicieli naszego gatunku podobnie reagowała na różnych etapach pandemii: gromadziliśmy zapasy jedzenia i papieru toaletowego, szturmowaliśmy apteki, zakładaliśmy maseczki i rękawiczki, polowaliśmy na środki odkażające.

Po szybkich akcjach zabezpieczania siebie i bliskich zaczęliśmy zadawać sobie pytanie, czy i jak możemy pomóc innym. Epidemia pokazała, że jesteśmy zdolni do pomocy, a zarazem w kryzysie bardziej skłonni, by o nią poprosić. Wbrew katastroficznym filmom i scenariuszom serwowanym przez popkulturę w trudnościach dochodzi do głosu również dobra strona naszej natury. Zgodnie ze spostrzeżeniami Rebekki Solnit deklarujących takie potrzeby licznych szpitali. Państwo działające w logice wolnorynkowej ujawniło słabość w obszarze, w którym przede wszystkim powinno zabezpieczać swoich obywateli – ochronie zdrowia.

Nie czekaliśmy, rzuciliśmy się zatykać tę gigantyczną dziurę. Wiele czasu spędziłam w lesie, na codzienne spacery z psem uciekałam od ludnego i potencjalnie groźnego miasta. Pączki na drzewach (jaskrawozielona mgła na gałęziach) zdążyły rozwinąć się w liście. Furkot skrzydeł, trele ptaków zajętych okresem godowym, a potem pracowitym karmieniem potomstwa, głosiły: życie trwa. Niepokoiło jednak patrzenie pod nogi, obłoki kurzu wzniecane przez moje biegnące dzieci i psa, dojmująca susza, tak niepasująca do bujnej wiosny. I chociaż bałam się choroby i pandemii, kurz na butach nie pozwalał mi zapomnieć o większym lęku – o nasz świat.

W tym względzie także wydarzały się rzeczy niespotykane. Nad Chinami i Indiami pojawiło się błękitne niebo, dotychczas szczelnie zasnute smogiem. W kanałach Wenecji podobno zaobserwowano delfiny, na ulice Zakopanego wkroczyły sarny. Przejeżdżając obok lotniska, widziałam unieruchomione samoloty. Paradoksalnie, przynajmniej w naszym kraju, branża pogrzebowa znalazła się w kryzysie, gdyż siedzący w domach i mieszkaniach ludzie powodowali mniej wypadków.

Chwilowa wymuszona rezygnacja z podróży i wyparcie wszystkich innych tematów przez pandemię nie odwróciły jednak trendu wyniszczania naszej planety. Działalność wielkich korporacji oparta na logice ciągłego wzrostu powoduje wymieranie gatunków i zmienia klimat.

Teraz, gdy wracamy do „nowej normalności”, widać, jak nietrwałe były efekty przestoju.

W trakcie zamknięcia pracowałam z koleżankami i kolegami z redakcji nad kolejnym numerem „Autoportretu”. Zatytułowaliśmy go Nowa nadzieja na długo przed pojawieniem się epidemii. Postrzegając architekturę jako ważny czynnik dokładający się do katastrofy klimatycznej, a także konstatując niemożność zatrzymania destrukcyjnego neoliberalizmu, wbrew wszystkiemu zdecydowaliśmy się szukać możliwości zmiany. Jakiegoś programu, jaskółek, przewartościowań, modyfikacji paradygmatu. Nadziei właśnie. Otwierające teksty dotyczyły potrzeby zatroszczenia się o pogruchotaną planetę. Architektura może odegrać taką rolę, a nawet przyczynić się do regeneracji Ziemi, jeśli zmienimy logikę funkcjonowania systemu i wrócimy do budowy schronień. Pod koniec lutego zmieniłam tytuł jednego z artykułów z Troska i opieka są kwestią krytyczną na Dlaczego terapia musi być intensywna?. Jego autorki cytują Berenice Fisher i Joan Tronto: „Na najogólniejszym poziomie uważamy, że należy opiekę uznawać za działalność gatunkową, która obejmuje wszystko, co robimy, żeby utrzymać działanie naszego świata, przedłużyć jego trwanie i naprawić go, byśmy mogli w nim żyć jak najlepiej. Świat ten obejmuje nasze ciała, nasze ja oraz nasze środowisko, które staramy się splatać w złożoną sieć podtrzymującą życie”[2].

Początkowa euforia wynikająca z unaocznienia tego, że rozpędzony świat jednak dało się zatrzymać, została zastąpiona lękiem i obawą, a potem także rezygnacją wynikającą z narastającego przeświadczenia, że neoliberalny system ma ogromną zdolność reprodukcji i trwania. Słyszymy o kolejnych cięciach w służbie zdrowia – oszczędności znaleziono w pensjach lekarek i pielęgniarzy, których oklaskiwaliśmy. Obserwowaliśmy, a czasem na własnej skórze poczuliśmy, jak zniknęła prywatna służba zdrowia. Mogliśmy liczyć (a i to nie zawsze) tylko na publiczne szpitale i zatrudnionych tam ludzi. Zależeliśmy od ich odpowiedzialności i zaangażowania, lecz również zbieraliśmy owoce zaniedbań w zarządzaniu, infrastrukturze i wieloletnim niedofinansowaniu.

Trzeba powiedzieć wyraźnie: szpitale i przychodnie nie są miejscami, które mają przynosić zyski w dziwnej rzeczywistości refundacji punktów za procedury NFZ. Logika funkcjonowania ochrony zdrowia nie może być podporządkowana zyskownym procedurom. Musi się koncentrować na faktycznych i potrzebnych działaniach medycznych.

Nie pozwólmy sobie wmówić, że wszystko da się skapitalizować, a językiem owładniętym przez ekonomiczne terminy znormalizujemy dysonans poznawczy. Szpitale nie mają zarabiać; one muszą rozsądnie wydawać, by leczyć i ratować. Pisze się o redukcji licznych łóżek szpitalnych we Włoszech z powodu presji efektywności. Jak dowodzą naukowcy, najwydajniejsze systemy są najwrażliwsze w czasie kryzysu – wówczas rozpadają się jak domki z kart.

Marcelina Zawisza z Razem pokazuje, jak państwo podczas pandemii eksploatowało wątłe zasoby pracowników ochrony zdrowia i służb sanitarnych:

Brak wyższych wynagrodzeń, brak podniesienia nakładów na ochronę zdrowia, brak możliwości przejścia na umowę o pracę z zachowaniem kwoty netto, brak wsparcia w opiece nad dziećmi dla pracowników ochrony zdrowia. W zamian za to kolejne Tarcze odbierały pracownikom i pracownicom ich prawa. Wprowadzały między innymi skrócenie odpoczynku dobowego, nakaz pracy, zakaz powrotu do domu z powodu możliwości wskazania miejsca do odpoczynku przez pracodawcę, brak wypłacanych nadgodzin[3].

Dlatego tak ważne jest, by właśnie teraz czynnie interesować się polityką i zgłaszać postulaty troski o ludzi i planetę. Edukacja, służba zdrowia i mieszkalnictwo to pola, na których buduje się jakiś rodzaj społecznej jedności, potrzebnej wszystkim – szeroko rozumianej – infrastruktury, wbrew temu, co kładziono nam do głowy przez ostatnie trzydzieści lat. Na nich opieramy nasze poczucie bezpieczeństwa – i tam potrzebne są rozwiązania strukturalne, w pierwszej kolejności zwiększenie nakładów finansowych na służbę zdrowia. Obecne 6,5 procent PKB (liczonego sprzed dwóch lat) sytuuje nas w ogonie państw Unii Europejskiej (średnia to około 10 procent PKB). Rapujący dla służby zdrowia politycy stali się ironicznym komentarzem do wieloletnich zaniedbań. W tym samym czasie rząd zapowiedział cięcia w budżetówce.

Kapitalizm wykorzystuje kryzysy do pomnażania zysków. Tezę tę potwierdzają afery wokół sprzętu medycznego i maseczek w państwach całego świata. Tak działają doktryna szoku i kapitalizm kataklizmowy, opisywany w wywiadzie dla „Intercept” przez Naomi Klein, zaobserwowany przez nią choćby w czasie huraganu Katrina: „Jeśli historia czegoś nas uczy, to na pewno jednego: w stanie szoku nie ma żadnej stabilności. Albo całkowicie tracimy grunt pod nogami i oskubani przez elity, ponosimy konsekwencje tego przez kolejne dziesięciolecia, albo odnosimy progresywne zwycięstwa, które jeszcze kilka tygodni wcześniej wydawały się niemożliwe”[4].

Gdy kończę ten tekst, w Stanach Zjednoczonych trwają wielkie zamieszki po zabójstwie George’a Floyda. W Ameryce kryzys o wiele mocniej dotknął kolorowych mieszkańców: wielu straciło pracę, nie mają ubezpieczenia zdrowotnego, są zadłużeni, gnębieni przez policję. Choć zarażeni wirusem, musieli pracować, by mieć na jedzenie. Rządzący zostawili ich samym sobie i bez środków do życia. Budzi się gniew.

Pandemii ciężej i bardziej bezpośrednio doświadczyły kobiety niż mężczyźni. Z ankiety przeprowadzonej przez badaczki z Muzeum Etnograficznego w Krakowie dowiadujemy się:

Gdy po opublikowaniu kwestionariusza Nasze życie w czasach zarazy czytałyśmy pierwsze odpowiedzi, miałyśmy bardzo silne poczucie, że dzielenie się doświadczeniem może mieć wymiar wspierający. Nadal tak myślimy. Są jednak sytuacje, w których potrzebna jest pomoc, ratunek, nie tylko wsparcie. Wśród odpowiedzi na kwestionariusz pojawia się temat przemocy. „Jak się czujesz w domu? – Z racji przemocy domowej niedobrze”. „Czy jest jakiś obraz (dźwięk, sytuacja, fakt), z tego czasu, który szczególnie Cię dotknął lub zapamiętasz? – Zapamiętam przemoc mojego męża”. Piszą także osoby, które martwią się o innych: „Myślę też o osobach, dla których »zostań w domu« brzmi jak groźba. Bo doświadczająw tym »bezpiecznym« domu przemocy i krzywdy”[5].

Koszty pandemii ponoszą również te kobiety, na które spadło o wiele więcej domowych obowiązków. Po dwóch miesiącach zamknięcia wyraźnie widać, jak nierówno rozłożył się ciężar opieki nad dziećmi i organizacji pandemicznego życia. „The Guardian” wykazał, że w uprzywilejowanej i świadomej grupie, jaką są naukowczynie na Zachodzie, obniżyła się możliwość prowadzenia i publikacji badań przez kobiety, podczas gdy liczba artykułów dostarczanych przez mężczyzn wzrosła[6].

Przeniesienie wielu zadań do sieci prawdopodobnie jeszcze głębiej wpłynie na organizację naszej pracy i zaowocuje jeszcze większymi problemami z utrzymaniem oraz otworzy drzwi dla kolejnych etapów cyfrowego kapitalizmu, w których surowcem są nasze dane, reakcje, emocje i ciała[7]. W przestrzeni publicznej pojawiliśmy się w maskach, stęsknieni za widokiem innych ludzi, za prostym bezpośrednim dotykiem, podaniem ręki. Nasza cielesność i doświadczenie postrzegania zmysłami zostały w trakcie lockdownu dramatycznie ograniczone. Zarazem jednak zauważyliśmy ich wartość, może właśnie dzięki tym niedogodnościom. Poczuliśmy radość z obecności innych ciał.

Pandemia pomaga nam zauważyć, że to, co wydawało się niemożliwe – czyli zatrzymanie gnającego świata – się wydarzyło. Pojawiają się możliwości, otwierają się perspektywy dotychczas uważane za bezpowrotnie zamknięte. Pojawiła się nadzieja – nie w kategoriach metafizycznych, ale na konkretne zmiany. Dostrzeżenie wagi systemów na co dzień niewidocznych, lecz koniecznych dla naszego funkcjonowania, wymaga zmiany hierarchii wartości, podstawowego paradygmatu. Przestańmy na pierwszym miejscu stawiać indywidualizm i wolność, zajmijmy się opieką i troską, dbaniem o siebie nawzajem i solidarnością ze słabszymi. Stan czuwania sygnalizuje oczekiwanie na nadejście czegoś lub kogoś, na zmianę. To balansowanie na granicy jawy i snu, a wtedy często pojawiają się koszmary. Przymusowe czuwanie wynika zapewne również z psychicznej udręki wywołanej niepewnością. Na początku pandemii silniej odczuwałam nadzieję na zmianę świata, teraz przeważa lęk. Nieuchronnie nadchodzący ogromny kryzys wiele osób pozbawi pracy i środków do życia. Doświadczenie i historia uczą, że w chwilach kryzysu budzą się demony. Chciałabym tę niepewność mimo strachu zobaczyć jako szansę. Świat chwieje się jeszcze bardziej niż dotychczas. Spróbujmy na miarę własnych możliwości pchać go w lepszym kierunku.