O najnowszych narzędziach badania architektury i jej wpływu na nasz dobrostan
Przez tysiące lat środkiem całkowicie wystarczającym do kształtowania ludzkich zachowań były zwykłe mury[1].
Czy da się stworzyć przestrzeń dobrą dla wszystkich?
Przestrzeń wokół nas bezpośrednio wpływa na nasze zachowanie, samopoczucie i zdrowie, zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Nie ja odkryłem jej oddziaływanie na człowieka, ale uświadomienie sobie roli przestrzeni w ludzkim życiu miało ogromny wpływ na moje podejście do projektowania. Chciałbym, żeby podobna refleksja towarzyszyła wszystkim osobom, od których zależy wygląd naszego otoczenia – od architektów i urbanistów, przez inwestorów, po urzędników i polityków. Z władzą, jaką daje projektowanie, powinna się wiązać odpowiedzialność.
Jak więc projektować dobrze? I co to znaczy „dobrze” w kontekście przestrzeni?
Zadaję sobie to pytanie od lat. Wśród coraz to nowych trendów i mód próbuję wyłuskać te elementy, które rzeczywiście determinują nasze doświadczenie przebywania w przestrzeni. Architektura zrównoważona, projektowanie biofiliczne, neuroarchitektura, house-coaching… Same w sobie kategorie te niewiele mówią, a jednocześnie za każdą stoi chęć sprawdzenia, jak oddziałuje na nas przestrzeń wokół. Szczególnie zaczęliśmy na nią zwracać uwagę po wybuchu pandemii, w trakcie kilkumiesięcznego zamknięcia w domach i mieszkaniach. Zarazem każdy czuje (nie przeczuwa!), co i jak na nas działa.
W danej przestrzeni czujemy się dobrze albo się męczymy. Od oświetlenia, akustyki, jakości powietrza, komfortu termicznego zależy, czy zdołamy się skupić i popracować, odpocząć i zregenerować, miło spędzić czas ze znajomymi.
Jak zaprojektować przestrzeń – publiczną albo prywatną – która będzie wspierała nasz dobrostan? Czy można ją zmierzyć, zbadać, przeanalizować? Czy w ramach zaleceń lekarskich, oprócz stylu życia i sposobu odżywiania, nie powinniśmy otrzymywać rekomendacji co do tego, w jakim otoczeniu powinniśmy przebywać – swoistej diety przestrzennej?
Czy to wszystko nie odrze architektury z aury tajemnicy, architekci nie stracą zaś opinii demiurgów?
Ostatnie lata przyniosły szybki rozwój narzędzi do analizy oddziaływania przestrzeni na człowieka i jej odbioru. Temat jest też coraz częściej podejmowany w trakcie różnego rodzaju wydarzeń[2], a w publikacjach poświęconych architekturze zyskał już solidne fundamenty[3]. Dzieje się to na styku różnych dziedzin i z wykorzystaniem różnych narzędzi. Na potrzeby tego tekstu będę się posługiwał zbiorczym terminem „wykorzystanie neuronauki w projektowaniu”, odbierane przez nas bodźce są bowiem przetwarzane przez układ nerwowy.
Fot. Jack Metzger / ETH-Bibliothek/ Wikimedia Commons CCA-SA 4.0 International
Przestrzeń jako regulator dobrostanu
Bodaj pierwszy przekrojowy tekst dotyczący styku neuronauki i architektury napisał Harry Francis Mallgrave w 2009 roku[4]. The Architect’s Brain (Mózg architekta) składa się z dwóch części. W pierwszej Mallgrave przywołuje, cytuje i analizuje najważniejsze dla teorii architektury teksty – od Witruwiusza, przez Albertiego, po Pallasmę. Na poruszane w nich zagadnienia związane z percepcją przestrzeni i estetyką patrzy zarówno z perspektywy humanistycznej, jak i naukowej. W części drugiej przybliża ówczesną wiedzę na temat budowy mózgu i sposobów przetwarzania w nim bodźców. Posłużyła mu za punkt wyjścia do rozważań o wpływie funkcjonowania mózgu na percepcję przestrzeni; uzupełnił je analizami konkretnych budynków: od greckich świątyń, przez projekty Andrei Palladia, Franka Lloyda Wrighta, po architekturę drugiej połowy XX wieku. Mallgrave’a interesuje przede wszystkim proces twórczy, „czyli nieuchwytne kwestie związane z niejednoznacznością i myśleniem metaforycznym, które, jak się wydaje, leżą u podstaw naszego jestestwa. Moim zdaniem obecnie neuronauka oferuje projektantom zarys ogromnej złożoności naszego życia intelektualnego i sensoryczno-emocjonalnego”[5]. Na drodze do obecnego etapu rozwoju zaliczyła kilka szczególnie ważnych momentów.
Londyński neurobiolog Semir Zeki stworzył pojęcie „neuroestetyka” i w 1999 roku zaproponował, by posługiwać się nim w kontekście badań wpływu sztuki na mózg[6]. W 2002 roku w San Diego grupa architektów i naukowców kierowana przez Johna Eberharda założyła Akademię Neuronauki w Architekturze (ANFA); chcieli poszerzać i promować „multidyscyplinarne badania nad rozumieniem ludzkich reakcji w środowisku zbudowanym”[7]. Na początku lat 90. XX wieku odkrycie dokonane przez włoskich neurofizjologów doprowadziło do zmiany w postrzeganiu wielu najważniejszych problemów w psychologii, między innymi sposobu, w jaki nasz umysł wchodzi w interakcję z innymi istotami oraz otoczeniem – w tym z obiektami architektonicznymi. Zaobserwowali w mózgach makaków (w obszarze kory przedruchowej) komórki, które aktywują się nie tylko w trakcie wykonywania ruchu, ale również podczas obserwacji ruchu u innego osobnika[8]. Były to neurony lustrzane.
Przestrzeń jako regulator dobrostanu
Jedno z najgłośniejszych i najbardziej przełomowych badań w zakresie wpływu przestrzeni na dobrostan człowieka przeprowadził Roger Ulrich z Uniwersytetu w Delaware, a wyniki opublikował 1984 roku w magazynie „Science”. Porównał przebieg rekonwalescencji czterdziestu sześciu pacjentów po zabiegu usunięcia pęcherzyka żółciowego hospitalizowanych w latach 1972–1981 w podmiejskim szpitalu w Pensylwanii[9].
Część pacjentów przebywała w pokojach z widokiem na ceglaną ścianę, okna w pokojach drugiej części wychodziły na zieleń otaczającą budynek. Badanie wykazało, że członkowie grupy z naturalnym pejzażem opuszczali szpital średnio po 7,96 dnia, a pozostali po 8,70 dnia. Ponadto pacjenci z widokiem na przyrodę przyjmowali mniejsze dawki leków przeciwbólowych. Zdaniem Ulricha widok przyrody zadziałał jak cichy reduktor stresu, poprawiał samopoczucie i dzięki temu przyspieszył powrót do zdrowia. Otrzymaliśmy naukowy dowód, że architektura może modulować fizjologiczne reakcje organizmu i proces rekonwalescencji. Ulrich położył kamień milowy pod projektowanie współczesnych środowisk terapeutycznych, a potem kontynuował badania nad wpływem środowiska naturalnego na nasze samopoczucie. W rezultacie na początku lat 90. sformułował teorię redukcji stresu (Stress Recovery Theory, SRT), opartą na obserwacjach dobroczynnego wpływu obcowania ze środowiskiem naturalnym[10]. W trakcie badań sto dwadzieścia osób najpierw oglądało krótki, wywołujący napięcie film, a następnie jedno z sześciu różnych nagrań – od krajobrazów naturalnych po ujęcia miasta. Uczestnikom monitorowano tętno, ciśnienie krwi i reakcję skórno-galwaniczną. Najszybciej do normy wróciły u widzów ujęć przyrody – kontakt z nią wywołuje w organizmie automatyczną, parasympatyczną reakcję odprężającą.
Odkrycia Rogera Ulricha poniekąd uzupełniła teoria przywracania uwagi (Attention Restoration Theory, ART), sformułowana na przełomie lat 80. i 90. XX wieku przez Rachel i Stephena Kaplanów w książce The Experience of Nature: A Psychological Perspective (Doświadczanie natury. Perspektywa psychologiczna)[11]. Wyróżnili dwa tryby uwagi: oprócz mimowolnej (to ją badał Ulrich) także ukierunkowaną; tę drugą dużo trudniej utrzymać. Najważniejsze w jej odbudowie jest dla Kaplanów coś, co nazywają miękką fascynacją (soft fascination). Pojawia się, gdy wchodzimy w interakcje z bodźcami, które nas interesują i nie przytłaczają. Umysł ma szanse na odpoczynek i regenerację. Szczególnie bogate w miękkie fascynacje jest środowisko naturalne i jego zjawiska: ruch chmur, szum liści.
Nie znajdziemy bardziej naukowego udowodnienia chęci, by rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Ponieważ jednak mało kto ma szanse na powrót do życia w naturze, warto się zastanowić, które elementy krajobrazu naturalnego pozytywnie wpływają na nasze samopoczucie. Co takiego jest w obrazach natury, że nas uspokajają? Co nas denerwuje i niepokoi w przestrzeni miasta? W jaki sposób wykorzystać te wnioski w projektowaniu?[12]
Fot. David Shankbone / Wikimedia Commons CCA-SA 3.0 Unported
Jak postrzegamy przestrzeń?
Psychogeografia i emocjonalna mapa miasta
Przestrzeń nie jest neutralna. Nad jej wpływem na człowieka pochylił się profesor Colin Ellard z Uniwersytetu Waterloo, między innymi w książce Przestrzenie serca. Psychogeografia życia codziennego (2015). Na przykładach i rezultatach wielu badań, w tym własnych, wykazał, jak przestrzeń wywołuje w ludziach różne emocje: od lęku, przez zachwyt i pożądanie, po nudę. Reakcje ludzkiego ciała i umysłu na otoczenie są mierzalne: zmieniają się rytm serca, poziom stresu, koncentracja. Uczestnicy badań Ellarda przemierzali wyznaczone trasy w centrach miast, a dzięki wnioskom z doświadczeń powstały emocjonalne mapy przestrzeni zurbanizowanej.
Jedno z ciekawszych badań Ellard zrealizował w Nowym Jorku we współpracy z Muzeum Guggenheima. Zespół Ellarda badał gentryfikowany fragment Lower East Side. Historyczna architektura i niewielkie sklepiki zostały tam wyparte przez ogromny sklep sieci Whole Foods. Uczestnicy badania „przed bezbarwną fasadą stali cicho i zachowywali się biernie, natomiast w miejscu, które tętniło życiem, byli ożywieni i gadatliwi”[13].
Tego typu badania przełamują dominację okulocentrycznego spojrzenia na przestrzeń, uwypuklają zaś rolę cielesnych mechanizmów percepcji w odczuwaniu miasta. Dowodzą, że architekturę należy traktować jak dialog z ciałem, a każdy detal – od materiału pod stopami po układ barw i faktur – kształtuje ludzkie emocje i zachowania. Uważni czytelnicy słusznie zauważą, że na rodzimym polu tego typu badania prowadził już Kazimierz Wejchert; posługiwał się Wykresem Krzywej Wrażeń[14].
Badania Ellarda kiedyś również opierały się na obserwacjach i kwestionariuszach. Dziś uczestnicy są obklejeni mnóstwem czujników i sensorów. Czuła aparatura mierzy między innymi tętno, przewodnictwo skóry, a nawet fale mózgowe (EEG) i ruch gałek ocznych.
Mechanizmy percepcji: okulocentryzm vs. multisensoryczność
Od kilku lat odbiorem architektury na podstawie ruchu gałek ocznych zajmuje Ann Sussman[15], przewodnicząca organizacji HAPI – The Human Architecture and Planning Institute. Wspólnie z Janice Ward analizuje, w jaki sposób obserwujemy budynki i otaczającą nas przestrzeń: na które elementy zwracamy uwagę i w jakiej kolejności. Uczestnicy badań oglądają zdjęcia istniejących budynków oraz ich przetworzone cyfrowo warianty, na przykład pozbawione wybranych okien lub detali. Już pierwsze badania wykazały, że puste i monotonne fasady nie przyciągały uwagi, widzowie koncentrowali się na detalach, elementach kontrastowych, przechodniach[16].
Do kolejnych badań realizowanych przez HAPI włączono też EEG i wirtualną rzeczywistość. Dowiodły, że ludzki mózg preferuje rodzaj „zorganizowanej złożoności”. W pierwszej kolejności uwagę odbiorców przyciągają budynki o harmonijnym rytmie detali i utrzymują ją dłużej niż obiekty o jednorodnych powierzchniach. Są przesłanki, by zakładać, że śledzenie ruchu gałek ocznych pomoże rozwikłać mechanizmy trwających ułamki sekundy doświadczeń – również nieuświadomionych – które kierują naszymi zachowaniami względem budynków. Tak, architektura ma znaczenie, ale z punktu widzenia naszego mózgu ludzie są ważniejsi.
Z perspektywy architektonicznej odbiorem przestrzeni, a także innymi zmysłami niż wzrok zajmowali się Peter Zumthor[17] i Juhani Pallasmaa[18], a na naszym podwórku temat ten eksploruje w swoich książkach i podcastach Joanna Jurga[19]. Ogromne znaczenie dla naszego zdrowia ma słuch. Współcześnie zmagamy się z epidemią hałasu; może on skracać ludzkie życie aż o dekadę. Długotrwała ekspozycja na hałas powyżej 75 decybeli grozi zaburzeniami snu, nadciśnieniem tętniczym20. Nawet jeśli po jakimś czasie przestajemy zwracać uwagę na hałas, nasz organizm przez cały czas go odbiera.
Najszybciej wspomnienia przywołuje węch, a bez dotyku nie zdołalibyśmy funkcjonować fizycznie. Wszystkie zmysły, w tym propriocepcja (zwana też czuciem głębokim; dzięki niej odczuwamy pozycję i ruch naszego ciała), wpływają na sposób odczuwania przez nas przestrzeni i nasz komfort – nie tylko wizualny i akustyczny, ale również na przykład termiczny21.
Fot. Gunnar Klack / Wikimedia Commons CCA-SA 4.0 International
Neuroróżnorodność jako wyzwanie projektowe
Nie wszyscy odbieramy przestrzeń tak samo. Te same bodźce u różnych osób wywołają różne reakcje. Odpowiada za to neuroróżnorodność (neurodiversity). Pojęcie to po raz pierwszy pojawiło się w 1996 roku, a popularność zyskało w 1998 roku dzięki australijskiej socjolożce Judy Singer. Przez neuroróżnorodność rozumiemy zróżnicowanie ludzkich mózgów oraz sposobów działania i funkcjonowania umysłu. Co ważne, z definicji te odmienności nie mają nic wspólnego z patologią, są naturalnym i wartościowym elementem ludzkiej różnorodności. Szacunkowo przyjmuje się, że około 20 procent ludzi jest neuroatypowych (czasem bywa używany nieprecyzyjny skrót myślowy „osoby neuroróżnorodne”)[22]. Neuroróżnorodność przekłada się między innymi na umiejętność uczenia się, zachowanie, interakcje z otoczeniem.
Ciekawie przedstawia się rozkład neuroróżnorodności w zależności od wieku. W 2024 roku amerykańska pracownia architektoniczna HOK wraz z europejską siecią Advanced Research Clusters objęły badaniem dwustu czterdziestu jeden pracowników laboratoriów naukowych z Europy i Wielkiej Brytanii; 48 procent spośród nich zadeklarowało, że identyfikuje się jako osoby neuroatypowe. W grupie wiekowej powyżej sześćdziesiątego roku życia neuroatypowość zadeklarowało 29 procent respondentów (wszyscy wskazali tylko ADHD), a w przedziale między dwudziestym a trzydziestym rokiem życia – aż 71 procent (wskazali między innymi ADHD, autyzm, dysleksję, dyspraksję, zespół Tourette’a). Ta dynamika wiekowa może odzwierciedlać rosnącą świadomość i lepsze metody diagnozy wśród młodszych pokoleń[23].
Najprościej rzecz ujmując, różne osoby potrzebują różnych poziomów bodźcowania, także w wielozmysłowym percypowaniu architektury. Osoby bardziej wrażliwe (hipersensytywne) intuicyjnie poszukują miejsc z mniejszą ilością bodźców, a osoby mniej wrażliwe (hiposensytywne) najlepiej poczują się wśród natłoku bodźców. Rozwiązaniem idealnym byłoby projektowanie przestrzeni neuroinkluzywnych, dających użytkownikom wybór, sprawczość i kontrolę nad przestrzenią, w której się znajdują[24]. Jak często architekci podejmują takie próby i z jakimi szansami na sukces?
Hipoteza neuroróżnorodności modernistów
Architektura XX i XXI wieku (z naciskiem na modernizm i brutalizm) najczęściej jest poddawana dyskusji i krytyce ze względu na uproszczenie, generyczność, czasem również bliżej niesprecyzowaną „brzydotę”. Modernizm bywa przedstawiany jako efekt poszukiwania uniwersalnych reguł i zwycięstwo racjonalności, niewykluczone jednak, że za minimalistycznymi bryłami ze szkła i betonu kryją się indywidualne sposoby percepcji, przetwarzania bodźców i myślenia ich twórców, które dziś zaklasyfikowalibyśmy jako przejawy neuroatypowości. W 2017 roku w artykule The Mental Disorders that Gave Us Modern Architecture (Współczesną architekturę zawdzięczamy zaburzeniom psychicznym) Anna Susmann i Katie Chen doszły do wniosku, że Le Corbusier spełniał kryteria diagnozy spektrum autyzmu[25]: „jak obecnie wiemy, […] «widział» świat inaczej niż osoby neurotypowe i potrafił «zafiksować się» na pustych fasadach – wręcz ich szukał, by zapanować na emocjami”[26]. Idealne miasto przyszłości Le Corbusier wyobrażał sobie jako odizolowane wieżowce, autostrady, a pomiędzy nimi brak ludzi.
Oczywiście trzeba pamiętać, że architektura modernistyczna rozwijała się tuż po I wojnie światowej. Walter Gropius i Ludwig Mies van der Rohe w wojsku prawdopodobnie doświadczyli zespołu stresu pourazowego (PTSD). W „czystej” przestrzeni udręczony umysł odnajduje azyl, ma szanse ujarzmić chaos traumatycznych wspomnień. Na pewno należy zachować ostrożność, szczególnie przy próbach diagnozowania postaci historycznych, ale jednocześnie badania Ann Sussman z wykorzystaniem śledzenia ruchu gałek ocznych potwierdzają, że osoby w spektrum autyzmu i osoby neuroatypowe inaczej postrzegają świat wzrokiem.
Fot. Podstawko / Wikimedia Commons CCA-SA 4.0 International
Modernizm kontra historyzm – czy nauka rozsądzi ten spór?
Współcześnie zwolennikom architektury historyzującej zdarza się wykorzystywać najnowsze odkrycia neuroestetyki do krytykowania architektury modernistycznej. Wytaczają argumenty naukowe, by przekonać oponentów i niezdecydowanych do stosowania historycznych elementów i form architektonicznych, w tym kolumn, tympanonów, ornamentów. W ostatnim roku temat nabrał odcienia politycznego: prezydent Donald Trump w oficjalnym rozporządzeniu zawarł wytyczne: „federalne budynki publiczne powinny być wizualnie rozpoznawalne jako budynki użyteczności publicznej i szanować regionalne, tradycyjne i klasyczne dziedzictwo architektoniczne, by podnosić rangę i upiększać przestrzenie publiczne oraz uszlachetniać Stany Zjednoczone i nasz system samorządowy”[27]. Na straży zaleceń prezydenta stanęły inicjatywa America by Design oraz nowy urząd: Chief Design Officer, w osobie Joego Gebbi, współzałożyciela Airbnb. Administracja Prezydenta zapowiedziała też rozbudowę Białego Domu o nowe skrzydło, z ociekającą złotem salą balową. Prace mają ruszyć jeszcze w tym roku.
Krytykując modernizm, warto pamiętać, że miasta modernistyczne wymyślono jako antidotum dla ciasnych, przeludnionych i zanieczyszczonych skupisk ludzkich końca XIX wieku. Proste, minimalistyczne bloki projektanci rozmieszczali wśród zieleni, z dostępem do świeżego powietrza – towaru deficytowego w miastach czasów rewolucji przemysłowej.
Radykalizm nigdy nie jest korzystny, również w architekturze. Chociaż odczuwanie architektury nie jest uniwersalne, większości odbiorców zbyt uproszczone formy szybko się nudzą, a nadmiar ornamentów przeciąża ich kognitywnie. W dyskusji o jakości architektury centralnym zagadnieniem powinien być więc nie styl ani materiał wykończeniowy, lecz poziom wizualnej złożoności, na który reaguje nasz mózg. Na potrzebę złożoności mogą odpowiadać zarówno pełne detali elewacje zabytkowych kamienic, jak i współczesne fasady projektowane z użyciem zaawansowanych technik parametrycznych.
Jak to wszystko wpłynie na tworzenie architektury?
Podejście neuroinkluzywne najszybciej przyjęło się w projektowaniu wnętrz, szczególnie komercyjnych. Biznes widzi potencjał neuroróżnorodności, dlatego na sile przybiera trend neuroinkluzywnego projektowania środowisk pracy. Zwłaszcza w biurach młodsi pracownicy coraz lepiej rozpoznają własne potrzeby sensoryczne i oczekują, że będą mieli kontrolę nad bodźcami – od oświetlenia, przez akustykę, po strefy relaksu. Czy ta zmiana podejścia wpłynie też na architekturę i urbanistykę?
Bodaj najszerzej zakrojoną inicjatywą dotykającą przestrzeni publicznych i budynków jest kampania Humanise[28], zainicjowana w 2023 roku przez londyńskie Heatherwick Studio. Thomas Heatherwick, projektant znany między innymi z realizacji Coal Drop Yards w Londynie i Little Island Park w Nowym Jorku, wpadł w trakcie pandemii w króliczą norę poszukiwań sensu w architekturze. Doprowadziły go do wniosku, że architektura modernistyczna przyniosła nam globalną pandemię nudy i nijakości (blandemic). Heatherwick wyraźnie krytykuje też edukację architektoniczną[29]; porównuje ją wręcz do sekty, ze względu na rytuały, słownictwo i odporność na argumenty z zewnątrz. Krytyki nie ogranicza do architektów; uwzględnia złożoność rynku nieruchomości i procesów decyzyjnych – utrwalaczy istniejących schematów. Swoje przemyślenia ilustruje satyrycznymi seriami UnLandmarks: Pałac Westminsterski wygląda niczym brutalistyczne osiedle, a Pałac Buckingham kojarzy się z generycznym biurowcem. „Nudne” wersje ikonicznych obiektów w Wielkiej Brytanii Heatherwick tworzy z wykorzystaniem AI Uncommon Creative Studio[30]. W książce Humanise[31] uznał, że architektura powinna uwzględniać emocje użytkowników i wspierać ich zdrowie psychiczne. Budynki należy projektować jako elementy długofalowej wizji, obliczonej nie na dziesiątki, lecz na setki (a nawet tysiąc) lat, i tak, by przykuwały uwagę przechodnia przez czas niezbędny do minięcia ich, czyli zapewniały odpowiedni poziom zainteresowania z perspektywy miejskiej (odległość powyżej czterdziestu metrów), perspektywy ulicy (odległość około dwudziestu metrów) i perspektywy drzwi (odległość dwóch metrów).
Włączenie neuronauki w architekturę otwiera przestrzeń dla głębszego zrozumienia, jak otoczenie kształtuje nasze umysł i ciało. Dzięki rozwojowi technologii powstaną zapewne obiekty hiperadaptacyjne, będą w czasie rzeczywistym reagować na zachowania, reakcje, a nawet kondycję fizyczną użytkowników[32]. Mallgrave trafnie zauważa w The Architect’s Brain, że „jeśli dodamy złożoności naszym mapom synaptycznym, mamy szanse tworzyć lepsze, bardziej interesujące środowisko, w którym gatunek ludzki zyska warunki do rozwoju”[33]. Optymizm Mallgrave’a nie ogranicza się do finezyjnego formowania elewacji ani wystroju wnętrz; swoim zaleceniem architekt dał wyraz empatii i odpowiedzialności za doświadczenia jednostek w projektowanych przestrzeniach. Zarazem trzeba mieć świadomość pułapki neurowashingu – marketingowego nadużycia terminów „neuro-” bez rzetelnych podstaw. Zdarza się, że obietnice „neuroinkluzywnych wnętrz”, „zwiększenia wydajności poznawczej” lub „redukcji stresu” przyciągają uwagę inwestorów, ale bez zrozumienia złożoności kontekstu psychologicznego i socjologicznego zamażą obraz faktycznego wpływu przestrzeni na nasz dobrostan. Neuroarchitekturze przyjdzie balansować między innowacją a etyką. Interdyscyplinarne zespoły: architektów, inżynierów, psychologów oraz innych ekspertów, będą musiały wspólnie wytyczyć standardy, które w pewnym momencie wejdą do kanonu przepisów budowlanych, tak jak niegdyś zapewnienie dostępności architektonicznej osobom z niepełnosprawnościami. Przyszłość pokaże, czy niewidzialna ręka rynku sprowadzi tego typu badania wyłącznie do poziomu efektownej fasady w epoce neurowashingu, czy wykorzysta je z rozwagą do budowy przestrzeni naprawdę inkluzywnych. Takie przestrzenie zapewnią wybór, sprawczość i kontrolę w dostosowaniu ich do indywidualnych potrzeb, a w rezultacie będą wspierać dobrostan wszystkich użytkowników.
Fot. Dietmar Rabich / Wikimedia Commons CCA-SA 4.0 International























































