Feminizm, architektura i przestrzeń domowa

[…] nazwałam ją imieniem znanym nam z poematu – Anioł Domowego Ogniska. […] Była ogromnie współczująca. Niezmiernie czarująca. Absolutnie pozbawiona egotyzmu. Była mistrzynią trudnej sztuki życia rodzinnego. Codziennie się poświęcała. Jeśli na obiad podano kurczaka, brała nóżkę; jeśli akurat był przeciąg – ona siadała w przeciągu, słowem: tak została skonstruowana, że nigdy nie miała własnej myśli czy życzenia, ale zawsze wybierała współczucie z myślami i życzeniami innych. […] W tamtych czasach – w późnych latach epoki wiktoriańskiej – każdy dom miał swojego Anioła[1].

Kobieta – uosobienie cnót, strażniczka domowego ogniska, porównywana do anioła obarczonego obowiązkiem czuwania nad domem. Z oczekiwaniami skrytymi za tą metaforą mierzyła się także Virginia Woolf, podejmując pracę pisarską – oczekiwania powszechne, a nie tylko osobiste. Nie tyle luksusem, ile narzędziem wyzwolenia – przestrzenią, w której dało się podjąć własną pracę i z tej pracy utrzymać – był dla Woolf własny pokój[2]. I choć wiele kobiet z jej sfery, wchodząc w związek małżeński, zyskiwało nowy dom, częściej ich udziałem były w nim samotność i obowiązek niż emancypacja.

Pół wieku później, po drugiej stronie Atlantyku, w niejednym domu na przedmieściach – symbolu statusu społecznego – kobiety tkwiły niczym w miejscu odosobnienia. Bez szans na pracę zawodową, odcięte od społeczeństwa, wykonywały powtarzające się prace domowe z długiej listy. To zajęcie, nieopłacane i najczęściej niewidzialne, pochłaniało czas i energię, a w zamian oferowało poczucie zamknięcia. Dla wielu kobiet na całym świecie również dzisiaj dom – najbardziej intymna jednostka przestrzeni – jest miejscem bezustannej ciężkiej pracy, a czasami też przestrzenią, w której doznają przemocy.

Najprostsza definicja psychologii przestrzeni brzmi: dziedzina ta bada wpływ otoczenia fizycznego – wnętrz, architektury, krajobrazu – na ludzkie emocje, samopoczucie i zachowanie. Z perspektywy feministycznej badania te mogą koncentrować się na zagadnieniach bezpieczeństwa i kontroli nad przestrzenią, na dostępności i równości, podziale na sferę publiczną i prywatną oraz na tym, jak architektura i urbanistyka ten podział nie tylko odzwierciedlają, lecz także utrwalają. Jak przestrzeń domowa wpływa na kobiety? Czy zawsze znajdowały w niej przestrzeń osobistą, w której mogły być sobą? Zmiana perspektywy – projektowanie przez pryzmat feminizmu – wydaje się bardziej niż potrzebna, wręcz niezbędna, jeśli chcemy mówić o przestrzeni w sposób pełniejszy i bardziej prawdziwy.

Filtry, przez które patrzymy na świat

Patrzenie na świat przez filtr feministyczny jest wyborem: albo decydujemy się dostrzegać i analizować świat wokół nas przez pryzmat płci, klasy, rasy, orientacji, niepełnosprawności, albo nie. Ktoś temu myśleniu może zarzucić nadinterpretację, „wymyślanie”, bo przecież „wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi”. Owszem, ale każdy z nas jest inny, uwikłany w sieć różnic i nierówności. Na życie każdego z nas składają się indywidualne doświadczenia. Jeśli ktoś mówi, że przestrzeń i architektura nie mają „płci”, sięga po wygodne uproszczenie. Nie istnieje przestrzeń neutralna, w mniejszym lub większym stopniu utrwala ona określony porządek społeczny, w tym role płciowe. W filozofii życiowej i perspektywie, z której będę prowadzić rozważania, najbliżej mi dziś do bell hooks[3] – amerykańskiej pisarki, poetki i teoretyczki, jednego z najważniejszych głosów czarnego feminizmu i feminizmu intersekcjonalnego. Jej spojrzenie uważam za szczególnie cenne: szerokie, przenikliwe, a zarazem nasycone empatią. Moim zdaniem zbyt rzadko zadajemy sobie pytanie nie tylko o to, czym jest feminizm, lecz także czym był i czym może się stać. Takie same pytania moglibyśmy zadawać jako projektanci i projektantki: czym jest architektura, czym kiedyś była, jaka czeka ją przyszłość? Czy architektura wspiera patriarchat, czy pogłębia podział na role społeczne i czy może odpowiedzieć na potrzeby naszego zróżnicowanego społeczeństwa?

Należy podkreślić, że nie ma jednego feminizmu. Są feminizmy – zakorzenione w odmiennych miejscach, kulturach i wspólnotach. W historiach ruchów kobiecych zdarzają się wspólne elementy i nakładające się cele, ale nie wolno mówić o kobietach jako jednolitej masie. Dominujące narracje feministyczne przez długi czas nie dostrzegały różnic – skutku klasy, rasy, miejsca pochodzenia. Czołowe przedstawicielki feminizmu drugiej fali koncentrowały się przede wszystkim na postulatach białych, wykształconych kobiet klasy średniej i wyższej – może dlatego, że aktywistki wywodziły się z tego środowiska. Dla bell hooks feminizm nie kończył się na poprawie sytuacji jednej wybranej grupy kobiet z określonej rasy czy klasy i zdecydowanie nie polegał na zdobyciu dla nich większych przywilejów niż dla mężczyzn[4]. Perspektywa feministyczna bell hooks nie zatrzymuje się na płci. Rasa i klasa są równie istotne, bo dopiero ich wzajemne powiązania, a także wynikające z nich mechanizmy opresji pozwalają głębiej zrozumieć systemy dominacji, w których tkwimy. W patriarchacie najbardziej pokrzywdzone są kobiety[5] – u jego podstaw leży biała supremacja i prawo mężczyzn do dominowania nad innymi. Łańcuch dominacji ma wiele ogniw: mężczyzna dominuje nad kobietą, dorośli nad dziećmi, biali nad niebiałymi[6]. W podejściu bell hooks szczególnie cenię nacisk na konieczność bycia otwartym: „teoria musi pozostać płynna, otwarta i reagować na nowe informacje”[7]. Dlatego feminizm wciąż ewoluuje, poszerza się jego spektrum.

Architektura, świadomie lub nie, bywa niestety materialnym nośnikiem reprezentującym i utrwalającym obecny porządek nierówności, w którym dominują tradycyjne role przypisane płciom. Dlatego moim zdaniem potrzebujemy architektury krytycznej, świadomej swojego miejsca w systemie. Ona powstanie, jeżeli część z nas podejmie próbę zaimplementowania feministycznego spojrzenia do procesu projektowego, aby wyprzeć przyjęte i powielane rozwiązania architektoniczne, które dostarczają wsparcia patriarchatowi, opresji i dominacji. Należy krytycznie badać historię architektury, „spojrzeć świeżym okiem na panujące w niej społeczne zależności – uwarunkowane płcią, kolorem skóry, seksualnością, sprawnością fizyczną i nie tylko”[8].

Klasa określa twoje zachowanie i podstawowe poglądy na życie. Twoje (zdeterminowane klasowo) doświadczenie potwierdza te poglądy, wyuczony sposób zachowania, oczekiwania wobec siebie i innych, wyobrażenia o przyszłości, sposób postrzegania i rozwiązywania problemów, sposób myślenia, odczuwania, działania. […] To właśnie te wyuczone zachowania muszą zostać dostrzeżone, zrozumiane i zmienione[9].

Tak, również my, architekci i architektki, powinniśmy być wyczuleni na własne doświadczenia, poglądy i oczekiwania, które przekładamy na projektowaną przez nas architekturę. Trudno dostrzec, że oglądamy świat przez konkretne filtry, zadanie to wymaga wysiłku i empatii. Jako projektanci często powtarzamy, że „projektujemy dla ludzi”; podkreślamy tym zdaniem wagę naszej roli społecznej. Deklarujemy, że tworzymy przestrzeń, w której ludzie „będą się dobrze czuć”. Ale kim właściwie są ci „ludzie”? Z ust projektantów i projektantek padają pompatyczne hasła, kryje się jednak za nimi skromna prawda: sama architektura nikogo nie uszczęśliwi. Kreujemy raczej tło, obramowanie dla życia kształtowanego przez historię, kulturę, doświadczenia i emocje.

Co zatem leży w naszej mocy? Próby tworzenia przestrzeni, która to życie będzie ułatwiać. Wystarczy, że każda jednostka z tej różnorodnej grupy, obarczona własną historią, potrzebami, ograniczeniami, będzie mogła korzystać z przestrzeni na równych zasadach. Uogólnianie, projektowanie „dla większości” jest pójściem na łatwiznę. Jeżeli za każdym razem będziemy generalizować w trakcie procesu projektowego, czy nie pozbawimy siebie umiejętności decentracji? Zawieszenie w apatii doprowadzi do tworzenia architektury jałowej, bez wartości. Naszym obowiązkiem jako architektów i architektek jest projektowanie w taki sposób, aby nie pogłębiać ani nie powielać dominujących porządków nierówności. Czy dom i jego organizacja przestrzenna są wolne od nierówności? Czy każdy odczuwa jego przestrzeń na równych zasadach?

Kolaż wykorzystuje:
1. Obraz Cabeza de muchacha con tunica lila (1780), Jean-Baptiste Greuze
2. Fragment z podręcznika do projektowania: E. Neufert, Podręcznik projektowania architektoniczno-budowlanego, Warszawa: Arkady, 2010.

Role, które pisze nam architektura

Mężczyzna mało interesuje się swoim domem, gdyż ma dostęp do całego świata […]. Kobieta natomiast zamknięta jest w małżeńskiej wspólnocie i zależy jej na tym, by zamienić to więzienie w królestwo. […] Zamyka w swych ścianach – w mniej czy bardziej kosztownej postaci – ziemską florę i faunę, egzotyczne kraje, minione epoki; zamyka męża, w którym streszcza się dla niej zbiorowość ludzka, i dziecko, które zawiera w potencjalnej formie całą jej przyszłość. Dom staje się dla niej centrum świata, a nawet jedyną jej prawdą. […] jest schronieniem, ucieczką, grotą, łonem matki, chroni przed groźbami z zewnętrz[10].

W tekstach feministycznych, niezależnie od tego, czy mają związek z architekturą, czy nie, krytyka przestrzeni domowej dotyczy przede wszystkim czterech obszarów: kuchni i pomieszczeń pomocniczych, salonu i całkowicie otwartych planów, pomieszczeń prywatnych oraz lokalizacji domu. Decyzje projektowe dotyczące tych przestrzeni mogą wspierać patriarchat i umacniać przypisane płciom role społeczne.

Jedną z najważniejszych pozycji literatury feministycznej związanej z architekturą jest książka-manifest Making Space. Women and the man-made environment (Tworzenie przestrzeni. Kobiety w męskim świecie), kolektywu projektowo-badawczego Matrix[11], wydana w 1984 roku. Autorki wzywają w niej do nowego spojrzenia na projektowanie i urbanistykę. Zastanawiają się, jak przestrzeń, w której żyjemy, wpływa na kobiece życie, źle oceniają patriarchalne produkty architektury i urbanistyki. Siła Matrix wynika z połączenia analizy warunków społecznych z krytycznym spojrzeniem na przestrzeń, zarówno miejską, jak i domową. Książka podważa metodologię badań zakorzenioną w stereotypowym obrazie rodziny, podaje w wątpliwość nierealistyczne harmonogramy dnia, schematy projektowania kuchni, ignorowanie powiązań domu z lokalnym otoczeniem i instytucjami wsparcia: sklepami, szkołami, ośrodkami zdrowia.

W eseju Homes fit for heroines: housing in the twenties (Domy skrojone pod bohaterki. Mieszkalnictwo w latach 20.) Barbara McFarlane, współtwórczyni kolektywu, analizuje zmiany zachodzące w projektowaniu domów w XX wieku. Śledzi ewolucję w podejściu do organizacji rzutu, w tym usytuowania kuchni. Podkreśla, że przy własnych inwestycjach mieszkaniowych rząd na wczesnym etapie projektowania często zakładał priorytet tradycyjnych ról kobiet, przede wszystkim jako gospodyń. W XIX wieku, gdy na rynek mieszkaniowy wkroczyły towarzystwa filantropijne, projektowano mieszkania w duchu poprawy moralności: wprowadzano oddzielne sypialnie dla dzieci w zależności od płci i wieku, wyodrębniono spiżarnię i toaletę – ze względów higienicznych, ale też dla podkreślenia prywatności i separacji gospodarstw domowych. Wzmocniona wizja domu jako przestrzeni wyłącznie prywatnej, w opozycji do sfery publicznej, wpisała się w znany nam patriarchalny model społeczny.

Podział na sferę prywatną i publiczną jest dyskutowany od lat. Carole Pateman, badaczka związków między płcią i polityką, wskazała, że klasyczna teoria umowy społecznej[12] opiera się na milczącym „kontrakcie seksualnym”, który podporządkowuje kobiety mężczyznom. To przede wszystkim mężczyzna jest uznawany za obywatela, a panujący porządek wyklucza kobiety. Upraszczając: miejsce kobiety jest w domu. Jeśli dodatkowo będzie musiała sprostać oczekiwaniu, że przede wszystkim wejdzie w rolę gospodyni, większość czasu spędzi w kuchni.

W The Gentleman’s House (Domu dżentelmena; 1864) Robert Kerr zaprojektował przestrzeń jak mechanizm dyscyplinujący: hierarchia wieku, płci i klasy zmaterializowała się w układzie pomieszczeń i korytarzy. Priorytetowo Kerr potraktował oddzielenie świata służby od świata rodziny: wprowadził osobne klatki schodowe, odrębne wejścia, rozdzielone ciągi komunikacyjne; ukrył funkcje, które powinny być niewidzialne i niesłyszalne. Kuchnia, zdecydowanie jedno z pomieszczeń „tabu”, razem ze spiżarnią i z pomieszczeniami dla służby, była podporządkowana zasadzie funkcjonalności i wydajności, w przeciwieństwie do reszty domu, zorientowanej na komfort i wystawionej na pokaz. Przez dekady powialono ten układ. W domach szeregowych z przełomu wieków kuchnię i spiżarnię lokalizowano z tyłu domu, często z osobną pralnią i spiżarnią. Razem z nimi na tył powędrowały kobiety, wyizolowane z reszty przestrzeni.

W XX wieku upowszechnił się model rodziny nuklearnej. Opierał się na rzekomo „naturalnym” podziale ról, konsekwentnie krytykowanym przez feministki, gdyż dojrzały w nim nie biologię, lecz konstrukt społeczny. Kobiecie przypadła w jego strukturach rola pełnoetatowej gospodyni domowej. Kuchnie służyły już wyłącznie gotowaniu, ich powierzchnia się skurczyła, bo teraz w ukrytym zakątku domu krzątała się już tylko jedna osoba – kobieta.

Co zatem z planami otwartymi? Zacznijmy od refleksji nad presją, jaka spoczywała na kobiecie w domu ze względu na jego charakter reprezentacyjny. W modelowym domu Roberta Kerra prestiż podkreślały przede wszystkim salon, biblioteka i jadalnia – zawsze eksponowane od frontu. Takie postrzeganie tych przestrzeni utrwalało hierarchię i wyznaczało kobiecie rolę strażniczki porządku i wizerunku domu. Salon do dzisiaj jest postrzegany jako przestrzeń reprezentacyjna. Choć formalnie uznawany za przestrzeń wspólną, w praktyce redukował prywatność domowników, zacierał granice między wypoczynkiem a pracą kobiet, a także wymuszał dbałość o dom i jego przestrzenie „na pokaz”. W Mistyce kobiecości (1963) Betty Friedan krytycznie opisuje ideę otwartej przestrzeni domów:

Rozmiary pułapki, w jaką wpadła pani domu, wydają się mieć stałą wielkość. […] otwarty plan, na jakim projektuje się – za cenę 14 990 do 54 990 dolarów – nowoczesne domy w stylu ,,ranczerskim” lub dwupoziomowe, których zbudowano miliony od Roslyn Heights po Pacific Palisades. Dają one złudzenie, iż zyskało się większą przestrzeń za nieduże pieniądze, ale kobiety, którym sprzedano te domy, w zasadzie muszą żyć zgodnie z zasadami mistyki kobiecości. W domach tych nie ma ścian działowych ani drzwi; kobieta krząta się w pięknej kuchni, wyposażonej w urządzenia elektryczne, nawet na moment nie jest oddzielona od swych dzieci. Nie potrzeba jej ani chwili samotności, nie musi być sama ze sobą. W tych hałaśliwych, pełnych harmidru domach o otwartej przestrzeni, bez ścian działowych może zapomnieć o własnej tożsamości. Taki układ przestrzenny domu sprzyja rozrastaniu się obowiązków domowych tak, że zaczynają one wypełniać cały czas, nie pozostawiając ani chwili na nic innego[13].

Analiza Friedan ujawnia, że otwarta przestrzeń w domu nie była neutralnym rozwiązaniem projektowym, wykazywała wiele cech mechanizmu presji – wymuszała ciągłe sprzątanie i czuwanie nad domem. Zgodnie z „naturalnym” podziałem obowiązków mężczyzna opuszczał dom na cały dzień, a cała odpowiedzialność spadała na kobietę. W ten sposób architektura stawała się narzędziem utrwalania hierarchii społecznej, kulturowych oczekiwań wobec kobiet i ograniczenia ich autonomii.

Daphne Spain, amerykańska badaczka między innymi podziału przestrzeni – także domowej – i jego wpływu na doświadczenia kobiet, w książce Gendered Spaces (Przestrzenie naznaczone płcią; 1992) pokazuje, jak układ pomieszczeń kształtuje obowiązki domowe, dostęp do prywatności i autonomię kobiet. Kuchnia, przestrzeń pracy, została kulturowo przypisana kobiecie; gabinet i pokój hobby przypadły mężczyźnie. Podobnie jak Virginia Woolf we Własnym pokoju pisała o konieczności posiadania własnej przestrzeni jako warunku twórczości i niezależności, tak Spain podkreśla, że prywatny pokój to nie luksus, lecz potrzeba – miejsce, które pozwala kobiecie na skupienie, rozwój osobisty i odpoczynek.

Feministyczne narracje raz po raz przypominają, że kobieta potrzebuje swojego miejsca, innego niż zredukowane do kuchni, sypialni i salonu, czyli do przestrzeni naznaczonych obowiązkami wobec innych. We własnym pokoju znajdzie nie tylko azyl w świecie niekończących się prac domowych, ale też przestrzeń samostanowienia – materialny znak prawa do bycia sobą, poza rolą gospodyni, matki, partnerki. Salon, otwarty i wystawiony na pokaz, nie daje tego poczucia intymności; każda wspólna przestrzeń może nieść ze sobą presję oczekiwań.

Szesnaście z dwudziestu ośmiu żon chodziło na psychoterapię lub psychoanalizę; osiemnaście zażywało środki uspokajające, kilka próbowało popełnić samobójstwo, a kilka hospitalizowano z powodu depresji lub niesprecyzowanych stanów psychotycznych. […] Dwanaście kobiet miało pozamałżeńskie romanse – naprawdę albo przeżywając je tylko w wyobraźni[14].

Wśród mieszkanek amerykańskich suburbiów nie brakowało kobiet wykształconych, które małżeństwo sprowadziło do roli pełnoetatowych gospodyń domowych. Po II wojnie światowej masowe przeprowadzki na przedmieścia spowodowały ich gwałtowny rozrost. Ideologię domu i jego rolę w utrwalaniu tradycyjnych podziałów płciowych krytykowała między innymi Dolores Hayden, amerykańska profesor architektury. Jej zdaniem w kulturze zachodniej dom był utożsamiany z „naturalną” przestrzenią kobiety – przypisany do sfery prywatnej, w której praca domowa pozostawała niewidoczna i niedoceniana.

Amerykański model suburbiów, oparty na rozproszonych domach jednorodzinnych, potęgował izolację kobiet, które funkcjonowały wyłącznie z dziećmi i obowiązkami w granicach własnej parceli; trudno przy takim stylu życia o kontakty społeczne. Hayden wskazywała, że utrwalone w kulturze przedstawianie domu jako miejsca miłości, bezpieczeństwa i harmonii jest konstruktem ideologicznym, służy maskowaniu nierówności płciowych i ekonomicznych oraz utrwala patriarchalny model rodziny nuklearnej.

Aby to zmienić, Hayden postulowała „wyzwolenie domu” ze strefy prywatnej: uwidocznienie pracy wykonywanej w przestrzeni domowej i zerwanie z kultem rodziny nuklearnej, bo wzmacnia on izolację. Zaproponowała wspólne kuchnie, pralnie, żłobki oraz mieszkania kooperatywne – wspólnotowe rozwiązania przestrzenne, w których codzienna logistyka była reorganizowana tak, by emancypować kobiety i wspierać różnorodne formy gospodarstw domowych.

Przestrzeń, która pamięta o kobietach

Kobiety epoki wiktoriańskiej spędzały życie w przestrzeniach udekorowanych równie misternie jak ich stroje. Dom, nawet jeśli okazały i pełen ozdobnych detali, zazwyczaj był klatką – przestrzenią pozbawioną prawdziwej autonomii. Przez stulecia za fasadami wielu domostw krył się rytuał codzienności: kobiety więzły w powtarzalnych czynnościach, w kuchniach i pralniach, ze zmiotką pochylone nad zakamarkami, by nie narazić się na zarzut o niedbałość. Inne trwały w izolacji, w szeregach niemal identycznych budynków, ustawionych w równych odstępach wzdłuż jednakowych ulic. Mieszkanki były tam zamknięte, spychane na margines, pozbawione własnej przestrzeni. Ich ruch w świecie ograniczał się do trajektorii wyznaczonych przez obowiązek.

Czy przestrzeń, w której zakodowane są obowiązki, która blokuje bycie sobą, może pozytywnie na nas wpływać? Nie. Czy podjęto więc próbę uwolnienia się z narzuconych ram? Tak. W latach 1992–1997 zespół architektek pod kierunkiem Franziski Ullmann zaprojektował Frauen-Werk-Stadt w Wiedniu, pierwsze w Europie osiedle mieszkaniowe, które w pełni podporządkowano zasadom projektowania równościowego. Wiedeń jest światowym pionierem w gender mainstreamingu[15] i gender budgetingu[16]. Sztandarowy projekt urbanistyczny i plan generalny autorstwa Ullmann zwyciężył w procesie oceny eksperckiej. Łącznie zaplanowano 359 mieszkań, z czego 179 zleciło miasto Wiedeń (architektki: Franziska Ullmann i Liselotte Peretti), a 180 – stowarzyszenie mieszkaniowe (architektki: Elsa Prochazka i Gisela Podreka). W pracach projektowych uczestniczyły również architektka krajobrazu Maria Auböck i artystka Johanna Kandl. Osiedle powstawało z myślą o ułatwianiu kobietom codziennego życia: wzięto pod uwagę bliskość przystanków komunikacji publicznej, szkoły, żłobka, sklepów, przychodni, a także przestrzeni wspólnych, w których spotykają się sąsiedzi, można się wymienić opieką nad dziećmi.

Cechy osiedla sprzyjają dzieleniu się pracą, wzajemnemu wsparciu, odzyskiwaniu czasu dla siebie. Wnętrza mieszkań projektowano dążąc do elastyczności: ruchome ścianki i duże kuchnie otwarte na przestrzeń dzienną sprzyjają nie izolacji, lecz uczestnictwu w życiu domowym i we wspólnocie. Szczególną przyłożono do bezpieczeństwa: przejścia są oświetlone, a wejścia dobrze widoczne, nie uświadczysz tam ciemnych zaułków. Projektantki podjęły próbę przepisania ideologii domu – odejścia od modelu, w którym kobieta zostaje zamknięta w sferze prywatnej, odizolowana od świata zewnętrznego. We Frauen-Werk-Stadt każdy dom należy do sieci – otwarty, skomunikowany, zanurzony w życiu miejskim. W tym sensie projekt był polityczny: architektura została użyta jako narzędzie zmiany społecznej, przytyk pod adresem przestrzeni, która przez stulecia spychała kobiety na margines.Osiedlem projektantki starały się odpowiedzieć na pytanie, czy przestrzeń może realnie wspierać emancypację – w języku architektury spisały manifest[17]. I choć nie wszystkie założenia zostały spełnione, projekt przypadł wiedeńczankom i wiedeńczykom do gustu – powstały Frauen-Werk-Stadt II(2004–2006) i Frauen-Werk-Stadt III (2013). Eksperyment zrodził aktywną politykę projektowania przestrzeni.

Kolaż wykorzystuje:
1. Obraz Kobieta siedząca, odwrócona tyłem (1888), Toulouse-Lautrec
2. Fragment wiersza Marii Konopnickiej Pieśń o domu: M. Konopnicka, Antologia, Warszawa: Hachette Polska, 2010
3. Hasło z książki: Matrix, Making space. Women and the the man-made environment, London

Odrzucając znane, staniemy się lepsi

Architektura może kontrolować i ograniczać. Organizacja domu kształtuje doświadczenia psychiczne: ciągła obecność w kuchni i jadalni, brak możliwości wycofania się do przestrzeni prywatnej wpływają na poczucie autonomii i tożsamości kobiet. Jeśli większość czasu spędzamy na gotowaniu, sprzątaniu lub opiece nad dziećmi, stale dostępne dla innych, pojawia się poczucie braku prywatności. Długotrwałe wykonywanie powtarzalnych obowiązków domowych może wpędzić w poczucie beznadziei, w przekonanie, że nikt nas nie docenia. Na ratunek przychodzą wtedy przestrzenie wspólne – obowiązki w nich nie znikną, ale nie będziemy ich wykonywać w izolacji. Nasze potrzeby zmieniają się w czasie, więc sprawdzi się elastyczny układ mieszkań.

Fundamentalne pytanie, jakie powinni zadawać sobie architekci i architektki, brzmi: czy potrafimy i mamy szansę projektować przestrzeń w taki sposób, aby odpowiadała na potrzeby użytkowników, a jednocześnie nie zamykała ich w opresyjnych rolach? Innymi słowy, czy można zaprojektować dom, który nie narzuca kobiecie tradycyjnej roli gospodyni domowej? Wydaje się, że tutaj architektura działa jednokierunkowo: może być narzędziem utrwalania hierarchii społecznych, ale nie ma mocy całkowitego wyzwolenia człowieka z ról, w których wbrew jego woli obsadza go kultura. Feministyczne dyskusje społeczne zaowocowały przyczynkiem do kwestionowania podziału na płcie i przypisaną im rolę w społeczeństwie, ale też w przestrzeni. Większość feministek uważa, że podział na mężczyzn i kobiety jest wytworem społecznym, nie biologicznym.

Historia, do tej pory tworzona przez mężczyzn, w tym historia architektury, wymaga rewizji. Wszyscy powinniśmy odzyskiwać historię kobiet, również w architekturze, między innymi poprzez badania archiwalne i rekonstrukcje biografii, odnajdywanie zapomnianych projektów. Architekci i architektki stoją wobec konieczności krytycznego odczytywania tego, co uznajemy za kanon, i demaskowania mechanizmów wykluczania kobiet z edukacji lub pracy zawodowej w architekturze. Tylko z tym komponentem uda się realnie zdefiniować problemy społeczne i projektowe. Jeżeli przestrzeń utrudnia komukolwiek życie ze względu na płeć, rasę, klasę, sprawność lub orientację, to znaczy, że architekci i architektki niewłaściwie wywiązali się z zadania. Społeczny porządek, w którym mężczyźni dominują w przestrzeni publicznej, a kobiety są zamknięte w przestrzeni domowej, odcisnął piętno na architekturze. Świadomość tych zależności jest pierwszym krokiem ku zmianie. Nie wierzę, że architektura sama z siebie obali patriarchat lub zmieni świat. Może jednak, poprzez nasze codzienne decyzje projektowe, służyć poprawie jakości życia i budowaniu bardziej równościowej przestrzeni.